GALA: Z czego powstał Twój teatr: z rozczarowania, ze złości, a może z nudów?

TOMASZ KAROLAK: Myślę, że z braku ciekawej alternatywy. Któregoś dnia pomyślałem: zagrałem w filmach, które miały kilkumilionową widownię, no i co? Zagrałem główną rolę w serialu, który przyniósł mi popularność i sympatię, no i co? Zobaczyłem swoją gębę na okładce gazety z owcą na barana i co dalej? Zrozumiałem, że doszedłem do pewnego muru i powinienem wrócić do sedna tego, czego uczyli mnie w szkole teatralnej. Właśnie w tym wieku i w tym momencie.

GALA: Obudziłeś się nad ranem z postanowieniem, że założysz teatr?

TOMASZ KAROLAK: To był wieczór. Późno dotarłem na próbę do budynku YMCA (Young Men’s Christian Association, czyli Związek Chrześcijańskiej Młodzieży Męskiej – przyp. red.) w centrum Warszawy, w którym powstał teatr, bo my najpierw wynajęliśmy go na próby do „Opisu obyczajów III”. Wszedłem na tę salę, wszyscy już byli. Nagle uświadomiłem sobie, że nie dość, że to miejsce ma niesamowity klimat, to od razu podchwycił to Mikołaj Grabowski, który jest fantastycznym reżyserem i był dyrektorem wielu teatrów. Powiedział: „Karol, ja już nie chcę stąd wychodzić”. Wtedy zacząłem się zastanawiać, czy z tym miejscem można zrobić coś więcej. Spotkałem się z przedstawicielami ZHP, który jest właścicielem budynku, i okazało się, że oni chcieliby mieć tu coś ambitnego.

GALA: Związek Harcerstwa Polskiego?

TOMASZ KAROLAK: Tak. Przez wiele lat byłem harcerzem i wcale się tego nie wstydzę. Byłem w 63. męskiej drużynie harcerskiej i to ona wykształciła mój pogląd na świat, nauczyła mnie historii, zaraziła pasją podróżowania. Wiem, że dziś z harcerstwa wielu ludzi się śmieje, ale ja mam zupełnie inne doświadczenie. Nie mówiąc o tym, że widok dziewczęcego mundurka harcerskiego za czasów PRL-u zawsze był dla mnie erotycznym doznaniem i moja pierwsza miłość zaczęła się na obozie harcerskim od takiego mundurka właśnie. Więc po latach znowu spotkałem ZHP na swojej drodze i postanowiliśmy razem założyć teatr w tym sensie, że oni ustalili taki czynsz, który mnie nie zamordował, a ja obiecałem, że będę się starał, żeby to miejsce było ważne.

GALA: Nie boisz się, że pewnego pięknego dnia pójdziesz na dno? Finansowe oczywiście.

TOMASZ KAROLAK: Jasne, że o tym myślę, ale już zabezpieczyłem się na okoliczność klęski. Rozmawiałem z Dodą, że zatrudnię ją do roli Marii Stuart i wtedy wyjdę ze wszystkich dołków finansowych.

GALA: Doda sie zgodziła?

TOMASZ KAROLAK: Oczywiście! (śmiech)

GALA: Rozumiem, że zainwestowałeś w to swoje własne, prywatne pieniądze?

TOMASZ KAROLAK: Na razie kasa „płynie” z mojej własnej kieszeni i z kieszeni moich przyjaciół wspólników. Nie zamartwiam się: uda się czy nie?

GALA: To głupota czy ułańska fantazja?

TOMASZ KAROLAK: Potrzeba serca. Ja to naprawdę zrobiłem z ideologicznych pobudek. Jeśli zdarzyło mi się to szczęście w życiu, że zarabiam, nie powiem łatwo, bo zabrzmi to zbyt prowokacyjnie, no ale, powiedzmy, z pewną płynnością, dosyć dużo pieniędzy w telewizji, to chcę je „zapakować” w coś istotnego. Coś, co ma dla mnie sens, da mi głębszą satysfakcję. Nina Terentiew, która była na premierze „Obyczajów...” powiedziała, że to jest kapitalna droga. Że podoba jej się to, co robimy, i że teraz mnie rozumie.

GALA: Czyli twoja złota kura, to...?

TOMASZ KAROLAK: Telewizja. Teraz jestem w Polsacie, ale za chwilę mogę być gdzie indziej. Nie ma jednak sensu ukrywać, że pod względem fi nansowym telewizja jest OK. Tam zarabiam, tu wydaję. Chciałbym robić tzw. teatr środka. Teatr, który jest rozrywką dla widza, ale nie taką, że wychodzisz z teatru i nie pamiętasz, o czym była sztuka. Chciałbym, żeby mój teatr zmuszał ludzi do pewnej refl eksji, zastanowienia się nad sobą, nad Polską, nad światem.

GALA: Każdy nowy teatr ma ambitne plany, niestety szybko weryfikuje je twarda rzeczywistość: nie ma widzów – nie ma teatru.

TOMASZ KAROLAK: Zauważyłem, że jak widz ma napisane w programie: „komedia”, to przyjdzie do teatru, jak nie, to niekoniecznie. Jedno z karkołomnych wyzwań, jakie sobie postawiłem, to przekonać tych, którzy chodzą tylko na komedie, żeby przyszli też na coś zabawnego i ambitnego, bo ambitna sztuka niekoniecznie musi być nudna. Nasz „Opis obyczajów III” to jest przedstawienie, które po katastrofie w Smoleńsku tak nieprawdopodobnie wpisuje się w to, co się teraz w Polsce dzieje, nabiera takiej autentyczności, że aż ciarki przechodzą. A jednocześnie jest śmieszne i wzruszające. Następna premiera to „Dzienniki” Gombrowicza z fenomenalną obsadą.

GALA: Brzmi imponujaco... Panie dyrektorze, prezesie?

 

TOMASZ KAROLAK: (śmiech) Jestem Tomkiem Karolakiem, nadal. Nie wyznaczyłem sobie w moim teatrze żadnej funkcji. Mam trójcę dyrektorów i masę fantastycznych ludzi, i wszyscy razem zasuwamy. Chciałem ci tylko uświadomić, że od pomysłu „zróbmy teatr”, przez elementarny remont do premiery minęły TRZY miesiące. Ludzie nie wierzyli, że to się udało zrobić. Mikołaj Grabowski patrzył na mnie z niedowierzaniem. Dyrektor sceny narodowej (krakowskiego Starego Teatru – przyp. red.) mówił do mnie: „Stary, no nie wierzyłem. Znaczy wierzyłem i.... nie wierzyłem” (śmiech). Jestem człowiekiem, który dużo gada, więc nieraz inni nie biorą mnie na poważnie. Lubię gadać, opowiadać, jestem trochę mitomanem. Czasem coś dodam, podkoloryzuję.

GALA: Więc zaznaczmy, że teatr IMKA istnieje naprawdę.

TOMASZ KAROLAK: (śmiech) Czasami, bardzo rzadko, myślę sobie, że najwyżej wszystko splajtuje, upadnie i już. Zamkniemy budę i będziemy czekać na lepsze czasy. Ale pasja i energia ludzi, którzy mnie tu otaczają, jest zaraźliwa. Jestem też zwolennikiem małych kroczków. Chcę powoli budować ten teatr. Precyzyjnie dobieramy repertuar, wszystko musi mieć swój czas. Jak będzie się bilansowało, wychodziło na zero, to już będzie fajnie.

GALA: Nie poddajesz się łatwo.

TOMASZ KAROLAK: Gdy ponoszę klęskę, wycofuję się na drugą linię i czekam na dogodny moment, żeby wejść „na scenę” i znów zaatakować. Nie ma we mnie ciśnienia, że muszę tu, teraz, natychmiast.

GALA: Budzisz sie w nocy zlany potem? Popijasz melise na ukojenie nerwów?

TOMASZ KAROLAK: Jak budzę się w nocy, nie wiem, dlaczego się denerwuję. Czy dlatego, że ciągle sobie zadaję pytanie o miłość w życiu, czy dlatego, że chciałbym, by widzowie przychodzili milionami do mojego teatru.

GALA: A co z tą miłością?

TOMASZ KAROLAK: Tu jest problem. W mojej obecnej sytuacji trudno jest znaleźć kobietę, która to zrozumie. Jestem w wirze ciężkiej roboty, która pochłania multum czasu. Wiem, że sam to sobie wymyśliłem. Osiągnąłem ten wiek i moment, że mogę się zrealizować, i kobieta musi to akceptować, przynajmniej przez jakiś czas. A trudno taką kobietę znaleźć.

GALA: Jestesmy tak egoistyczne i zaborcze?

TOMASZ KAROLAK: Myślę, że każda kobieta potrzebuje jakiegoś dopieszczenia, atencji, uwagi, a ja jestem w takim momencie życia, że o tym zapominam. Zdarza się, że nie myślę o tym w ogóle. Bo z jednej strony jesteś zmęczony, ale z drugiej czujesz też satysfakcję i spełnienie. Więc bez wyrzutów sumienia czy żalu całą energię pakuję w organizowanie tego teatru, ściąganie dla niego pieniędzy. To nie jest z mojej strony lekceważenie kobiety, ale może być dla niej trudne. Trzeba do tego emocjonalnie dojrzeć, nabrać dystansu. Ja sam nie uważam się za totalnie dojrzałego faceta, ale mam poczucie, że to się powolutku wykluwa. Może właśnie założenie teatru jest wynikiem dojrzałości? Chciałbym zrobić coś, co pozostanie po mnie na dłużej.

GALA: Została Ci przyjaźń. Czy męska przyjaźń jeszcze istnieje?

TOMASZ KAROLAK: Nawet męsko-damska. Dla mnie absolutnym wsparciem są Piotrek Adamczyk i Sylwia Diakowska, która jest nie tylko naszą agentka, ale też mózgiem prawnym całej operacji pt. Teatr IMKA. Jest jego dobrym duchem, fantastycznym biznesmenem, który bardzo mnie mobilizuje do działania i dyscyplinuje. W ogóle ludzie, którzy mnie tu otaczają, są o wiele bardziej odpowiedzialni niż ja. Bez ich wsparcia nic bym nie zrobił.

GALA: Twoja córka Lenka tańczyła na scenie?

TOMASZ KAROLAK: Wtedy stało tam jeszcze zwierciadło i chyba bardzo jej się podobało. Myślę, że ten teatr robię trochę z myślą o niej. Chciałbym, żeby kiedyś nim zarządzała.

GALA: Bycie ojcem rozmiękcza mężczyznę?

TOMASZ KAROLAK: Na pewno zmienia perspektywę na wszystko, co się wiąże z dziećmi – od oglądania wystaw sklepów z dziecięcymi ciuchami, po przepuszczanie ludzi z dziećmi na przejściu dla pieszych. Ojcostwo uwrażliwia. Patrzę na każde dziecko, które mijam, i zastanawiam się, co szykuje mu los. Ostatnio byłem w domu dziecka w Stargardzie Szczecińskim i przeżyłem szok. Dopiero teraz zrozumiałem, ile dobrego można zrobić dla dziecka dzięki adopcji.

GALA: Co pomogło Ci dotrzeć do miejsca, w którym jesteś? Pracowitość, upór, przypadek, szczęście?

TOMASZ KAROLAK: Myślę, że wszystko naraz. Na pewno nigdy o nic nikogo nie prosiłem. W zawodzie doświadczyłem wielu upokorzeń i musiałem je jakoś przeżyć. Przez wiele lat byłem ten drugi w zespołach teatralnych, w serialach, filmach i trzeba było wyciągnąć z tego naukę. Nieraz wydawało mi się, że jestem gotowy do głównej roli, ale jeszcze było za wcześnie. Musiałem też sobie przetłumaczyć, że jak cię reżyser wyrzuca z roli, bo sobie nie radzisz, to często wynika to ze złego obsadzenia. Zdarza się, że do jakiejś roli po prostu nie pasujesz. Te wszystkie doświadczenia, często niezbyt miłe, pracują na wytrzymałość psychiczną, odporność i umiejętność czekania. A to jest niezbędne w aktorstwie.

GALA: Czy Ty się czegoś wstydzisz?

TOMASZ KAROLAK: No, nie wiem... swoich krzywych palców u stóp (śmiech). Wiesz, jest coś takiego, że jak wychodzisz na scenę i reżyser ci mówi: „No dobra, to powiedz do niej teraz tak jak do kobiety, którą naprawdę kochasz”. I ty wtedy szukasz w sobie tego uczucia, tego prawdziwego tonu i jak już go odnajdziesz, to... czujesz się skrępowany. Natychmiast przykrywasz to aktorstwem, bo masz wrażenie, jakbyś nagle stał się nagi. Tego się wstydzę.