Za oknem zimno i szaro. Macie sposoby na to, jak nie dać się chandrze?

Iliana: Przyjechałam do Polski
z Meksyku, więc na początku nie było mi łatwo. Teraz, dzięki jodze i medytacji, jestem w stanie pokonać każdą chandrę. Mam też w domu lampę, która zastępuje mi słońce, bo moja oliwkowa skóra potrzebuje więcej witaminy D
niż jasna cera Mateusza. Ale zdarzają
mi się momenty słabości... Wczoraj cały dzień byłam poirytowana.

Mateusz: Przytuliłem ją, powiedziałem, by położyła się wcześniej spać, zająłem się naszą córką Adrianką. Ja nie wchodzę w takie emocje. Każdy mój dzień jest wypełniony pracą, życiem rodzinnym i sportem. Takim, po którym ledwo żyję, uprawiam zapasy i brazylijskie jiu-jitsu, ale w zamian dostaję potężną dawkę endorfin. Nie zwracam więc uwagi na warunki zewnętrzne. Chociaż przyznaję, że wolę, kiedy jest zimno. W upał popadam w letarg.
Dokładnie odwrotnie niż Iliana.

Pochodzicie z różnych kultur, więc wiele Was różni. Jak udaje Wam się stworzyć harmonijny związek?

M.: To, że się różnimy, sprawia, że nigdy się ze sobą nie nudzimy. Wciąż rządzą dramat, namiętność, pasja. (śmiech)
Ale mamy narzędzia, które pozwalają nam natychmiast rozwiązywać konflikty. Sporadycznie się kłócimy.

I.: Tak, Mateusz nie pozostawia żadnego problemu bez rozwiązania. Wywodzimy się z innych kultur, dlatego zawsze
musimy dążyć do kompromisu.

M.: Po prostu nauczyliśmy się ze sobą rozmawiać. I uzupełniamy się. Iliana wcześniej zajmowała się nauką, robiąc doktorat z farmakologii, ja zakładałem biznes. Teraz zamieniamy się rolami:
ja pracuję nad drugim doktoratem i przygotowuję się do habilitacji, a Iliana rozbudowuje swoją działalność.  

A Wy jesteście szczęśliwi?

M.: Wolę mieć świadomość, więc szczęście nie jest dla mnie tak istotne. Nie chcę, by było łatwo, tylko prawdziwie. W związku też.

Gdzie się poznaliście?

I.: W Mexico City.

M.: W dzielnicy La Condesa. W marcu 2008 roku.

To był przypadek?

M.: Nie wierzę w przypadki.

I.: Świętowałam obronę doktoratu koleżanki...

M.: A ja byłem na kolacji z uczniami.
Jeden z nich zapytał, jak porozmawiać
z nieznajomą kobietą, a obok przechodziła akurat kobieta.

Ooo, padłaś ofiarą Mateusza?

M.: Ofiarą na pewno nie jest żadne
z nas, ale faktycznie – zaczęło się
od demonstracji skuteczności moich technik.

Co było potem? Musieliście podjąć decyzję: Meksyk czy Polska?

M.: Byłem gotowy zostawić dla Iliany wszystko. Zadzwoniłem do niej do Meksyku z pytaniem, czy chce ze mną spędzić resztę życia. Powiedziała, że najpierw chciałaby pojechać na wspólne wakacje.

I.: I na nich podjęliśmy decyzję, że ja przyjeżdżam do Polski, bo on miał tu już zbudowaną firmę, a ja właśnie kończyłam doktorat w Meksyku. Gdyby okoliczności były jednak inne – on przyjechałby na stałe do mnie.

Jak wspominacie te pierwsze
wspólne miesiące w Polsce?

I.: Byliśmy w sobie szaleńczo zakochani. Ale nie było łatwo, okazało się, że mówimy innymi językami. Mateusz jest bezpośredni, w Meksyku nie mówi się „nie”, bo to może zranić uczucia innych.

M.: Te same słowa oznaczają dla nas coś zupełnie innego. „Miłość” w Meksyku to głównie opieka – kobiety traktują mężczyzn bardziej jak dzieci, którymi trzeba się zajmować. W Polskiej tradycji mężczyzna to zdobywca i dostarczyciel.

I.: Nie chcieliśmy funkcjonować w żadnym z tych modeli, więc stworzyliśmy własny, partnerski model związku,
który odpowiada naszym potrzebom.

M.: Iliana nie znała ani słowa po polsku. Byłem dla niej partnerem, przyjacielem, spowiednikiem. Wypracowaliśmy sposób na to, żeby stać się power couple, związkiem dwóch silnych i niezależnych jednostek. Wszystko, co każde
z nas osiągnęło, zawdzięcza też wsparciu drugiej strony. Dzielimy się po równo wychowaniem córki, a w sprawach zawodowych decydujemy, czyje plany
są w danym momencie ważniejsze. Jak Iliana kończyła doktorat, a Adrianki nie było jeszcze na świecie, pojechałem za nią do Meksyku i tam spędziłem dwa lata. Potem przyjechaliśmy do Polski, gdzie stałem się odpowiedzialny za logistykę naszego życia, bo Iliana przecież nie znała kultury, zasad et cetera. Dla odmiany, gdy kilka lat później wyjechałem do Brazylii do pracy, ona poleciała za mną. Nigdy nie chciałem wybierać między pracą a rodziną. Wierzę, że można mieć wszystko. Wystarczy dobra organizacja – prowadzimy badania naukowe zdalnie, a nie w laboratorium, rozkręcamy biznes w kilku krajach jednocześnie, nasza córka uczy się w domu.

Najważniejsza jest dla Was wolność?

I.: I niezależność.

M.: Ale niezależność nigdy nie oznacza dla nas tego, że nie oglądamy się na siebie nawzajem. Wciąż zastanawiamy się, jakie rozwiązanie będzie najlepsze dla całej naszej trójki. Każdy z nas ma równorzędny głos. Dla nas nie ma znaczenia, gdzie jesteśmy. Byle razem.

I.: Zawsze dążymy do kompromisu. „My” jest ważniejsze niż „ja”.

W pracy też się uzupełniacie,
chociaż każde z Was ma swoją
dziedzinę. Iliana – duchowość
i naukę, Mateusz – biznes.

I.: Tak, łączę dwa światy. Pochodzę
z rodziny curanderos – mędrców pracujących z ludźmi z wykorzystaniem tradycyjnej wiedzy przekazywanej w Meksyku z pokolenia na pokolenie. Moja mama, babcia i prababcia tak pomagały ludziom: parzyły zioła, masowały, służyły radą. Za to mój tata od 15. roku życia medytuje i praktykuje jogę. Dla mnie te umiejętności były naturalne, z duchowością mam do czynienia od dziecka, więc zajęłam się nauką, żeby dowiedzieć się, jak to działa. Mateusza moja tradycja rodzinna zafascynowała. Podobne głosy słyszałam od moich znajomych Polaków. Dlatego uznałam, że warto
zacząć tego uczyć w Polsce.

Mateuszu, angażujesz się aktywnie w promowanie przedsiębiorczości wśród kobiet, czy Ilianie też służysz biznesowymi radami?

M.: Kobiety mają niezwykły biznesowy potencjał i dlatego angażuję się między innymi w takie wydarzenia jak Global Woman Summit, podczas których przekonuję przedsiębiorcze panie z całego świata, by uwolniły się od ograniczeń płynących z modeli kulturowych, które nakazują im, jakie mają być. Przekonuję, że swój potencjał wykorzystują świadomie, budując siebie, i w tym celu dostarczam im narzędzi mojej dyscypliny Mixed Mental Arts. Uczę tego na całym świecie zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Ilianie służę radą zawsze, gdy
o to prosi.

I.: Nie zawsze się słucham. (śmiech)
A tak serio, zawsze biorę pod uwagę jego opinię i podejmuję swoją decyzję.

A jakie macie patenty na wychowanie córki?

I.: Chcemy jej dać pakiet umiejętności, które będzie potem mogła dowolnie wykorzystać. Ostatnio odwiedziła ją koleżanka. Piekły razem ciasteczka. Tamta dziewczynka ciągle prosiła swoją mamę o pomoc, Adriana dla odmiany chciała wszystko robić sama.

M.: Adriana, tak jak my, nie lubi stagnacji. Odwiedziła już 40 krajów, bo naszym domem jest cały świat. Płynnie mówi trzema językami, chcemy jej
teraz wprowadzić czwarty. Uczy się
w domu. Podążamy za jej zainteresowaniami. Ma dryg do plastyki, więc ćwiczy rysunek, a my do tego dokładamy to,
co praktyczne: organizowanie, planowanie, inteligencję emocjonalną. Dzięki temu na przykład potrafi nazywać swoje emocje i nie wpada w dziki płacz
na środku sklepu, że chce zabawkę.

I.: Nigdy jej też nie powiedzieliśmy, że musi coś zrobić, bo tak robią dziewczynki. Gdy miała kilka lat, poprosiła w sklepie o wielkiego smoka z działu dla chłopców. Nie chciała bawić się księżniczkami. I nigdy jej do tego nie zmuszaliśmy.

M.: Mojemu pokoleniu zrobiono ogromną krzywdę, wmawiając, że chłopaki nie płaczą. Ja chcę być wrażliwy, wchodzić w relację, bazować na intuicji. No i chcę być nowoczesnym mężem oraz ojcem, który wspiera swoje dziewczyny w ich samorealizacji. Adriana jest cudownym prezentem, który dostaliśmy od losu. Ale cieszymy się, że kiedyś będzie całkiem samodzielna. Pomacha do nas
ręką i zacznie własne życie.

A chcielibyście znów mieć 20 lat?

I.: Nie, bo kochamy naszą dojrzałość.

M.: Świetnie się czujemy z naszym
wiekiem.

I.: Mieliśmy czas na błędy. Nabraliśmy dystansu, nie musimy nikomu niczego udowadniać, jesteśmy spełnieni emocjonalnie. Już się cieszę na czterdziestkę.

M.: Interesuje nas przyszłość, a nie przeszłość. Ja, chłopak z Koszalina, musiałem pokonać wiele ograniczeń,
a napisałem czternaście książek i wykładam w siedmiu językach. Praca
nad sobą, budowanie się, stawanie się lepszym – to nasz cel.

A co Was niebawem czeka?

M.: Jeździmy coraz więcej po świecie, szczególnie do Ameryki, gdzie oboje będziemy prowadzić szkolenia i warsztaty. Zbieram dorobek habilitacyjny, mam
w planach doktorat, rozwijam firmę
na świecie. Chciałbym zdobyć kolejny pas z brazylijskiego jiu-jitsu. Napisać
kolejne książki. Poznać nowy język, może chiński. Jestem ciekawy, co będzie dalej. Dla mnie życie to przygoda.

Nie mogę nie zapytać, ile godzin
śpicie. Wasza doba wydaje się
dłuższa niż moja!

M.: Kiedyś trzy godziny, teraz pięć. Mam czas na wszystko.

I.: Potrzebuję ośmiu godzin snu. W tym też jesteśmy różni. Gdy ja się budzę, on już jest po treningu, spotkaniu i kawie.

M.: Cóż, mam osobowość „cel – pal”.
Poruszam się od osiągnięcia do osiągnięcia. I nie mam zamiaru się zatrzymać,
bo jest ważna wizja do zrealizowania.

 

Rozmawiała Anna Konieczyńska.