GALA: Po co Panu udział w takim filmie jak „Erratum”?

TOMASZ KOT: To pierwsza dramatyczna propozycja po „Skazanym na bluesa”. Stęskniłem się za takim graniem. „Erratum” to wytrawne kino, którego raczej się już teraz nie kręci. Gdy przeczytałem scenariusz, pomyślałem, że Marek Lechki musi być odważnym, pewnym swojego celu człowiekiem, żeby na debiut wybrać temat tak niełatwy, tak skomplikowaną relację ojca z synem. Bo debiutanci najczęściej mają ochotę zadowolić wszystkich i tym sposobem powstają filmy trochę śmieszne, trochę straszne i trochę smutne. Czyli nie wiadomo co. Poza tym miałem chyba przesyt takiego kina, w którym ostatnio można było mnie oglądać.

GALA: Lekkiego obyczaju?

TOMASZ KOT: Tak, w ostatnim czasie zdecydowaną większość propozycji udziału w komediach romantycznych odrzucam. Doszło już chyba do pewnej powtarzalności, która straciła dla mnie sens.

GALA: Przestał się Pan rozwijać jako aktor czy jako człowiek?

TOMASZ KOT: Chyba nie można tego rozpatrywać w cyklach rozwojowych. Po prostu człowiek, który zjadł dużo lodów waniliowych, nie powinien ich przez jakiś czas dostawać.

GALA: Co więc Pan dostał w „Erratum”?

TOMASZ KOT: Fakt, że kręciliśmy we Wrocławiu, a ja jestem z Legnicy, sprawiał, że jak flesze pojawiały się wspomnienia. Bo w latach 90. największą moją przyjemnością było pojechać z Legnicy do Wrocławia. Żeby tam pobyć. Chodzić, łykać oczami duże miasto, szukać innej optyki. Tak, ten aspekt na pewno coś we mnie poruszył. Natomiast z technicznego punktu widzenia „Erratum” dało mi wiele. Jerzy Stuhr mówi, że w filmach na ogół się występuje i tylko niekiedy się gra. Ja w tym stonowanym emocjonalnie dziele Marka Lechkiego raczej wystąpiłem. Adrenalina z powodu zagrania, a nie wystąpienia, pojawiła się u mnie w trzech momentach. Wkomponowałem się w kadr, uświadomiłem sobie, jak dużą wartość ma tzw. stan na biało, samo osadzenie mnie w myśli reżysera, która jako myśl wyższa góruje nad aktorami i stanowi nadrzędne opowiadanie. W „Erratum” chodziło o całkowite ogołocenie się. Gdy zobaczyłem później ten film w kinie, mogłem policzyć ilość dziur po trądziku młodzieńczym, które zostały mi na twarzy. Ta surowość przyniosła mi wielką frajdę.

GALA: Interakcja z Ryszardem Kotysem, Pana filmowym ojcem, była wyzwaniem?

TOMASZ KOT: Partnerując tak dobremu aktorowi jak Ryszard Kotys, zrozumiałem, że każda twarz może być piękna i wielowymiarowa, bo jakby nie było pan Kotys gra w serialu, a ja nadal jestem rozpoznawalny głównie poprzez „Nianię”. Teraz nagle gramy razem w niszowym filmie. Pamiętam zabawną sytuację, gdy „taki pewien pan krytyk” w pięknym szaliku i rogowych okularach mówi do reżysera: „Bardzo mi się podoba, panie Marku, że wyciąga pan z serialowej otchłani dwóch aktorów, pana Paździocha i pana Skalskiego, czyli pana Kotysa i pana Kota. Gratuluję wyboru”. Dziwne, co? No, dziwne, przyzna pani! Ale trudno. Taka etykietka spod rogowych okularów i tak nie odebrała mi przyjemności pracy przy „Erratum”. Jest w filmie taka scena, gdy bohater wykluwa się sam z siebie i mówi: „Tato, ja wcale nie studiowałem”. I dalej: „Zrobić ci herbaty?”. „Nie” – słyszy. Koniec sceny. A to właśnie ona była dla mnie najtrudniejsza, ponieważ dzieje się bez jakichkolwiek fajerwerków, a emocje – choć uwięzione przez cały film – tu są jednak mocno odkryte, na chwilę się wylewają. Całe „Erratum” jest z jednej strony historią posklejaną z mikroscen, gdzie ktoś siedzi lub patrzy, pies przychodzi, rower jedzie. Ale skomponowane w całość, z wielką siłą wchodzi w głowę. Nie ma szans na obojętność.

GALA: Długo w Panu wybrzmiewał ten film?

TOMASZ KOT: Nie, bo mam już za sobą emocjonalnie podobne doświadczenia. W „Skazanym na bluesa” spędziłem kilka miesięcy z narkomanami na bajzlu. Dla mnie całkowite ekstremum, ale wtedy nauczyłem się, że to tylko przygoda na kilka miesięcy, że trzeba się szybko otrząsać i iść dalej. Moje zadanie życiowe wynika z pasji, muszę się temu w większym lub mniejszym stopniu poświęcić, ale to zawsze jest tylko na chwilę. Każdy film, nawet najwierniejsza biografia z punktu widzenia aktora, jest tylko chwilową iluzją. Kostium znika, a ja wracam do domu i muszę zmyć naczynia. Aktorstwo jest tylko maleńką cząstką mojego obrazu.

GALA: A jak to było? Uciekł Pan przed aktorstwem ze stolicy do Kalisza, czy się tam po prostu przeprowadził?

 

TOMASZ KOT: O obu wersjach przeczytałem już kilka razy, kolorowa prasa jest fascynująca. Ostatnio zacząłem przyglądać się temu zjawisku i próbowałem nawet zrozumieć, znaleźć jakąś logikę i... nie udało mi się. Nie da się uciec spontanicznie z dwójką małych dzieci, to przecież skomplikowana logistyczna operacja. Jakiś dziennikarz z pół roku temu zapytał mnie o plany zawodowe, co jest najnormalniejszym pytaniem, jeśli chodzi o mój zawód. Najnormalniej w świecie odpowiedziałem więc, jakie są. Cała reszta to twórczość literacka tych biednych ludzi, którzy każdego dnia muszą coś wysmarować. Mnie ciężko doprowadzić do jakiejś otwartej agresji być może dlatego, że często z racji zawodu ustawiam siebie w sytuacjach innych ludzi, staram się zrozumieć motywy innych (nie muszę się z nimi zgadzać, ale nie oznacza to też spolegliwości) i po prostu mniej dziwią mnie zachowania innych. Więc nie dziwię się tym ludziom – oni muszą przecież każdego dnia kogoś obrobić na bazie szczątkowych informacji, a dni jest 365 w roku i trzeba coś napisać. Nie zazdroszczę takiego życia. Po prostu.

GALA: Jaki jest sekret tego Kalisza?

TOMASZ KOT: „Tu i teraz” jest całą tajemnicą tego mojego Kalisza. Nie mam z nim żadnych związków poza tym, że moja żona często robi tu zdjęcia i oświetla spektakle. Pomysł przeprowadzki powstał, gdy dyrektor tutejszego teatru zaproponował mi udział w spektaklu. Najpierw pomyślałem sobie, że to skomplikowana logistycznie operacja, ale jednak udało się. Pracuję tu z Rudolfem Zioło, świetnym reżyserem, z którym robimy spektakl „Mój Nestroy” Petera Turriniego. Co poza tym słychać w tym Kaliszu? Jest mi dobrze. Dzięki niemu jestem bliżej rodziny – mojej największej pasji i atrakcji. Bo życie wygląda na ogół tak, że człowiek kręci się wokół mnóstwa zobowiązań i w zasadzie nigdy nie osiąga stanu zero – OK, w porządku, teraz usiądę na kanapie i nic. Zawsze trzeba gdzieś popędzić, wykonać jakieś zadanie, coś załatwić. No więc pędzimy, wykonujemy, załatwiamy, ale... to nadal jeszcze nie jest to. Łatwo wpaść w pułapkę gdybania. Chodzi o to, że ludzie widzą siebie jako istoty pełnowartościowe, ale... dopiero za chwilę. Na ogół myślimy: „Zaraz zrobię to, bo najpierw muszę zrobić tamto”. Alkoholicy wyobrażają sobie, że za chwilę przestaną pić i wreszcie będzie dobrze, furiaci, że za moment się uspokoją. Aktorzy, że dopiero kolejna rola będzie tą jedyną. No więc ja pomyślałem, że może jednak trzeba zakłócić ten nurt? Zatrzymać to pędzące koło? Pokusić się o penetrację swej wewnętrznej strony tylko po to, by się sobie przyjrzeć i czegoś o sobie dowiedzieć? To zawsze inwestycja na przyszłość. Widziała pani „Erratum”, więc dobrze pani wie, że nie ma nic groźniejszego od zgorzkniałego staruszka, prawda?