Tomasz Kot nigdy nie dał się uwieść popularności. O dobre role walczył długo, a kiedy przyszła sława, miał już do niej dystans. I może dlatego nie zniszczyła jego życia prywatnego. Bo wszystko, co najważniejsze, dzieje się w domu. Reszta jest „robotą”.

W kwietniu skończył Pan 40 lat. Jakie to ma dla Pana znaczenie?

Tomasz Kot: Symboliczne, nic więcej. Kiedy patrzę na ten wyścig z młodością, wydaje mi się to strasznie śmieszne i kompletnie niezrozumiałe. Człowiek, który nie akceptuje przemijania, robi sobie krzywdę. Myślę, że z czasem staję się coraz spokojniejszy, i dzięki temu łatwiej mi być zadowolonym. Choć teraz jestem zwyczajnie zmęczony.

Właśnie wrócił Pan z planu nowego filmu Pawła Pawlikowskiego, który za „Idę” dostał Oscara. Premiera za rok. Gra Pan teraz swoje najlepsze role?

Najbardziej wymagające. Co mnie oczywiście mobilizuje, ale też trochę przeraża. Ciężko mi poczuć, że jestem w ważnym momencie swojego życia zawodowego, bo zastanawiam się, czy podołam wyzwaniu. To duże przedsięwzięcie, bardzo oczekiwany film, wiadomo, po „Idzie”. Gram pianistę, akcja dzieje się w latach 50. Musiałem się trochę poduczyć gry na fortepianie, choć pianistą raczej nie będę.

W polsko-brytyjskiej produkcji „Bikini Blue”, która za chwilę wejdzie na ekrany, podziwiałam, jak świetnie Pan mówi po angielsku. Inaczej się gra w obcym języku?

Idea, żeby zagrać coś w obcym języku, była bardzo pociągająca. Zwłaszcza że nie znałem angielskiego wystarczająco dobrze. Przygotowywałem się pół roku, intensywnie i z dobrym lektorem. A potem był pierwszy dzień zdjęciowy i zrozumiałem, jaki to komfort porozumiewać się w rodzimym języku. Nawet jeśli popełnię błąd, mogę przerobić go na żart, a tu ryzykuję niezrozumienie. Nie krzyknę po angielsku z taką pewnością jak po polsku. Czułem się jak debiutant.

Jak Pan to przezwyciężył?

Już jakiś czas temu zrozumiałem, że narzędziem aktora jest wyobraźnia, i używam jej, jak tylko się da. Ponumerowałem kwestie w scenariuszu i wymyśliłem, że każda jest jaszczurką w wielkim terrarium. Niektóre były łagodne, to te kwestie, które łatwo wchodziły do głowy, inne oślizgłe i nieufne – te musiałem oswoić. Czyli w filmie mówiłem swoimi oswojonymi jaszczurkami.

To przypomina wyobraźnię dziecka.

Rzeczywiście. Do tego się dojrzewa. Wie pani, jest problem ze zdefiniowaniem mojego zawodu. Np. teraz grając pianistę, zauważyłem, że muzyk ma stałe punkty odniesienia. Jeśli czegoś nie przećwiczy ileś razy, nie zagra tego. Ciężko znaleźć takie punkty w zawodzie aktora, nie ma stałych zadań, które trzeba wykonywać, żeby być w formie. Na dodatek aktor z reguły jest obsadzany „po warunkach”. Zawsze staram się od tego uciec.

Kobiety lubią Pana na ekranie. Widzi Pan siebie jako amanta?

Jeśli jakkolwiek siebie widzę, to jako materiał wyjściowy do nowej roli. A jako chłopak widziałem swój krzywy nos, to, że jestem za wysoki i za chudy, ale te wszystkie nastolatkowe strachy zniknęły, kiedy zaczęła się robota. Miałem szczęście, że zacząłem od „Skazanego na bluesa”, wielokrotnie mnie to ratowało. Kiedy potem pojawiałem się głównie w komediach romantycznych, pamiętano, że to ten, co jednak zagrał Ryśka Riedla. Kiedy zdarzają się takie role, wobec których potrzeba pokory, jak profesor Religa w „Bogach”, warunki są tylko narzędziem. Nie ma tam miejsca, żeby pielęgnować własne ego, przejmować się tym, czy jestem przystojny i czy kawa jest wystarczająco słodka. Zresztą, mamy takie powiedzenie, że „głowa jest własnością produkcji filmu”. Dlatego od dwóch lat mam taką samą fryzurę, bo gram w kolejnym filmie, którego akcja toczy się w latach 50. I dlatego przedtem byłem skrajnie chudy, łysy czy z wąsem do innych filmów. Nie interesuje mnie to, jak wyglądam na bankiecie czy premierze ani co obecnie jest modne

Zmienił Pan postrzeganie siebie dzięki aktorstwu?

Oczywiście, tu zaszła ogromna zmiana. W dzieciństwie miałem problemy ze zdrowiem, co mnie wykluczało z zajęć WF-u, w podstawówce to zawsze powoduje kompleksy. Na studia aktorskie trafiłem z myślą, że raczej mi się za wiele nie uda, czułem się słaby. Ale trafiłem na profesora, który zobaczył we mnie atuty i zaczął je wzmacniać. Dzięki temu, że zamiast na WF jako dziecko chodziłem na gimnastykę korekcyjną, byłem świetnie rozciągnięty – na studiach okazało się to wielkim atutem na zajęciach z pantomimy i ruchu scenicznego. Zrozumiałem, że nie powinienem być w opozycji do swojego ciała. Zaczęło być narzędziem, co chyba najbardziej widać w „Bogach”, gdzie charakterystyczny chód i przygarbienie profesora nie były dla mnie czymś trudnym.

Pana ojciec był nauczycielem WF-u, nie czuł Pan z jego strony oczekiwania, że powinien być Pan silniejszym fizycznie chłopcem?

Przeciwnie, bardzo o mnie dbał. Mój brat był silny, uprawiał sport, tata wspierał go w rozwoju sportowym, a mnie dobierał zadania odpowiednie do problemów z kręgosłupem. Właśnie dzięki swojej wiedzy umiał się mną zająć. Po lekcjach chodziłem do liceum, w którym uczył ojciec, właśnie na gimnastykę korekcyjną. Jako chłopakowi w podstawówce nawet mi to liceum imponowało.

Jakie Pan ma dziś relacje z rodzeństwem?

Z bratem i dwiema siostrami jesteśmy czteroosobowym teamem, mocno zżytym. Raz do roku spotykamy się w czwórkę, bez rodziców. W ostatnich latach dołączają do nas dzieci. Na ziemi jest siedem miliardów ludzi, a tylko kilka osób najbliższych.

Kilka lat temu wrócił Pan do rodzinnej Legnicy, żeby zagrać w filmie „Fotograf”. Uruchomiły się wspomnienia czy traktował Pan to miejsce, jak zwykły plan zdjęciowy?

To było bardzo ważne przeżycie! Jako chłopak marzyłem o aktorstwie, ale to marzenie było w ówczesnych warunkach właściwie bez szans na realizację. Więc dotykałem go nieśmiało, uczestniczyłem w zajęciach kółka teatralnego w sali prób w Legnicy. I dokładnie tę salę prób zobaczyłem wiele lat później w filmie Waldemara Krzystka „Mała Moskwa”. Wszystko mi się przypomniało, moje marzenia i wysiłki, żeby chociaż dostać się do szkoły, o filmach nawet wtedy nie myślałem. Poczułem ogromny sentyment, miałem już na koncie nie tylko szkołę aktorską, ale też kilka ról. W kolejnym filmie Waldemara Krzystka, „Fotograf”, zagrałbym nawet budkę telefoniczną! Byle tylko być tam, w Legnicy mojego dzieciństwa, na dodatek z ekipą filmową, czyli moim zrealizowanym marzeniem. Zresztą, teraz znowu byłem na planie w Legnicy i to dwóch filmów: „Zimnej wojny” Pawła Pawlikowskiego i „Ironmana” Łukasza Palkowskiego. Kino jakoś lubi Legnicę.

A dlaczego poszedł Pan do seminarium duchownego? Chciał Pan zostać księdzem czy za wszelką cenę wyrwać się z domu?

Chciałem malować, a rodzice nie puszczali mnie do liceum plastycznego. Oczywiście chciałem wyrwać się z domu, a ponieważ w Legnicy tylko niższe seminarium duchowne miało internat, poszedłem tam. Z punktu widzenia czterdziestolatka myślę, że mam na koncie unikalne przeżycie. Poznałem coś innego, hermetycznego, przez chwilę funkcjonowałem w innej rzeczywistości.

Mówił Pan o roli fantazji. W sytuacjach stresowych ucieka Pan w fantazję czy radzi sobie z nimi humorem?

Humorem. Ale nie zawsze umiem go w sobie znaleźć. Kiedy mam za dużo na głowie, jestem zmęczony wielotygodniowym zmęczeniem, a jeśli jeszcze ktoś czegoś ode mnie chce – nie potrafię się uśmiechnąć. I wtedy desperacko potrzebuję mieć chwilę dla siebie, skierować sprawy na właściwe tory.

 W domu Pan odzyskuje spokój?

Rozgraniczam te sfery. Nie widzę powodu, dla którego moje dzieci miałyby ponosić konsekwencje mojego stresu zawodowego. Nie jestem takim aktorem, który przygotowując się do roli furiata, jest nim dla najbliższego otoczenia przez pół roku. Mam to policzone, czas prób i zdjęcia są dla filmu. Pozostały jest mój. Bywa też tak, że w ciszy, w której nie myślę o pracy, czasem powstają świetne pomysły.

Dzieci oglądają Pana filmy?

Nie mamy telewizora, więc nasze życie wygląda trochę inaczej. Na YouTube widziały reklamy i bajki, które dubbingowałem, reagowały na nie z entuzjazmem. Ale, wie pani, ja wręcz manifestacyjnie to oddzielam. Nie pielęgnuję w domu mojego życia zawodowego. Choćbym nie wiem, jak świetny film robił, w domu jest on tylko „robotą”. Nawet nie mówię, że idę do pracy, tylko do roboty. To mnie chroni. Lubię stać na ziemi.

Jak Pan się czuje, kiedy na wiele tygodni wyjeżdża z domu na plan?

Teraz jestem po takim miesiącu poza domem. Kiedy wracam, czerpię wielką radość z robienia codziennych rzeczy, staram się nadrobić ten czas. Bardzo bym nie chciał dojść kiedyś do smutnej konkluzji, że trochę schrzaniłem sprawę z dziećmi. To jest mój trzon, tego się muszę trzymać, niezależnie od tego, jak bardzo atrakcyjnymi afiszami machają mi przed oczami. Dopiero niedawno uświadomiłem sobie pewną prawdę. Lepiej znoszę pobyt poza domem, jeśli jest o co walczyć. Kiedy mam to zrobić dla roli, która mnie popchnie do przodu, dzięki której dostanę inne fajne propozycje, wtedy mam jasność, że muszę wyjechać i ten wyjazd ma sens. Ale jeśli potem dzieją się kolejne rzeczy, kuszą kolejne atrakcje, nie przyjmuję żadnych propozycji. Wracam do domu. Nie chciałbym przez pół roku nie widzieć, jak zmienia się mój syn.

Żonę poznał Pan w czasie studiów, kiedy był Pan kimś zupełnie innym. Popularność nie zagroziła Waszemu związkowi?

U nas stało się dokładnie odwrotnie. Byliśmy razem w czasach, kiedy nie mieliśmy niczego. Wszystko, co się wydarzyło, było dla nas wartością dodaną. Mamy wspólny fundament, cokolwiek się zdarza, zaskakuje nas i razem się temu przyglądamy. Wszystko jest wspólnym doświadczeniem. Poznaliśmy się w 2000 roku, czyli już całe nowe tysiąclecie jesteśmy razem. (śmiech) Agnieszka jest jedyną osobą, do której mam stuprocentowe zaufanie, ona mnie zna najlepiej na świecie. Potrafi podpowiedzieć mi coś, czego sam nie dostrzegam. To dla mnie największa wartość i ciągle to sobie uświadamiam.

Mówił Pan kiedyś, że pierwszy raz zobaczył swoją żonę, kiedy spacerowała po krakowskich Plantach z Pana znajomymi. Spodobała się Panu już wtedy?

Miałem wtedy taką fazę odważnych żartów. „Cześć, jestem Tomek, wyjdziesz za mnie?”. A ona odpowiedziała: „Dobrze, tylko nie dzisiaj”. To mnie zastanowiło.

Częściej jest Pan żartownisiem czy melancholikiem?

Miewam chwile melancholijne, zwłaszcza kiedy muszę przefiltrować przez siebie role czy trudniejsze sceny. Ale humor jest dla mnie niezwykle ważny. Rozbraja napięcie. Nawet paląc papierosy, pocieszam się myślą, że śmiech to zdrowie, więc bilans się wyrównuje.

Jak Pan myśli, dlaczego Pana kariera nie wyskoczyła tak mocno po „Skazanym na bluesa” jak potem po „Bogach”?

Powiem więcej: wtedy mało brakowało, żebym w ogóle przestał grać w filmach. Produkcja „Skazanego” została przerwana, a ja już naprawdę mocno się zaangażowałem. Pół roku przygotowań, byłem załamany. I nie było dla mnie ról, właściwie już pomyślałem, że będę krakowskim aktorem teatralnym i koniec. Ale w końcu zaprosili mnie do Warszawy na zdjęcia próbne do serialu „Camera Cafe”. Udało się zebrać pieniądze na dokończenie „Skazanego na bluesa”, kiedy byłem już po roku życia w Warszawie, inaczej wyglądałem, miałem co innego w głowie. Grałem też w „Niani”, rozpocząłem warszawską drogę. Zresztą to zabawne, przyjechałem do tej Warszawy na dwa miesiące i tak zostałem. Zawsze myślałem, że będę całe życie mieszkać w Krakowie.

A może do sukcesu się dorasta?

Być może. Pewnie, gdyby „Bogowie” zdarzyli się zaraz po szkole, sodówka uderzyłaby mi do głowy. A kiedy na festiwalu w Gdyni wybuchł wokół filmu tak niesamowity entuzjazm, nie miałem poczucia, że to mój sukces. Chociaż bardzo szanuję to, co się zdarzyło, nie poszło mi w ego.

Łatwo Pana teraz namówić na udział w filmie czy reżyserzy muszą bardzo o to zabiegać?

Telefon z propozycją zagrania w „Bikini Blue” dostałem podczas rozmowy z zupełnie innym reżyserem o innym projekcie. Atmosfera była nerwowa i pełna napięcia. Żeby ochłonąć, na chwilę wyszedłem zapalić. Akurat zadzwonił Juliusz Machulski, producent „Bikini”, z propozycją roli. Spokojnym, ciepłym tonem tłumaczył, o czym będzie film, a ja patrzyłem przez szybę na reżysera, z którym byłem w trakcie burzliwych rozmów. Wiedziałem, że waży się to, w jakiej atmosferze spędzę najbliższe pół roku. Wybrałem spokój.