GALA: Podle się Pan czuje?

TOMASZ STOCKINGER: To dla mnie bardzo trudna sytuacja. Zaskakująca, traumatyczna...

GALA: Palec boży?

TOMASZ STOCKINGER: Który w ten sposób mi pokazuje, że mam myśleć i żyć inaczej niż dotychczas.

GALA: Kara za grzechy?

TOMASZ STOCKINGER: Ja mam nadzieję, że to nie jest kara, nie wydaje mi się, że powinienem być za coś ukarany. Chyba mam w sobie jakąś kruchość wynikającą z nadwrażliwości, jak zresztą wielu artystów. Pracujemy na czyjejś psychice i może w związku z tym jesteśmy bardziej nasiąknięci tym, co się dzieje dookoła. To jest ostrzeżenie, taka ostroga, żeby myśleć i pracować w zgodzie ze sobą.

GALA: Co Pan robił tamtego wieczoru?

TOMASZ STOCKINGER: Siedziałem sam ze swoimi myślami.

GALA: Dlaczego wsiadł Pan za kierownicę po tym, jak wypił alkohol?

TOMASZ STOCKINGER: Czysta głupota! Ale nie obudzę się nagle z tego nieprzyjemnego snu. Ja muszę sobie wybaczyć i dalej żyć. Paradoksalnie, ta sytuacja działa na mnie stymulująco. Mam jeszcze tyle do zrobienia w życiu i w zawodzie.

GALA: Następnego dnia przyjechał Pan na plan o szóstej rano i zaczął grać. Jak się Pan czuł?

TOMASZ STOCKINGER: Ekipa zachowała się jak rodzina, nikt mnie o nic nie pytał. Kiedy ja chciałem coś powiedzieć, to mnie wysłuchali. Widzieli, że jestem w trudnej sytuacji i byli mi bardzo pomocni, serdeczni. Bardzo im za to dziękuję.

GALA: Trudno się Panu grało?

TOMASZ STOCKINGER: Oczywiście, że trudno mi się grało. Ale robię to już tyle lat, że mam swoje metody na koncentrację. Pracujemy szybko i nie mamy czasu na prywatne rozmowy czy pogawędki.

GALA: W jakim momencie życia jest Pan teraz?

TOMASZ STOCKINGER: Jestem zmęczony.

GALA: Czym? Popularnością?

TOMASZ STOCKINGER: Ta ostatnia jest niezwykle miła. Zawsze odpowiadałem, że popularność jest naturalnym następstwem grania w serialu, w filmie. Robię to przecież od 30 lat. W zasadzie bez przerwy na ekranie telewizyjnym czy kinowym. Popularność... Ona męczy i nie męczy. Trzeba by mieć odporność słonia, żeby nie czuć czasami dyskomfortu z jej powodu. I można czasami mieć wątpliwości, czy to jest zawód dla mężczyzny, poważnego, 50-letniego. Bo co ja robię? Głównie robię miny. Być może jestem w trakcie kryzysu wieku średniego? Brakuje mi teatru, bezpośredniego kontaktu z widzem. To nie znaczy, że jestem przeciwny ,,Klanowi”. Ta praca jest bardzo przyzwoita i potrzebna. Ja pamiętam, lata temu, wywiad z Andrzejem Łapickim w ,,Życiu Warszawy”. Powiedział, że aktorstwo to jest niepoważny zawód i nie należy traktować go poważnie, a raczej jak dziewczynę, którą się podrywa. To było powiedziane oczywiście z dystansem, w stylu Andrzeja Łapickiego. Ale trudno byłoby znaleźć aktora, który przez cały swój życiorys zawodowy chociaż raz nie zwątpiłby.

GALA: Pańska rola doktora Lubicza – dobrego, uczciwego, prawego – jest zaprzeczeniem tego, co mówi się o lekarzach w Polsce. Ponadto Paweł Lubicz nigdy nie zachowałby się na drodze tak jak Pan.

TOMASZ STOCKINGER: To, co stało się ostatnio, jest żywym przykładem, że Lubicz to Lubicz, a aktor to osoba prywatna. Lubicz ma szczęście, że jego życiorys tworzą scenarzyści. Ja żyję z dnia na dzień, jestem ,,żywą istotą”, która, niestety, ma prawo do robienia głupich rzeczy. Okazało się, że Stockinger tym razem nie dorósł do Lubicza, ale jak go znam, nadrobi to.

GALA: Czego się Pan dowiedział o sobie po tym zdarzeniu?

TOMASZ STOCKINGER: Że przez moment zawładnęła mną jakaś ponura siła. Co mnie zaskoczyło i czego do końca nie rozumiem. Siła jest potrzebna do życia. Pod warunkiem jednak, że będziemy mieli nad nią kontrolę i że będziemy potrafili ją wykorzystać.

GALA: Powiedział Pan, że nasiąka, niczym gąbka, rzeczywistością.

TOMASZ STOCKINGER: Usłyszałem to od pewnej astrolożki, że nasiąkam jak gąbka tym, co złe i dobre. Może rzeczywiście człowiek, który podpatruje rzeczywistość, wchłania za dużo i czasami jest przepełniony? Niczym pamięć w komputerze.

GALA: Pierwszą osobą, do której Pan zadzwonił po zatrzymaniu przez policję, był Pański syn Robert. Co powiedział?

TOMASZ STOCKINGER: Moi bliscy mnie nie zawiedli. I bardzo im dziękuję.

GALA: Jaki jest Robert?

TOMASZ STOCKINGER: Mocny, łagodny, mądry i kochający. Jest ze mną przez cały czas. Choć nie mieszkamy razem, to codziennie rozmawiamy przez telefon, jeżeli nie możemy się zobaczyć. W trudnym okresie mojego byłego małżeństwa skomplikowany układ rodzinny wynagradzaliśmy sobie poprzez wyjazdy na zawody tenisowe. On był wtedy nastolatkiem. Koledzy aktorzy śmiali się ze mnie, że inni przyjeżdżają z narzeczonymi, a ja zawsze z synem.

GALA: ,,Życie mnie nie oszczędza” – może Pan tak o sobie powiedzieć? Przeżył Pan podobne do tej sytuacje?

TOMASZ STOCKINGER: Przechodziłem kiedyś trudny okres poza Polską. Bardzo ciężkie sześć miesięcy po przyjeździe do Kanady w 1985 roku. Obco, daleko, źle – nie podobał mi się tamten świat, nie rozumiałem go. Byliśmy tam razem z moją byłą żoną. Pamiętam moje przygnębienie i nieprzychylną rzeczywistość. Tam się urodził mój syn. Po tym postanowiliśmy, że wracamy do kraju. I jeśli pyta Pan o takiego kopa, to właśnie dostałem go tam. Podobną traumę przechodzę teraz.

 

GALA: Czy po tym, co się stało, będzie Pan inny?

TOMASZ STOCKINGER: Parę rzeczy będę musiał sobie przewartościować. Słyszałem opinię, że dałem się trochę uwieść konkurencji, takiemu wyścigowi z wiekiem, czasem... Mężczyźni lubią konkurować. W dużym stopniu robię to od lat na korcie tenisowym. Ale ścigać się trzeba mądrze i z godnością. A ja przestałem siebie lubić. To błąd, przez który – jak widać – zszedłem na manowce. Jest taka piękna piosenka Wojtka Młynarskiego, którą w tym roku miałem okazję wykonać i ją pokochałem. To przebój z serialu „Droga” opowiadający o tym, jak kierowca, używając słowa ,,absolutnie”, gna od ludzi do ludzi. W ostatniej zwrotce śpiewałem: ,,Więc gdy masz pan z życiem kram, taką panu radę dam: gnaj do ludzi, tylko tam pańska meta. Gnaj pan do nich jeszcze dziś i poświęcaj każdą myśl, czyś pan szofer, panie, czyś pan poeta.” Ładne, prawda? Przyda mi się podczas rozrachunków z samym sobą.

GALA: Na przemyślenia ma Pan teraz czas, podróżując już nie własnym samochodem, ale środkami komunikacji miejskiej. To pewnie dla Pana nowość. Jak się Panu jeździ autobusami?

TOMASZ STOCKINGER: Bardzo przyjemnie.

GALA: Ludzie Pana zagadują?

TOMASZ STOCKINGER: Tak. Oczywiście teraz nawet częściej niż kiedyś, bo nie mieli specjalnego powodu czy śmiałości się do mnie zwracać. A teraz, w sytuacji takiego dużego nieszczęścia, które na siebie ściągnąłem, to oni ,,walą” do mnie tak prosto z mostu, chcą pocieszyć, utwierdzić w sympatii do ,,Klanu” i mojej postaci. Nie zdawałem sobie sprawy, jak oni są przywiązani do tego serialu.

GALA: Jednak kogoś Pan zawiódł tym, co zrobił.

TOMASZ STOCKINGER: Myślę, że część mojej widowni i przede wszystkim siebie. Zawiodłem również moich bliskich. Ale ci ostatni pokazali po tym, co zrobiłem, że są moimi bliskimi naprawdę. Mam nadzieję, że ta część widowni, która mogła się na mnie zawieść, po pewnym czasie mi wybaczy.

GALA: Dokąd Pan teraz jedzie?

TOMASZ STOCKINGER: Na Ursynów.

GALA: Ja także. To zabiorę Pana.