Wspólna praca w „Dzień dobry TVN” to adrenalina czy stres?

Anna: Adrenalina. Jarek dał się poznać jako nieustępliwy, twardo stąpający po ziemi dziennikarz. Liczę, że wniesie do „Dzień dobry TVN” nową energię. Może zacznie pierwszy program od pocałowania kamery, bo tak pożegnał się w TVN24.

Jest między Wami harmonia?

Jarosław: Słyszałem, że będziemy podrzynać sobie gardła. (śmiech) W telewizji każdy poranek przynosi niespodziankę. Często budzimy się w zupełnie innej rzeczywistości. Trzeba szybko reagować.
Może się okazać, że polityk PiS-u zaleje kawą pierwszą stronę „Gazety Wyborczej”
i już jest skandal. Gdy goście przed programem pytają mnie, o czym będziemy rozmawiać, mówię im, że o życiu. 

Anna: Telewizja karmi się osobowościami. My będziemy się pięknie różnić. 

I rywalizować?

Anna: Rywalizacja mnie motywuje. Do pewnego stopnia każdy w telewizji gra na siebie. 

Jarosław: Telewizja tylko z pozoru jest ładnie uczesana i upudrowana. Pod skórą, za kamerą jest prawdziwe życie: radość, złość, wkurzenie, łzy. Lubię to. 

Wasz układ to dobry i zły policjant?

Anna: Łączy nas to, że jesteśmy rodzicami, wiemy, czego chcemy i oboje głęboko „siedzimy w sieci”. Dzielą nas poglądy.

Jarosław: Liberalny lewak, jak czytam o sobie, i konserwatystka. Cała frajda w tej różnicy. 

Często padał Pan ofiarą hejtu. Można się na to uodpornić?

Jarosław: Tłum? Dziś kocha, jutro nienawidzi. W zachowaniu równowagi pomaga mistrz, chociaż to słowo dzisiaj jest niemodne. Kiedy ten, któremu ufasz, powie, że coś spieprzyłeś, wtedy można się zacząć martwić. 

Zdarzały się Wam w pracy momenty
paniki, wyczerpania, smutku?

Jarosław: Po Smoleńsku ryczałem z tygodniowym opóźnieniem. Wymyśliłem, żeby przeczytać wszystkie 96 nazwisk ofiar jedno po drugim, ledwo dałem radę. Rozklejam się też, gdy myślę o dziecku. Tak było również przy pożegnaniu z TVN24. 

Pamiętacie Wasze pierwsze spotkanie?

Anna: Dziewięć lat temu na korytarzu TVN24. Podeszłam do Jarka w jego pierwszy dzień w telewizji i powiedziałam, że moja mama, Halina Rowicka, uważa go za objawienie, i życzyłam mu sukcesów.

Jarosław: Pierwsza myśl – jaka piękna dziewczyna. Dopiero potem dotarło do mnie, że w środowisku poważnej rywalizacji usłyszałem komplement i zastanawiałem się, co jest ze mną nie w porządku, że nie potrafię go przyjąć. Później się mijaliśmy, Ania mnie widywała na ekranie rano, ja ją wieczorem. W radiu zostawałem po dyżurze, żeby posiedzieć w studiu z kumplami, którzy byli dla mnie jak rodzina. W telewizji jest inaczej. Chwilkę po tym, jak gaśnie czerwona lampka, już ktoś inny kładzie torebkę na stole
i trzeba lecieć. 

 

Anna: Wychodzisz ze studia z głową pełną wydarzeń i jesteś zdany na siebie. Są różne sposoby na wyciszenie. Ja idę na basen, na spacer z psem, bawię się
z dziećmi. Newsowcy są w ogóle najlepszymi rodzicami. Gdy trzeba, bez marudzenia wstają w środku nocy. 

Jarosław: Markowi Tejchmanowi, z którym pracowałem w TVN24, urodziło się dziecko tego samego dnia, co moja Zosia. On wyglądał jak zombie po trzech nocnych karmieniach. Ja byłem wyćwiczony we wstawaniu o drugiej czy czwartej. 

Zostaniecie przyjaciółmi?

Anna: To, że aktorzy całują się na scenie, nie znaczy, że ze sobą sypiają. Z moim poprzednim partnerem, Robertem Kantereitem, nie zapraszaliśmy się do domu. Gdybyśmy wiedzieli o sobie za dużo, niczego nowego nie moglibyśmy przynieść do studia. Zobaczymy, jak będzie z Jarkiem…

Jarosław: Przy tak bliskim, prawie codziennym kontakcie siłą rzeczy wchodzi się w prywatność. Teraz najchętniej opowiadałabym Ani o tym, że moja córka Zosia ma gorączkę. 

Chcielibyście, żeby Wasze dzieci pracowały kiedyś w telewizji?

Anna: Moi rodzice, aktorzy, byli przeciwni, żebyśmy z moim bratem weszli do show-biznesu. Ja chciałabym, aby moja trójka sama podjęła decyzje o swojej przyszłości. Dzieciaki ciągle mnie pytają, kiedy będą mogły przyjść do mnie do pracy. Najmłodsza córeczka wchodzi do samochodu, siada za kierownicą i mówi do taty, lekko jeszcze sepleniąc: „Jadę do pracy, daj mi kluczyki i kartę”. Środkowa, trzylatka, lubi się przebierać i występować. Ma talent, ale mój mąż wolałby, żeby najpierw miała coś w głowie, a potem rozwijała się w innych kierunkach.

Jarosław: To w domu dziecko najwięcej się uczy. Chciałbym, żeby Zosia miała realistyczne wyobrażenie o mediach. Od moich studentów na SWPS słyszę, że ludzie z telewizji to piękni, młodzi i bogaci, którzy czytają z promptera, a potem wsiadają do drogich samochodów
i kąpią się w złotych basenach. To tak nie wygląda.