Pisano o Tobie: „Zawodowiec, któremu nikt nie dorasta do pięt”, „Humor i przedwojenna klasa”, „Trzy miliony roześmianych ludzi co tydzień”, „Główny kpiarz Polski”. I nagle to się urywa. Dlaczego?

Może dla niektórych zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale tak naprawdę dla mnie życie się nie skończyło.

„Pooolacy, nic się nie stało”?

Mogę tak zaśpiewać jak nasi kibice. (śmiech) Po prostu skończył się popyt na tego typu programy. Może ludzie się zniecierpliwili? Może daliśmy im za dużo tego tortu?

Za wesoło było?

Jakiś typ humoru się skończył.

Czy śmiech jest niebezpieczny? Straciłeś pracę, bo kpiłeś nie z tych, co potrzeba?

Śmiech zawsze był niebezpieczny. Wiele godzin mego snu poszło na marne, kiedy zastanawiałem się nad tym, czy jakiś skecz powinien iść, czy nie, czy jakaś aluzja ma iść, czy nie. Z kolei czasami odbiorców zabolały te, które wydawało mi się, że są niewinne. Ale nie wierzę w teorie spiskowe, że straciłem tę pracę, bo nie podobało się to politykom. Może rzeczywiście zrobiło się tak, że ludzie niekoniecznie chcą, żeby śmiano się z ich wyborów. Być może ja i moja ekipa przestaliśmy w pewnym momencie odczytywać gust ludzi, to, czego oni chcą.

A może ludzie przestali Cię oglądać, bo ich wkurzyłeś tym, ile zarabiasz na reklamowaniu banku?

A według ciebie to ma jakieś znaczenie? Nagle ludzie ukarali gościa za samą plotkę w internecie? Nie wierzę w to. Kiedy rozpętała się afera z reklamą, znalazłem się w sytuacji, w której nigdy w życiu nie byłem. Nie wiadomo było, czy miałem się z tego tłumaczyć, czy się nie tłumaczyć. Jak zachować się w tej sytuacji wobec domysłów, ile zarobiłem.

I jak Ci jest, Szymonie, na bezrobociu?

W moim przypadku nie można mówić o bezrobociu. Nie rezygnuję z robienia rzeczy śmiesznych. Mam pracę w Radiu Eska, mam co robić. Są miliony odbiorców, którzy chcą słuchać takiego rodzaju humoru, jaki ja mam: swobodnego, abstrakcyjnego, grepsiarskiego. Może niektórzy w to nie uwierzą, ale spadł mi kamień z serca. Nie chciałem dźwigać na głowie czapki Stańczyka. Ona mi ciążyła… Ostatnio sobie myślałem, że jestem takim gościem, który powiedział A, powiedział B, a nie chce powiedzieć C. Nie nacisnę gazu do dechy. Po prostu. Nie będę bawił kontrowersją – czyli cycem i dupą.

Ale szedłeś w ryzykowne opary absurdu...

Nasz program, w odróżnieniu od innych programów satyrycznych, był niezwykle bogaty, nasycony, powiedziałbym, kaloryczny jak tort Magdy Gessler. Pamiętam, że kiedy kupowaliśmy z żoną torty od Gessler, jedliśmy je przez rok, bo kupiwszy tort na całą rodzinę, musieliśmy zamrozić go i jedliśmy w kawałkach – nikt nie dałby rady takiej bombie kalorycznej. Więc może daliśmy ludziom coś takiego, co w pewnym momencie się przejadło. Nasza oferta była po prostu tak bogata, tak prześcigaliśmy się w pomysłach, że ludzie nie mogli złapać oddechu. Wydaje mi się, że nasz kraj jest bardziej refleksyjny, mamy te swoje wierzby i pola, i być może na tych polach trzeba było przystanąć… Próbowaliśmy uciec przed peletonem, a może wystarczyło przystanąć.

Ale co to znaczy?

Mój program był cholerycznie drogi w porównaniu z programem Kuby Wojewódzkiego, gdzie jest kanapa, on i gość. Samo wysłanie Ąckiego pod Sejm, ubrania Ąckiego, renowacja jego zębów, auto, które ma go dowieźć, charakteryzatorka, która ma go „zrobić”, operatorzy i tak dalej – jedna akcja Ąckiego kosztowała parędziesiąt tysięcy złotych. A my takich akcji robiliśmy wiele, ten program był odjechany w kosmos, przegięty, przerysowany. Dziś zaczyna obowiązywać skromność. Spirala szaleństwa tak się nakręcała, że teraz z tym koniec.

Miałeś depresję po zwolnieniu?

Nie. Odetchnąłem. Teraz o godzinie dziesiątej mam wolne, bo już jestem po programie „Szymorning” w Radiu Eska. Mogę sobie coś przygotować, mogę pisać. Mam totalną wenę, bo przez siedem lat praktycznie nie pisałem.

Kryzys budzi w Tobie wenę?

Tak. Zrobiłem się bardziej twórczy. Działam na wielu polach. A co? Mam zacząć brać jakieś leki? Pogrążać się, udzielać histerycznych wywiadów, fotografować się na cmentarzach? To kompletnie nie jest w mojej naturze. Ja byłem harcerzem, mój dziadek był piłsudczykiem. Ja nie mam w naturze poddawania się. Marzę o zrobieniu stand-upu o tytule „Szymon paszoł”. Wyobrażam sobie to tak: siadam na godzinę i gadam z publicznością.

A może jednak Ty Majewski już nie rokujesz?

Boże, ile razy ja to słyszałem w swoim życiu! Dlatego właśnie w ramach nowych zajęć zacząłem współpracę z Akademią Przyszłości, gdzie używamy tego hasła. Ja zawsze działam w ten sposób, że raczej wolę chwalić. Na przykład mówiłem dzieciom: „Świetny totem zrobiliśmy. Zróbmy jeszcze jeden, może za dwa dni wyjdzie nam jeszcze lepszy”. To jest tak zwany system skautowy – on polega na chwaleniu i myśleniu: „Jesteśmy drużyną, weźmy się za ręce! Hej, Tuptusie, w drogę!”. A na świecie się raczej opieprza. Czyli leci po premii, po tym, po tamtym. Korporacyjne jazdy.

Ciebie w dzieciństwie opieprzano. I w dorosłym życiu też?

Jasne. Zawsze jest się w otoczeniu krytyków. To powodowało czasami obniżenie nastroju…

Jak wygląda cierpienie komika?

 

Znalazłem świetny sposób na chandry – od roku boksuję. Chodzę do sekcji Legii, do Łukasza Landowskiego. Klimaty są tam świetne: zielona wykładzina pachnie potem facetów, którzy ćwiczyli tam 20 lat temu i dzień temu. Wiszą worki, które od czasu do czasu trzeba posklejać, bo okazuje się, że ludzie mają taką siłę ciosu. To jest moje uziemienie od wszystkich piorunów, które we mnie walą. Pójście tam po jakiejś ciężkiej rozmowie telefonicznej z kimś, kto czegoś od ciebie wymaga, a potem wyobrażanie sobie tego kogoś przez godzinę w tym worku, w który walisz – genialna sprawa!

Ale Ty też obrywasz?

Oczywiście. Ostatnio od Wioli, która teraz wygrała w Pucharze Polski. Mam przywilej, że bywa moim partnerem sparingowym. Ostatnio miałem sparing z 14-letnim Sebastianem, od którego też oberwałem. Ale Wiola niedawno tak przywaliła, że śniadanie jadłem ze zniekształconym nosem. Ja z kolei mam odruch bardzo dżentelmeński – kiedy mi się zdarza Wiolę uderzyć, to zawsze podnoszę ręce do góry i przepraszam. I w tym momencie zwykle dostaję. Śmieję się, że nawet w boksie uderzenie kobiety jest dla mnie czymś tak niezwyczajnym, że nawet jeśli mam rękawice, a ona jest ode mnie pięć razy lepsza, to jeśli lekko ją stuknę, to się cały spinam.

Jak jeszcze odreagowujesz tych siedem lat zasuwania?

Medytacja, boks. To chyba wystarczy?

Ty i medytacja?!

Połączyłem te dwie rzeczy. Medytacja rano to bardzo fajna rzecz. Inna sprawa, że teraz wstaję o 5.30 na „Szymorning” do Eski, ale czasem mi się zdarza medytować. Supersprawa. Każdy normalny człowiek, w miarę wrażliwy, w show-biznesie, jeżeli nie zamierza „uciekać w tablicę Mendelejewa” jak niektórzy i chce być zbalansowanym ojcem dla rodziny, mogącym wysłuchać problemów dziecka i żony, musi znaleźć jakiś piorunochron, uziemienie. Kiedyś auta wlekły za sobą taki gumowy pasek. Zawsze mnie zastanawiało, czy gdybym na to nadepnął, toby się zatrzymało. I ja mam takie uziemienie. Każdy musi je mieć. Ilość sprzecznych myśli mnie wykańczała. A teraz dzięki medytacji, ale przede wszystkim boksowi, odżyłem. Nie ma nic fajniejszego, niż kiedy twoje ego dostaje w pysk. Najgorszym doradcą wtedy jest wściekłość. Napinasz się i chcesz oddać – i tym bardziej przegrywasz. To jest właśnie fajne w boksie, że musisz chłodno podejść do tego, że przed chwilą ktoś rozwalił ci nos i leci krew.

Skoro mówimy o ringu, to zapytam o konflikt między Tobą a Kubą Wojewódzkim.

Konflikt jest kreowany. Tak działają media. Nawet dziennikarze polityczni tak mają: zrobią wywiad z Adamem Hofmanem, następnie pytają Hofmana o sąd o Pawlaku. Potem przychodzi Pawlak i mówią: przed chwilą był Adam Hofman i powiedział o panu coś takiego. Pawlak się odszczekuje i wieczorem mamy newsa, że Pawlak powiedział, że Hofman coś tam. Kuba jest fighterem, ale on walczy w jakiejś innej kategorii. On walczy w ciężkiej, a ja jestem w piórkowej. I już.

Nie zazdrościsz mu trochę?

Gdybym miał się z nim ścigać na pieniądze, to pewnie dawno już dostałbym zadyszki i zakończył w jakimś wariatkowie. Z drugiej strony wszyscy ludzie, którzy tworzą, zazdroszczą sobie pewnych rzeczy. Kuba czasem mnie wkurza, kiedy robi rzecz, na którą ja nie miałem odwagi. Tak jak pewnie Matejko wkurzał się, że Siemiradzki namalował większy obraz od niego. (śmiech)

A Twoja żona Magda jak przyjęła Twoje odejście z TVN-u?

Ona nigdy nie lubiła show-bizu. Co to w ogóle za marzenie, żeby w nim być? Żeby mieć darmowe gacie w H&M-ie? Że ci pan na Mazurach powie: panie Szymonie, kawa gratis? To nie o to chodzi. Magda zawsze dobrze to rozumiała.

Szymonie, czy Ty właściwie rokujesz, czy nie?

Bardzo rokuję. Mimo że nie zdałem z klasy do klasy. Byłem trudnym chłopakiem. W szkole były ze mną same kłopoty.

I teraz też…

No właśnie, ale dlatego widzę duży sens w braniu udziału w akcjach społecznych. Widzę w tym swój obowiązek. Mój ulubiony ksiądz Jacek Stryczek – ze Stowarzyszenia Wiosna, które ma na koncie kilka akcji charytatywnych, między innymi „Szlachetną paczkę”, w którą się zawsze z Magdą włączaliśmy – namówił mnie do wzięcia udziału w akcji Akademii Przyszłości. Polega to na tym, że kupuje się dzieciom indeksy. Jeden indeks to jeden tutor – prywatny nauczyciel. Czyli kupując indeks dzieciakowi, który z różnych względów nie radzi sobie w szkole, a nauczyciel nie jest w stanie zająć się tym konkretnym przypadkiem, zapewniamy mu tzw. tutora, czyli studenta bądź studentkę, który pomaga mu przez rok pokonywać trudności.

To ma pomóc takim dzieciom?

Nie zawsze problemy w szkole są związane z rodziną. Bywa tak, że dzieci w szkole mają kłopot i chodzi o to, że nauczy-ciele, mając 30 dzieci na lekcji, nie są w stanie się nimi zająć. A tutorzy to ludzie z pasją, którzy zajmują się tymi dzieciakami. Odrabiają z nimi lekcje, pogadają.

Ty też miałeś kłopoty ze szkołą.

Ja też sobie w życiu nie radziłem i spotkałem mojego drużynowego Marka Gajdzińskiego, który przychodził do mnie nakorepetycje, a potem wciągnął mnie do harcerstwa i dzięki temu przeżyłem szkołę. Czytałem badania, z których wynikało, że dzieci należy chwalić. Pochwalenie dzieciaka za prostą rzecz: za zawiązanie buta, gdy idzie do szkoły, powoduje, że dzieciak zaczyna wierzyć w siebie. Nawet jeżeli mamy do czynienia z dzieckiem, które dostaje „balony” z matematyki, ale ładnie namalowało w zeszycie przekrój walca, mówimy: „Super namalowałeś przekrój walca. Równanie ci nie wyszło i za to masz dwóję. Ale za przekrój walca masz piątkę”. Dziecko myśli: „Może nie jestem taki do końca zły...”.

Ta akcja może uratować paru takich Szymonów.

Ja w to wierzę!

Ile razy nie zdałeś z klasy do klasy?

 

Dwa. Raz z drugiej klasy do trzeciej, a potem nie zdałem matury. Ostatecznie zdałem ją w wieczorówce. Często myślę o moim koledze Jacku, który był z trudnej rodziny. Chłopak grał genialnie w piłkę, kluby się o niego dobijały, dryblował jak Messi. Ja stałem wtedy na bramce. Nawet Legia się nim interesowała, ale chłopak nigdy nie był w stanie wyjść z tego zaklętego kręgu jakiejś traumy rodzinnej. I pamiętam, że przez lata wierzyłem, że on się przebije, nawet szukałem go w składach klubów. To był nieoszlifowany diament, genialny. Teraz, przy naszym poziomie reprezentacji, byłby lepszy od Lewandowskiego. I jednym z najsmutniejszych moich doświadczeń, już lata temu, było to, jak zobaczyłem go w centrum na jakimś murku, z piwem, czerwonym nochalem. I wiedziałem, że się nie przebił. A miał talent...

Widzę, że rzeczywiście nie marnujesz czasu, nie wyszedł nam wywiad o smutnym komiku.

Jest taka piękna scena w filmie Woody’ego Allena, w którym Allen umiera i płynie wielką łodzią Charona z innymi nieżyjącymi do świata umarłych. Stoi z tymi nieżywymi i mówi do nich: „Słuchajcie, mimo że nie żyjecie, nie traćcie animuszu”. To jest moja ukochana scena. (śmiech)