GALA: Zawsze mówiłaś, że los Ciebie niesie, obdarza. Co Ci przyniósł ostatnio?

TAMARA ARCIUCH: Dużo zmian. Można oczywiście zapytać, na ile on mi je przyniósł, a na ile sama podjęłam decyzje, w związku z którymi te zmiany przeprowadziłam. Ale przyniósł mi też dużo rozczarowań, jeśli chodzi o ludzi i ich podejście do życia. Takie pojęcia jak etyka czy zwyczajna przyzwoitość dla nich nie istnieją.

GALA: Zawiedli Cię przyjaciele?

TAMARA ARCIUCH: Nie, nie. To nie dotyczy moich bliskich, raczej ogólnej kondycji świata. Spotkało mnie dużo niesprawiedliwości, wręcz podłości. Ale kiedy dotyka cię coś takiego, zaczynasz bardziej umacniać się w sobie. Bo wtedy trzeba na nowo zbudować swoją wartość, żeby się nie poddać ogólnej nagonce, wrażeniu, że wszyscy na ciebie plują. Wtedy bezcenna jest świadomość, że masz ludzi, których kochasz i że oni o Tobie myślą. Im więcej dzieje się wówczas wokół ciebie złych rzeczy, tym bardziej doceniasz przyjaciół i to, co masz.

GALA: Bardziej budują Cię porażki, przeciwności losu, czy sukcesy?

TAMARA ARCIUCH: Powodzenie umacnia. Ale istnieje ryzyko, że przestaniesz się nad sobą zastanawiać, bo wszystko wyda ci się łatwe… Mnie budują momenty, kiedy wiem, że coś dobrze zrobiłam i ktoś to docenił. Wtedy jestem szczęśliwa. Natomiast złe doświadczenia skłaniają do refleksji. Najpierw jest ból i szok, a potem pytania, przynajmniej ja je sobie zadaję: dlaczego to spotkało właśnie mnie? Na ile zawiniłam sama, a na ile powodem jest to, że świat jest „be”?

GALA: Aż tak bardzo dopiekła Ci bulwarowa prasa, czy też masz na myśli podłości, których dopuścili się Twoi znajomi?

TAMARA ARCIUCH: I tak, i tak. Trudno mi o tym mówić. Nie chcę, by to zostało odebrane jako skargi, żalenie się. Jestem tylko zdumiona tym wszechobecnym wylewem bezinteresownej nienawiści. Kiedy wybierałam zawód aktorki i zaczynałam pracę w teatrze, takiego świata nie było. Ani brukowej prasy, ani kundelskich portali internetowych. Słyszało się, że w Stanach Zjednoczonych paparazzi czyhają w krzakach na aktorów, ale dla nas była to egzotyka. Teraz na własnej skórze poczułam, jak działają mechanizmy tego świata, jak to boli. Przełożyło się to na moje podejście do zawodu – on stał się przez to brzydszy. I kiedy słyszę od ludzi: „Taki zawód sobie wybrałaś!”, zżymam się. Bo aktorstwo to wchodzenie w inne światy, dawanie ludziom przyjemności, wywoływanie uśmiechu bądź łez.

GALA: Kiedy postanowiłaś zmienić swoje osobiste życie, stałaś się łakomym kąskiem dla brukowej prasy. Doszło do tego, że wytoczyłaś procesy.

TAMARA ARCIUCH: Na razie dwa, ale pewnie będzie ich więcej. To jedyna broń, żeby nie patrzeć bezczynnie na bezkarne zagarnianie mojej prywatnej sfery. To się zaczęło, gdy pojawiłam się w „Tańcu z gwiazdami” – paparazzi pojawili się pod moim domem i... już zostali. Siedzą w samochodach, jeżdżą za mną po mieście. Zabolało mnie, gdy w brukowcu zobaczyłam zrobione zza krzaków zdjęcie mojego synka z oczami zasłoniętymi jak u przestępcy. Zrobiłabym wszystko, żeby fotografie moich dzieci nie ukazywały się w brukowcach. Nie rozumiem, dlaczego dziś w Polsce nie można uchronić dzieci przed tego rodzaju agresją.

GALA: To media. A znajomi?

TAMARA ARCIUCH: Stałam się bardziej ostrożna. Bo jeśli rozmawiasz o czymś w gronie znajomych, a potem to wycieka do portalu internetowego, tracisz zaufanie do ludzi. Zamykasz się. To jest m.in. ten element podłości, o którym mówiłam. Żałuję, że tak się stało, ale jestem teraz bardziej zdystansowana do ludzi. Na szczęście mam grupę sprawdzonych przyjaciół, takich na dobre i na złe. I wiem, że mogę na nich liczyć.

GALA: Kiedy rozmawiałyśmy przed dwoma laty, mówiłaś, że jeszcze nie czujesz się dorosła. Jak jest teraz?

TAMARA ARCIUCH: No tak, to się zmieniło... Ale nie chciałabym, by powstało wrażenie, że jestem zgorzkniała, bo tak strasznie życie mi dowaliło… Tak nie jest! Ale zmieniam się, bo zmienia się moje życie, mam coraz więcej odpowiedzialności, ale i szczęścia.

GALA: Od losu dostałaś również talenty. Prócz aktorskiego, taneczny, a podobno też plastyczny. Wiem, że rysowałaś akty kobiece. Co jest ciekawego w kobiecym akcie?

TAMARA ARCIUCH: Zachwycam się pięknymi kobietami. I nie mam tu na myśli ładnych nóg i dużych oczu, tylko jak pełną się jest kobietą, bez względu na wiek. Gdybym była obdarzona większym talentem plastycznym, rysowałabym nie tylko akty, ale kobiety w ogóle, tak, by uwidocznić duszę. Nie mam jednak teraz czasu na rysowanie.

GALA: Na ekranach kin jest właśnie film Janusza Morgensterna „Mniejsze zło”, w którym zagrałaś lekarkę-psychiatrę. To Twoja pierwsza „rozbierana” rola... Było trudno?

TAMARA ARCIUCH: Zawsze uważałam takie sceny za trudne. Zaufałam Januszowi Morgensternowi. Wiedziałam, że to reżyser, który nie pokaże tego w sposób, który ugodzi w moją kobiecość. Nie potraktuje głupio, jak to się często zdarza: byleby tylko błysnął na ekranie kawałek gołej piersi czy tyłka, żeby coś się zadziało. Pomyślałam, że zdecydowanie lepiej się rozebrać u Morgensterna niż w „Playboyu” (śmiech).

GALA: Miałaś takie propozycje?

 

TAMARA ARCIUCH: Tak. I nie mam nic przeciwko tym, którzy chcą pokazać swoje ciało. Ale sama tego nie zrobię! Natomiast moja filmowa postać bez tej sceny nie ma sensu. Ta scena pokazuje, że bohaterka ma w sobie jakiś cień, że to ktoś trochę złamany. Morgenstern podobno ładnie to nakręcił. Ja nie wiem, bo kiedy siedziałam w kinie i zbliżała się ta scena, myślałam, że odfrunę, tak bardzo się denerwowałam. Oglądanie własnej nagości w towarzystwie wielu osób jest trudne. Ale do tego też dorosłam. Oczywiście w internecie pojawiły się zaraz głupie komentarze na ten temat.

GALA: Akcja filmu toczy się w latach 1980-82. Byłaś wtedy małą dziewczynką. Jak udało Ci się tak wiarygodnie zagrać kobietę z tamtego okresu?

TAMARA ARCIUCH: Dla mnie ona mogłaby żyć również dzisiaj. Do lat 80. przynależy tylko jej wygląd, a to zasługa charakteryzacji i kostiumów. Do gry podeszłam intuicyjnie. Nie zastanawiałam się nad jej gestami, jak w przypadku Karoliny z „Niani”, dla której wymyślałam sposób chodzenia, odwracania się, tzw. techniczne środki. A jakie to były czasy, pamiętam. Również moją mamę i to, jak chodziła ubrana. Wszystko było skromne, choć mama sama sobie szyła, więc zawsze miała coś fajnego. Ja niestety szyć nie potrafię…

GALA: Rozmawiasz czasem z rodzicami o tamtych latach?

TAMARA ARCIUCH: Czasami. Zdaniem mamy teraz jest trend, żeby tamte czasy demonizować. Że było takie straszne zniewolenie. A przecież ludzie też się cieszyli, mieli przyjaciół, pracowali i wychowywali dzieci. Było biednie, ale wystarczyło być porządnym człowiekiem. Gdy tatę chciano „wciągnąć na członka”, odmówił, a konsekwencje nie były jakieś specjalnie dramatyczne. A my z braćmi mieliśmy normalne, fajne dzieciństwo.

GALA: Film zawsze był Twoim marzeniem, ale poznałyśmy się, gdy byłaś aktorką grającą głównie w teatrze. Nie tęsknisz za sceną?

TAMARA ARCIUCH: Tęsknię za kontaktem z widzem. Miałam szczęście trafić na ciekawy okres, gdy dyrektorem Teatru Wybrzeże był Maciej Nowak, który zapraszał do pracy wybitnych reżyserów, m.in. Annę Augustynowicz, Rudolfa Zioło. Wszyscy mieliśmy poczucie, że robimy coś wyjątkowego. Nowy dyrektor zrezygnował ze współpracy ze mną. Stwierdził, że za dużo pracuję w Warszawie i nie mam czasu dla teatru, z czym się zgodziłam. Wtedy zdecydowałam się na stolicę. I dobrze się stało. Mam nadzieję, że jeszcze wrócę do teatru, ale do konkretnego projektu. Pojawiały się już takie propozycje, tylko nie mogłam z nich skorzystać. Zmiany w życiu aktora są konieczne. Nawet te, które wydają się zmianami na gorsze. Nie jestem teraz na etacie, pracę raz mam, raz nie... Ale nie narzekam.

GALA: Grasz przede wszystkim w serialach. To gatunek, który przynosi popularność, ale również szufladkuje. Twoja szuflada ma napis „bo to zła kobieta była”…

TAMARA ARCIUCH: (śmiech) To prawda, moje bohaterki są chłodne, zdystansowane. Bardzo bym chciała zostać aktorką filmową czy teatralną zgarniającą nagrody za role. Ale przez pięć lat od premiery „Wesela” nie dostałam ani jednej propozycji filmowej. Dopiero w tym roku zagrałam w komedii Olafa Lubaszenki „Złoty środek” i w „Mniejszym złu”. Miałam najczarniejsze myśli: pewnie tak źle zagrałam w „Weselu”, że wszyscy zobaczyli, jaka jestem niezdolna. Ale ludzie, którzy się znają na kinie, i sam reżyser Wojciech Smarzowski mówili o mojej roli dobre rzeczy. Po „Weselu” miałam przestój również w teatrze. To było frustrujące. I wtedy dostałam rolę w „Niani”. Nawet się specjalnie nie ucieszyłam. Dopiero po kilku odcinkach stwierdziłam, że mam szansę wykreowania czegoś, pokazania się od innej strony – komediowej.

GALA: No i pokazałaś się. Jako niezła zołza…

TAMARA ARCIUCH: Krótko mówiąc (śmiech). Ale zdobyłam przychylność widzów. Moja bohaterka była na tyle wyrazista, że teraz jestem w szufladzie. U nas, jeśli coś zrobisz w miarę dobrze, proponuje ci się podobne role. Trudno. Lepiej być specjalistą od czegoś, niż nikim. Nawet jeśli mam być tu pierwszą Cold Woman (śmiech). W „Teraz albo nigdy” moja bohaterka też była przebiegłą intrygantką, lecz ktoś zauważył: „Ale zakochała się! Robiła to z miłości”. Zawsze będę walczyć o ciekawe role, ale powyżej scenariusza nie podskoczę. Albo mogę odmawiać ról, które są podobne, albo nie pracować. Jak teraz.

GALA: Dzięki temu masz więcej czasu dla dzieci. Aktorki często odsuwają moment urodzenia dziecka. Ty urodziłaś Krzysia, mając 24 lata, a teraz znów zdecydowałaś się na dziecko. Los przyniósł Ci drugiego synka – Michała.

TAMARA ARCIUCH: Jestem szczęśliwa, że tak się stało. Michaś jest słodki, śliczny i – co najważniejsze – zdrowy. Nie ma z nim najmniejszych problemów, jest uśmiechniętym, pogodnym dzieckiem. Macierzyństwo po dziesięciu latach też jest inne, bardziej wyciszone. Mimo różnych zawirowań i trudnych sytuacji w moim życiu jestem spokojniejszą matką. Płacz syna nie przyprawia mnie o drżenie rąk, jak za pierwszym razem, kiedy byłam taka młoda. Michaś przejmuje mój spokój i nie daje mi w kość. Dzieci są dla mnie najważniejsze. O zawodzie myślę teraz w kategoriach źródła utrzymania. Nie oznacza to, że będę odcinać kupony i przychodzić na plan, żeby odwalać robotę. Wszystkiemu, co robię, oddaję się całkowicie. Tylko kiedyś spodziewałam się, że jeśli coś dobrze zrobię, to zaowocuje innymi propozycjami. Teraz wiem, że to się nie przekłada. Że kariera idzie swoją drogą i nie ode mnie zależy.

GALA: Jesteś rozczarowana?

 

TAMARA ARCIUCH: Nie, raczej zaczęłam to realnie oceniać. Nie ma sensu nadmiernie zabiegać o role. Zbyt wielka determinacja powoduje, że człowiek robi się nerwowy. A kiedy podchodzisz pozytywnie do ludzi i pracy, jesteś inaczej odbierana. Kiedyś traktowałam aktorstwo jako przygodę, teraz jako zawód. Chcę zapewnić sobie i dzieciom normalne, fajne życie. A kariera nigdy nie była dla mnie najważniejsza. Bo tak długo jestem aktorką, jak i matką. To się u mnie zawsze przeplatało, życie zawodowe z macierzyństwem. Ten zawód brutalnie się obchodzi z kobietami. Wraz z pierwszymi zmarszczkami idziemy w odstawkę. Ten okres co prawda się wydłuża, bo umiemy bardziej o siebie dbać i…

GALA: … jest botoks, operacje plastyczne...

TAMARA ARCIUCH: (śmiech) Botoks, operacje, więcej możliwości. Starzejmy się później. Ale w wieku 40 lat już nie zagramy Ofelii. A potem co? Pustka? A rodzina zawsze będzie przy tobie.

GALA: Przez ostatnie lata ciągle byłaś w drodze. Pokonywałaś trasy: Skierniewice–Kraków, Kraków– Gdynia, Gdynia–Warszawa. Nie brakuje Ci teraz tego?

TAMARA ARCIUCH: Och nie! Nareszcie jest mi dobrze. Byłam już bardzo zmęczona tymi podróżami. Dopóki miałam dwadzieścia parę lat, organizm to wytrzymywał, ale było coraz gorzej. I ten ciągły stres: czy zdążę na spektakl, czy dolecę samolotem na czas? Inne aktorki przyjeżdżały na castingi prosto z domu, wypoczęte, spod prysznica, pięknie wymalowane, a ja po nocy spędzonej w pociągu, z makijażem zrobionym w toalecie. Może gdyby moje życie osobiste ułożyło się inaczej, tak byłoby nadal. Ale Warszawa jest teraz jedyną opcją, mimo że nie czuję się tu dobrze.

GALA: Dlaczego nie lubisz tego miasta?

TAMARA ARCIUCH: Bo jest nieprzyjazne, zatłoczone, pędzące. Tęsknię za Trójmiastem. Ale nie można uciekać od zmian. Ludzie unikają ich, bo przynoszą stres. Uważam, że popełniają błąd, bo bez zmian człowiek stoi w miejscu. Mnie los przywiódł tutaj. Więc staram się tu odnajdywać radości i oswajać miejsca.

GALA: Czy wśród tych radości mieści się taniec? Pięknie tańczysz, zarówno Ty, jak i Twój życiowy partner Bartłomiej Kasprzykowski. Zdarza się Wam tańczyć razem?

TAMARA ARCIUCH: Tak (śmiech). Zawsze lubiłam tańczyć, zachwycałam się tancerzami. Nie ćwiczymy układów cza-czy czy fokstrota, bo nie chodzimy na żadne imprezy ani bale, ale zdarza się nam razem zatańczyć. Choć może bardziej się wygłupiamy... Niewykluczone, że jeszcze kiedyś wypróbujemy jakiś układ.

GALA: Niespełnione marzenie?

TAMARA ARCIUCH: Nie udało mi się przejść przez życie tak, żeby nikogo nie skrzywdzić.