To nie my leczymy choroby, to choroby leczą nas – zgadzasz się z tym zdaniem, Agato?
W pełni się z nim zgadzam, to życiowa mądrość. Czasami tak się zdarza, że przytraf się nam choroba – możemy ją oswoić, a nawet dzięki niej zmienić swoje życie na lepsze. W ten właśnie sposób podeszłam do tego, co mnie spotkało kilka miesięcy temu. Choroba, która mnie dotknęła, rzeczywiście nie pozostała bez wpływu na sposób, w jaki zaczęłam traktować siebie.

Czy zawsze potrzebny jest wstrząs, żeby człowiek przejrzał na oczy i wreszcie coś zmienił?
Czasem życie musi nam zafundować „terapię wstrząsową”. Wcześniej zdarzało się już, że organizm dawał mi znaki, ale podobnie jak wiele innych młodych ludzi byłam zajęta pracą i dziećmi. Nie miałam czasu, by myśleć o sobie. I jak to często bywa, reagowałam doraźnie. Na ból gardła – antybiotyk, na ból brzucha – lek rozkurczowy i... do przodu! Nie musiałam długo czekać, aż organizm wystawi mi za to rachunek.

Źle samą siebie traktowałaś.
Nie dawałam sobie prawa do chwili oddechu. Mechanizm był prosty, przypominał „gospodarkę rabunkową”. Mnóstwo ludzi tak funkcjonuje, bagatelizując to, co się z nimi dzieje. Żyją w pędzie i strachu, nie dając własnemu organizmowi szansy na regenerację.

Od czego to wszystko się zaczęło?
Już w dzieciństwie, odkąd pamiętam, miałam bóle brzucha. Przed klasówką z matematyki i przed randką. Byłam dzieckiem chorowitym. Szukano przyczyn moich dolegliwości, ale nigdy nie postawiono diagnozy, która by wskazywała na nietolerancję pokarmową. We wrześniu ubiegłego roku dopadły mnie ostre bóle brzucha. Trafiam do szpitala i przez weekend lekarze postawili mnie na nogi. Musiałam wracać do pracy, ponieważ od kilku tygodni prowadziłam nowy program. Postawiłam wszystko na jedną kartę – zdecydowałam, że będę prowadzić talk show „Świat się kręci” od poniedziałku do piątku na żywo. Jak mogłabym więc poddać się w takiej sytuacji?! Nie wyobrażałam sobie, że nie wrócę do pracy.

Można na to spojrzeć z innej perspektywy: byłaś odpowiedzialna.
Przede wszystkim nie wyobrażałam sobie, że odpuszczę. I nawet się udało. Przez długi czas czułam się nie najgorzej. Brzuch czasami dawał o sobie znać, ale ja byłam skupiona na pracy. Program „Świat się kręci” był propozycją, o jakiej od dawna marzyłam. Fascynującą, a jednocześnie bardzo
trudną. Zwłaszcza na starcie wymagał pełnego zaangażowania. Skoro więc powiedziałam „A”, wiedziałam, że muszę dać z siebie wszystko. W takich chwilach nie myśli się o zdrowiu…

Może poświęcałaś się tak bardzo, bo obawiałaś się, że stracisz pracę?
Kiedy byłam młodsza, często myślałam tymi kategoriami. Nie chciałam nikogo zawieść. Nie potrafiłam powiedzieć „nie”. Z trudem przychodziło mi stawianie granic. To, co mi się przydarzyło podczas pracy w programie „Świat się kręci”, było konsekwencją popełnianych przez wiele lat błędów w zarządzaniu własnym zdrowiem. Nie wiedziałam też, że gluten i laktoza to moi wrogowie i powinnam ich unikać jak ognia.

Agato, jesteś pracoholiczką?
W zawodzie, który wykonuję, łatwo o takie posądzenie. Wymaga on całkowitego zaangażowania, często 24 godziny na dobę. Po programie trudno „wyłączyć” głowę i zasnąć. Moja praca to wymagający, kapryśny i zaborczy kochanek… Kiedy wracałam do domu po intensywnych spotkaniach redakcyjnych, wszystko nadal kłębiło mi się w głowie. Nawet siedząc nad niedzielnym rosołem, często myślami byłam gdzie indziej...

Jaką sobie diagnozę stawiasz?
(śmiech) To naturalna skłonność organizmu do bycia w stanie ciągłej twórczej aktywności. Kiedyś nawet myślałam, że jestem pracoholiczką, ale jak się okazało, to nie był mój problem. W telewizji nic nie jest dane raz na zawsze: dziś jesteś, jutro może cię nie być. Trzeba więc cały czas zachowywać czujność, być aktywnym i twórczym. Nie ma stałych godzin pracy. Bywa, że program powstaje przez miesiąc, dwa, nawet pół roku. Potem trwa godzinę i... koniec. Wtedy nerwowo myślisz: co dalej? Żyje się od projektu do projektu. Jeden wypala, drugi nie. Trzeba mieć ich kilka, żeby jeden się udał. Stąd nierzadko zwalało mi się na głowę zbyt wiele, bo bałam się, że mogę zostać na lodzie…

 

A teraz jak jest? Czy lęk ustąpił?
Jestem starsza (śmiech), za mną 25 lat pracy w mediach i poważna choroba. To wystarczy, aby zmądrzeć.

Wolisz dzisiaj życie „slow”?
Teraz rzeczywiście spokojnie wybieram. Jako dwudziestokilkuletnia dziewczyna brałabym wszystko. Bo młody człowiek musi spróbować wielu rzeczy, sparzyć się, żeby wiedzieć, co w życiu ma robić.

Uprawiasz wolny zawód, a to zawsze wywołuje jakieś lęki.
Nie jestem na etacie, sama muszę wymyślać zajęcia dla siebie. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że zakończenie odcinka danego programu czy sezonu w telewizji może być twoim ostatnim występem. Mimo że przez lata robisz coś dobrze, nie masz żadnej gwarancji, że będziesz robić to nadal. Doświadczyłam tego na własnej skórze. Kiedy odchodziłam z „Dwójki”, nikogo nie interesował mój dorobek, musiałam szukać pracy w innym miejscu. Wiele się dzięki temu nauczyłam.

Co myślałaś, kiedy leżąc w szpitalu, czytałaś o sobie: „traci pracę przez dziury w brzuchu”?
Pamiętam to dobrze. Leżałam na oddziale po kolejnej serii badań, wciąż bez diagnozy. Potworny strach i niepewność. To był jeden z gorszych dni… Do pokoju weszła pani profesor Grażyna Rydzewska i pokazała mi ten artykuł. Uśmiałyśmy się. Ona z tego, że nareszcie, jak to określiła, „niemedialna choroba” trafia na pierwsze strony gazet. Ja z tego, że z tak wielką powagą napisano tak wielką bzdurę. Takie teraz bywa dziennikarstwo. Ironia polega na tym, że mój pracodawca zachował się wtedy z najwyższą klasą – otrzymałam wsparcie, co dało mi poczucie bezpieczeństwa. Ale o tym już nikt nie napisał.

Wyrozumiały szef to rzadki przypadek.
Redakcja programu „Świat się kręci”, Rinke Roojens, producent i reżyser, a także dyrekcja TVP1 ani przez chwilę nie dali mi odczuć, że coś może się zmienić. Z dnia na dzień zastąpił mnie Maciek Kurzajewski, a ja mogłam spokojnie leczyć się i zbierać siły. Jestem im za to niezmiernie wdzięczna. Miałam czas, by przemyśleć wiele spraw. I tak, nawet nie wiem kiedy pod kroplówką, zrodził się pomysł na książkę.

Jest bardzo intymna. Opisuje słabości i podnoszenie się z kryzysu, żmudną pracę nad poznawaniem siebie. Miałaś opory, kiedy ją pisałaś?
Miałam. Wiele rzeczy pominęłam. Napisałam jedynie o tym, co moim zdaniem, w widoczny sposób miało związek z moją chorobą, co przez lata do niej doprowadziło. Myślę, że w ten sposób łatwiej będzie czytelnikom zidentyfikować podobne objawy u siebie. Chciałabym, żeby ta książka była inspiracją dla tych, którzy cierpią, a nie wiedzą, jak sobie pomóc. I proponuję, by zacząć od razu, zmieniając sposób odżywiania. Jedzenie może nas zatruwać, ale i leczyć.

Nie bałaś się ryzyka?
Ono jest zawsze, gdy decydujesz się pisać o sobie. Ale pomyślałam, że warto podzielić się wiedzą na temat groźnych skutków nietolerancji glutenu i laktozy. Zwrócić uwagę, czym są choroby autoimmunologiczne i jak ważne jest dbanie o jelita. Są „drugim mózgiem” człowieka. Chciałam podzielić się wiedzą otrzymaną w szpitalu od pani prof. Grażyny Rydzewskiej, dietetyczki Agnieszki Pęksy i szefa kuchni Ewy Olejniczak. Bez nich ta książka nigdy by nie powstała.

Czy ta książka Cię wyleczyła?
Nie. Proces powrotu do zdrowia trwa cały czas. Akurat w przypadku nieswoistego zapalenia jelit trzeba na siebie uważać każdego dnia. Pilnować tego, co się je, i w jaki sposób się żyje. Tutaj nie ma taryfy ulgowej. Trzeba zerwać z myśleniem, że na przykład zmęczenie odeśpię w weekend albo przekąszę coś w biegu…

 

Co ci właściwie dało pisanie tej książki?
Przede wszystkim radość z pracy ze współautorkami. Przez dwa miesiące leżałam w domu i nic więcej oprócz pisania nie mogłam robić. Chciałam wykorzystać ten czas jak najlepiej i zrobić pożytek z wiedzy, którą otrzymałam. A że jestem spod znaku Barana – uparta w dążeniu do celu – skoro któregoś dnia w szpitalu zdecydowałam, że napiszę książkę, nie było już odwrotu.

Czy nie wpisujesz się jednak w trend „modnego celebryckiego chorowania”?
Uważam, że na temat glutenu i jego nietolerancji panuje wiele przekłamań. Dlatego mam nadzieję, że moje „celebryckie chorowanie” na coś się jednak przyda. Tym bardziej że o takich chorobach, jak nieswoiste zapalenie przewodu pokarmowego, trudno jest mówić. To choroba bardzo wstydliwa, choć to jedna z najpoważniejszych chorób cywilizacyjnych XXI wieku. Co drugi człowiek w Polsce ma problemy z jelitami i ich funkcjonowaniem. Pani prof. Grażyna Rydzewska podkreśla, że na tę przypadłość cierpi coraz więcej młodych ludzi. Główne tego przyczyny to stres, złe odżywianie i szalone tempo życia. Średnia wieku na oddziale wynosi 33 lata.

Na tę chorobę cierpieli też m.in. prezydenci Bush i Eisenhower…
Chorowanie w dobrym towarzystwie poprawia humor.

Niezręcznie mi o to wypytywać, ale mogłabyś opowiedzieć o objawach?
Zawsze wzdęty brzuch, biegunki, wymioty. Charakterystyka chorób autoimmunologicznych, do których należy nieswoiste zapalenie jelit, polega na tym, że organizm atakuje zdrowe komórki, traktując je jako chore. Nie jest to wirus czy bakteria i trudno to leczyć. Ta choroba zakłóca sposób funkcjonowania układu odpornościowego. Do tego może dochodzić nietolerancja glutenu, której konsekwencją może być zniszczenie ścian jelit, przez co bakterie jelitowe zaczynają przenikać do organizmu. Sygnałem jest wysoka gorączka, mogą też wystąpić wszelkiego rodzaju komplikacje. Początkowe objawy są niewinne, ale po pewnym czasie stan zaczyna być bardzo poważny.

Kto zapada na tę chorobę?
Nadwrażliwcy. Ci, którzy się stresują. Ludzie, którzy biorą sobie do serca wszystkie sprawy. Ci, którzy nie potrafi się zregenerować, odpocząć, mają tzw. rozpaloną głowę.

Z czym miałaś największy problem podczas pobytu w szpitalu?
Z tą „rozpaloną głową”. Z natłokiem myśli. Pani profesor podkreślała: w szpitalu czas płynie innym rytmem. To organizm dyktuje warunki, nic nie da się przyspieszyć. A ja codziennie uparcie powtarzałam: „muszę wyjść!”.

Uspokoiłaś się, czyli jednak można być „slow” w telewizji?
To niełatwe, ale wszystko jest w głowie. Dziś już wiem, że pewne rzeczy wymagają intensywności i zaangażowania, ale potem trzeba umieć spojrzeć na nie z lotu ptaka i wiedzieć, że na nich się świat nie kończy.
Choroba wpłynęła na Twoje relacje z bliskimi?
Przede wszystkim na moją relację z samą sobą. Zaczęłam szanować swoje zdrowie i się oszczędzać. Bliscy byli przy mnie w najtrudniejszych  chwilach, otrzymałam od nich ogromne wsparcie i cieszę się, że zawsze są przy mnie, że możemy na siebie liczyć w najtrudniejszych chwilach.

Co zjesz po wywiadzie?
Krupnik z kaszą jaglaną, bardzo delikatny. Przepyszny. Wszystko bez glutenu i bez nabiału.

Co jest w życiu najważniejsze?
Proporcje. To sekret zdrowia i szczęścia. Wszystko można jeść i robić. Byle we właściwych proporcjach.