Trudno się z Tobą robi wywiad. Proponujesz spotkanie o 23!

Nie ty pierwsza mi uświadomiłaś, w jakim pędzie żyję. Rzeczywiście wywiad o północy to przesada, więc przeniosłem go na 11 przed południem. (śmiech)

I oczywiście się spóźniłeś. Jak właściwie wygląda Twój dzień?

Wstaję o 6, idę pobiegać. O 8 odwożę Lenę do szkoły, jeśli się tak umówię z moimi rodzicami i Violą. Potem jestem na planie serialu do 17.30. Stamtąd jadę do teatru i gram przedstawienie, które kończy się o 22. Do tego dochodzą spotkania biznesowe. W domu jestem po 23. Wtedy z reguły ustalam, co będziemy wystawiać w teatrze, mam czas uczyć się roli, pomyśleć o sponsorach teatru. Poza tym jest rodzina. Trzeba z córką pójść na zajęcia pozaszkolne, pogadać z nią, sprawdzić, co aktualnie się dzieje w tej małej główce. To są poważne sprawy.

To Ty pewnie w ogóle nie wiesz, co w praktyce oznacza słowo nuda?

Coś mnie nieustannie gna. Nudzę się, jeśli jestem w jednym miejscu dłużej niż dwie godziny.

Nerwica? Pracoholizm?

Tak bym to określił. (śmiech) Dochodzą do mnie sygnały, że powinienem zwolnić. Ale co ja poradzę, że lubię tę pracę, że lubię ten pęd, lubię moje życie w tym ciągłym niedoczasie. Za kilka godzin wyjeżdżam do Singapuru. A wczoraj urządzałem urodziny córeczce. Zamiast się pakować, udzielam wywiadu, a muszę jeszcze przed wyjazdem zrobić rozliczenie naszego festiwalu „Polska w IMCE”.

Po co jedziesz do Singapuru? Otwierasz IMKĘ?

Chciałbym. (śmiech) Na razie na festiwalu w Singapurze pokazujemy nasz spektakl. Może jakiś most teatralny między Europą a Azją wybudujemy?

Na razie w Polsce budujesz mentalne mosty.Jak Ci się udaje robić tak świetną robotę w teatrze, kiedy jesteś bohaterem portali plotkarskich?!

Może udaje mi się to, bo i jedna, i druga strona to prawda o mnie? Może ja właśnie taki jestem – i bohater serialowy, i człowiek, który fascynuje się historią Polski i chce o niej sensownie dyskutować? Jestem po krakowskiej szkole teatralnej, wychowany na Starym Teatrze w Krakowie i Teatrze Stu, gdzie były pewne zasady, gdzie się mówiło o Polsce, o ważnych rzeczach. Ja nie umiem inaczej.

Byłam świadkiem, kiedy ktoś podarował Ci przedwojenny egzemplarz „Encyklopedii staropolskiej ilustrowanej” Zygmunta Glogera.

To chyba dobrze, nie? (śmiech) Media pokazują mnie na „ściankach”, mnie serialowego. Ale ja mam drugie życie. Ten wykreowany wizerunek na portalach to jest mała część prawdy o mnie. Niewiele osób wie, jaki jestem naprawdę. Prawda jest zarezerwowana dla rodziny, dla przyjaciół, współpracowników.

Ale prawda o Tobie wychodzi także wtedy, gdy tracisz nad sobą panowanie…

Często działam emocjonalnie. W mediach też. I to też jestem ja.

Przeklinasz i grozisz pobiciem...

Skoro już mówimy o tej przykrej sprawie z „Maglem towarzyskim”, użyłem słów, które są na poziomie programu, w którym obrażono matkę moich dzieci. I co więcej – zrobili to znajomi, dziennikarze, którzy mnie znali, którym pomagałem. I nagle zaczęli oceniać moje życie prywatne. Postawili się w pozycji „sumienia show-biznesu”. Problem polega na tym, że showman, który pierwszy wymyślił taki format – tak intensywnie dziś użytkowany w radiu i telewizji, czyli Kuba Wojewódzki – po prostu umie zbudować tak zwany cudzysłów. On ma talent i niebywałą inteligencję. A w pro-gramie, o którym mówimy, tego cudzy-słowu nie ma. Ten program nie spełnia swojej funkcji rozrywkowej i stał się jedynie szambem, opluwaniem ludzi. Mam dystans do siebie, rozumiem, że show-biznes ma swoje prawa i czasami trzeba przegiąć. Zwykle nie reaguję, kiedy się po mnie jeździ, ale nie pozwolę dotykać ludzi mi bliskich.

Skoro to takie niskie loty, może lepiej z wyższością odpuścić?

Nie! Nie można dać się opluwać. Są granice, których przekraczać nie wolno. To kwestia zasad. Tych podstawowych.

W mediach co jakiś czas wybuchają wokół Ciebie skandale i skandaliki, ale Ty jesteś niezmiennie lubiany, wzbudzasz sympatię, choć bywasz nieokrzesany.

Bez przesady z tym nieokrzesaniem…

Myślę, że ostatecznie wygrywasz tym, że jesteś szczery, że nic nie udajesz. Kiedy ktoś Cię wkurzy, to zaklniesz. I jakoś nie przeszkadza Ci to robić dobrej roboty w teatrze.

No, mam nadzieję, że się nie mylisz. Co tu dużo mówić – jestem człowiekiem show-biznesu, jego częścią. Wiem, z czym to się wiąże i jaką cenę się za to płaci. Tylko jedno – nie można obrażać rodziny i bliskich.

Powiedz mi w takim razie, z kim ja się dzisiaj spotkałam? Z wściekłym facetem broniącym kobiety, matki swoich dzieci? Z aktorem serialowym? Producentem? Dyrektorem? Jak to się dzieje, że te role Ci się nie mieszają?

Pamiętaj, że dyrektorzy teatrów grają w serialach. Nawet dyrektor Teatru Narodowego gra. Nie ma w  tym nic złego. Ja mam takie szczęście, że te seriale, w których gram, są sensowne. Gorzej by było, gdybym grał w czymś, za co nie biorę odpowiedzialności. No i uprawiam coś, co nazwałbym asertywnością w poszczególnych kategoriach. Kiedy gram w serialu, to skupiam się na tym, wierzę w to i robię to dobrze. A gdy robię sztukę teatralną, w której sam występuję, nie gram w serialu. Robię sobie wtedy dwa, trzy miesiące przerwy i skupiam się tylko na teatrze. Psucie się polega na tym, że zaczyna się myśleć o teatrze jak o serialu – szybko, łatwo, na pierwszych próbach już wiem, jak mam grać. Otóż nie. Trzeba się zagłębić, znaleźć w sobie inne tony, barwy. Często aktorzy, którzy długo grają w filmach, po wielu latach już nie wracają do teatru, boją się tej konfrontacji.

 

Twój teatr jest nagradzany na festiwalach, a Ty się w ogóle tym nie chwalisz. Dlaczego?

Bo to jest informacja raczej dla mecenasów, którzy za nami stoją. Moje zadanie polega na tym, żeby stworzyć artystom jak najlepsze warunki pracy. Tym, których cenię i których chciałbym widzieć na scenie mojego teatru. Zapraszam ich, byśmy wspólnie opowiedzieli naszą prawdę o świecie, o Polsce, o nas samych. I to jest kompatybilne ze mną. Nie kłóci się ani z serialami, ani z tym, jak żyję.

Ty zawsze wychodziłeś po spektaklu i dziękowałeś sponsorom.

Dla mnie, jako dyrektora teatru prywatnego, jest oczywiste, że siłą napędową wszystkiego są pieniądze. Mecenasi mogą zobaczyć, że dobrze je wydali, skoro otrzymujemy nagrody. Na przykład za „Generała” – przedstawienie wyreżyserowane przez Aleksandrę Popławską i Marka Kalitę. Na festiwalu Raport Sławomir Mrożek przyznał nagrodę grand prix temu spektaklowi, a na Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej spektakl otrzymał dwie nagrody: dla Marka Kality za rolę Generała oraz dla Marka Kality i Aleksandry Popławskiej za reżyserię. „Opis obyczajów” na festiwalu Klasyka Polska w Opolu dostał zespołową nagrodę. I w końcu grand prix na Festiwalu Gombrowiczowskim za „Dzienniki” Gombrowicza. Mnie cieszy każda nagroda, także warszawskie Wdechy za wzruszający i „ciemny” monodram Arka Jakubika „Ja”.

I przy takim dorobku wielu ludziom kojarzysz się głównie z życia osobistego...

Myślę, że zainteresowanie mediów to efekt tego, że gram z Małgosią Kożuchowską i  dzieciakami w serialu „Rodzinka.pl” oglądanym przez miliony widzów. Kiedy ostatnio pojawiłem się na pokazie Vistuli w Zamku Królewskim, była sensacja. Nie chodzę na pokazy mody, bo się na tym nie znam. Ubieram się niezbyt modnie. (śmiech) Ale wszystko jest po prostu efektem popularności seriali, w których gram. Poza tym staram się być lojalny wobec moich mecenasów. Jeżeli Vistula w spektaklu „Król dramatu” tak świetnie ubrała aktorów w genialne smokingi, to muszę pojawić się na pokazie, bo jestem firmie za to wdzięczny.

Co się stało w marcu 2010 roku, że założyłeś IMKĘ? Co Ci strzeliło do głowy?

Po 8-letniej rozłące spotkałem się z Mikołajem Grabowskim, który był dyrektorem Starego Teatru. Po prostu chcieliśmy robić teatr, za jakim tęskniliśmy. Ostatnio wspominaliśmy te chwile, gdy fantastyczne przemówienie na premierze „Opisu obyczajów” wygłosił nieżyjący Tadeusz Mazowiecki. Był jednym z widzów, powiedział, że oto dokonało się coś takiego, że widzi teatr prywatny dla inteligenta. To było wzruszające. Potem był trudny okres po katastrofie smoleńskiej i kryzys 2012 roku, który prawie zmiótł nas z powierzchni ziemi. Ale wszystko się odrodziło, bo ciągle wierzymy w tę energię na scenie, ciągle robimy rzeczy nie tylko dla śmiechu. Ciągle wierzymy w publiczność Warszawy, która chce różnorodnej rozrywki.

Myślisz o reżyserowaniu?

Na razie żyją jeszcze moi mistrzowie, którzy są znakomitymi zawodowymi reżyserami, więc nie garnę się do tego. Istnieje taki syndrom dyrektorski, że dyrektor-reżyser rzadko wpuszcza do swojego teatru kogoś lepszego od siebie. Chce być jedyną gwiazdą. Ja na szczęście nie mam tego problemu, bo nie jestem reżyserem. Nie mam reżyserskich ambicji zmieniania świata. Ja chcę spotykać ludzi, chcę, żeby tworzyła się fajna energia.

Wystawiliście „Kto się boi Virginii Woolf”. Mówisz, że robisz też teatr dla siebie, dla swojego pokolenia. Co Cię interesuje w tej sztuce?

Gram tam z Magdą Boczarską, z którą ciągle jesteśmy posądzani o romanse. (śmiech) Nie ukrywam, że byliśmy parą. To był wspaniały czas. Teraz jesteśmy znakomitymi przyjaciółmi, pracujemy razem. W tym przedstawieniu gadamy też o sobie, o tym, co było, co jest. Tak samo jak Mikołaj Grabowski, który gra parę z Iwoną Bielską, prywatnie swoją żoną. Dzięki temu pojawiają się emocje, które wychodzą z tej sceny i które nadają wiarygodność temu spektaklowi. A jeśli pytasz, o czym najbardziej to jest dla mnie, to o szczerości w związku… Bo ja w związkach jestem bardzo szczery.

Tak, jesteś… (śmiech)

Nie kłamię i często za to obrywam. Odkrywam swoje słabe strony. Jest to bolesna szczerość.

„Bolesna szczerość w związku” – to dobre określenie.

No bo jest ona ważna. Trzeba grać fair. Ta sztuka jest o tym, że dwie pary żyją w zakłamaniu. Młodsza w inny sposób, starsza w inny, ale i w jednym, i drugim przypadku ranią się podobnie. Myślę, że ta sztuka ma tak duże powodzenie, bo ludzie identyfikują się z tym bólem.

Mam wrażenie, że Twój dzisiejszy sukces bierze się z wcześniejszych porażek, z tego, że byłeś aktorem na scenie, ale pracowałeś też jako nocny stróż, imałeś się różnych zawodów.

Pierwsze dziewięć lat po szkole teatralnej nie wiedziałem, co to kamera. Nieprędko osiągnąłem tak zwany sukces medialny. Ciężko pracowałem za 540 złotych miesięcznie przez wiele, wiele lat. Dorabiało się różnymi rzeczami: bajkami, występami w domach kultury. To hartuje człowieka. Teraz młodzi chcą jak najszybciej zrobić karierę w serialu, żeby mieć pieniądze i „twarz”. Zresztą ja mam takie doświadczenia, że co się zachłysnę jakimś sukcesem, to natychmiast dostaję w dupę. Staram się już nie ekscytować za bardzo tym, co mi się udaje. I słucham mądrych reżyserów, którzy eliminują pychę z człowieka. Pokazują: słuchaj, za łatwo ci to przychodzi, nie graj jak w serialu, pomyśl, popracuj...

Krytycy Cię chwalą, piszą dobrze o Twoim teatrze. Nie każdemu się to udaje…

Jeżeli w spektakl włożona jest porządna praca, to krytycy zawsze to docenią. Jest wiele przedstawień zrobionych po to, żeby „zawojować Warszawę”, i nic z tego nie wychodzi.

Twoja publiczność w IMCE to hipsterzy?

Nie. Ja uprawiam inny teatr niż teatr Krzysztofa Warlikowskiego czy Grzegorza Jarzyny. Teatr Warlikowskiego jest sztuką z najwyższej półki. To teatr festiwalowy, zapraszany za granicę. I wszyscy czujemy do niego respekt. Ale ja muszę myśleć innymi kategoriami, bo nie mam państwowego wsparcia finansowego. Na „Dzienniki” przychodzą – jak to określam – „profesorowie”. (śmiech) To tacy ludzie, którzy znają temat, znają Gombrowicza. Na festiwalu „Polska w IMCE” bywa właśnie ta wyrobiona publiczność, która uwielbia Strzępkę, Demirskiego, Klatę. Na „Króla dramatu” przychodzą głównie 40-latkowie. I  fani Małgorzaty Kożuchowskiej. (śmiech) I Kazimierza Kaczora. Więc mamy niezły przekrój publiczności. W listopadzie – rzecz niebywała – za-prosiliśmy teatr z Edynburga. Zagrają historię o polskim niedźwiedziu w Armii Andersa. Więc będzie angielski teatr dla anglojęzycznego mieszkańca Warszawy. Trudno powiedzieć, kim jest nasz „typowy” widz.

Może „słoikiem”? To nowe pojęcie, określające tych, którzy przeprowadzili się na stałe do Warszawy. Robisz teatr dla „słoików” i dla „profesorów”?

Ja mieszkałem tak blisko Warszawy, że słoik nawet nie był mi potrzebny. (śmiech) Ja jestem „reklamówką”. Albo „sreberkiem”. Bo mama w sreberko owijała kiełbasę dla mnie. Muszę powiedzieć, że „słoiki” chętnie przychodzą do teatru, bo też chcą uczestniczyć w życiu kulturalnym miasta. U mnie „słoiki” nawet grają na scenie! (śmiech) Właściwie większość aktorów w IMCE to totalne „słoiki”.

Czyli jesteś „Panem sreberko”?

Tak. No i jestem ojcem. Kocham bycie ojcem! To wspaniała przygoda. Taka moja najważniejsza. Bo ucząca dystansu do wszystkiego innego. Ja cały czas uczę się dystansu do tego, co mnie spotyka. Bywałem w różnych sytuacjach. Mam trudny zawód – raz praca jest, raz jej nie ma. Nie warto się oszukiwać, że zawsze jest pięknie. Nie jest. Może być dobra passa: siedem lat tłustych, ale potem zawsze przyjdzie siedem lat chudych. Myślę, że zawsze trzeba być przygotowanym na to, że życie może się całkowicie odmienić w ciągu jednej sekundy.