„Ogromny talent, ogromna strata“. „Za wcześnie, nie musiało tak być”. „Niemożliwe, trudno w to uwierzyć...” Cztery lata temu wieść o śmierci zaledwie 27-letniej Amy Winehouse obiegła błyskawicznie media i internet. Pod jej londyńskim domem na Camden Square zebrała się najpierw grupa zaniepokojonych fanów – karetka pogotowia i policja przed drzwiami piosenkarki nie wróżyły nic dobrego. O piątej po południu, tuż po wydaniu przez policję oświadczenia o śmierci artystki, trudno było już przecisnąć się przez tłum przedstawicieli mediów, fotografów i gapiów. Góra kwiatów, maskotek  i kartek z kondolencjami zajęła chodnik. Stacje radiowe na całym świecie rozbrzmiały jej największymi hitami: „Back to Black” i „Rehab”. Ten drugi brzmiał  w tych okolicznościach co najmniej ironicznie. Winehouse przegrała bowiem walkę z uzależnieniem, ale również z ciężarem sławy i z samą sobą.

Wyśpiewać szczęście

„Nie zależało jej na sławie i nagrodach. Dla niej liczyła się tylko muzyka” – wspominał jej starszy brat, Alex,  w jedynym udzielonym o siostrze wywiadzie dla brytyjskiego „Guardiana”. Winehouse wielokrotnie powtarzała, że jej ideał szczęścia to występy w małych klubach  i pisanie piosenek. Że gdyby ktoś zabrał jej te wszystkie zaszczyty i statuetki, pojechałaby do Las Vegas, żeby do końca swoich dni śpiewać do kotleta. Wychowała się  w domu, w którym muzyka rozbrzmiewała od rana do nocy. Babcia była piosenkarką jazzową, w młodości chodziła na randki z legendarnym Ronniem Scottem. Wieczorami powrót taty do domu zwiastowały piosenki Sinatry. „I’ll Do It Myyyy Waaay” – nucił barytonem Mitch Winehouse po powrocie z taksówkowej szychty. W Southgate w północnym Londynie ich rodzina była jak setki innych w tej części miasta: niezamożni, nieszczególnie religijni. Do synagogi chodzili raz w roku, żadne  z dzieci nie obchodziło bar micwy. Mitch odszedł od nich, gdy Amy miała dziewięć lat. „Szybko przeszła nad tym do porządku dziennego” – opowiadał lata później, wspominając, że każdy weekend spędzała z nim i jego nową żoną. Jej brat pamięta jednak co innego. „Była załamana, miała oznaki depresji. Kilka lat później wpadła w bulimię i chorowała na nią do końca życia” – mówił.

Próbowała swoich sił w teatrze amatorskim, uczyła się tańca i stepu, ale wkrótce stało się jasne, że interesuje ją tylko muzyka. Nie była akademickim orłem i zawsze miała własne zdanie, które chętnie ogłaszała światu. „Fly Me to the Moon” – śpiewała na całe gardło Sinatrę, kiedy nauczyciele w szkole po raz kolejny wysyłali ją na dywanik do dyrektora. Kiedy dostała swoją pierwszą gitarę, nastoletnie frustracje zaczęła przekuwać na piosenki. Komponowała godzinami, poprawiała kolejne linijki tekstów. Szlifowała każdy szczegół.

Do słynnej Brit School, muzycznej szkoły średniej  w londyńskim Croydon, przyjęto ją z marszu. Wystarczyło, żeby zaśpiewała kilka pierwszych taktów. Z chudego jak przecinek ciała dziewczynki wydobywał się bowiem niski głos dojrzałej, jazzowej piosenkarki. Ta pyskata, dowcipna nastolatka w ciągu sekundy potrafiła zamienić się w dojrzałą artystkę – nowe wcielenie Billie Holiday czy Sarah Vaughan. Każda okazja była dobra do występu – czy to z sąsiedzkim zespołem Bolsha Band, z Narodową Młodzieżową Orkiestrą Jazzową czy z przypadkowymi muzykami w Cobden Club. Jej przyjaciel, piosenkarz James Taylor wysłał wreszcie jej na-granie do firmy nagraniowej. W zalewie podobnie brzmiących gwiazdek pop i produktów telewizyjnych talent-show brzmienie, które proponowała Winehouse, było jak z innego świata. Agent Simon Fuller wziął ją pod swoje skrzydła, a kontrakt z EMI był tylko kwestią czasu. 250 funtów tygodniowo, które dostawała tytułem zaliczki na poczet przyszłych zarobków wystarczały wtedy, razem z dochodami za występy w klubach, na wynajęcie małego mieszkania w Camden. Bywalcy baru Barfly za rogiem pamiętają ją śpiewającą dla kameralnej publiczności, rozśmieszającą zebranych dowcipami z mikroskopijnej sceny, a potem balującą do rana.

Gwiazda mimo woli

Jej debiutancki album „Frank” nie tylko zebrał znakomite recenzje, ale również lawinę nominacji do najważniejszych branżowych nagród: Brit Award i Mercury Music Prize. Gdy zdobyła nagrodę im. Ivora Novello,  z dnia na dzień straciła anonimowość. „Dzień przed rozdaniem nagród spotkałem ją w metrze, 24 godziny później nie była już w stanie przejść ulicą, żeby ktoś jej nie zaczepił lub nie zrobił zdjęcia” – wspominał jej brat. Media miały nową bohaterkę: 21-letnia Amy była wymarzonym materiałem na idolkę dla młodego pokolenia. Oryginalna, z ironicznym poczuciem humoru, umniejszająca własny talent i zupełnie niezainteresowana kreowaniem swojego medialnego wizerunku. Szczera  i otwarta, bez względu na konsekwencje. „Wiadomo było, że jeśli szukasz soczystego cytatu albo materiału na skandalizujący wywiad, najlepiej jest umówić się z Winehouse” – pisał dziennikarz muzyczny Neil McCormick, tym bardziej że rzadko odmawiała spotkań. Chętnie opowiadała o wszystkim: o swojej muzyce,  o występach na największych festiwalach, o zakrapianych imprezach do świtu. O tym, że jako nastolatka cięła się żyletką po rękach, kiedy rzeczywistość była zbyt przytłaczająca. O oparciu w rodzinie i ojcu, który wziął na siebie zarządzanie jej pieniędzmi i zawsze służył radą. O tęsknocie za prawdziwą miłością.

Ale to był dopiero początek. Oszałamiający sukces jej drugiej płyty, „Back to Black”, najbardziej zaskoczył samą Amy. Bo wszyscy, którzy do tej pory kibicowali jej karierze, gratulowali sobie teraz daru przewidywania przyszłości. „To było nieuniknione, w pełni zasłużony triumf!” – huczały media. Jej nowej stylizacji magazyny modowe poświęciły kilometry papieru: opisywano jej charakterystyczny kok, „pożyczony” od wokalistek z lat 50. i 60. – The Ronettes, makijaż à la Kleopatra, tatuaże, zamiłowanie do kusych ubrań w panterkę. Brytyjskie ulice zapełniły się jej naśladowczyniami. Pisma plotkarskie i paparazzi skupiali się natomiast na komentowaniu jej coraz chudszej sylwetki i burzliwego związku z chłopakiem o imieniu Blake Fielder-Civil. Asystent producenta teledysków dzielił swoją uwagę po-między zakochaną w nim po uszy Amy a potrzebą stałych dostaw narkotyków. Widywano ich razem pijanych, wytaczających się z barów o trzeciej nad ranem, palących crack, posiniaczonych. Fielder-Civil pochwalił się tabloidom, że namówił narzeczoną do spróbowania heroiny. Rodzina i przyjaciele Winehouse próbowali interweniować, tłumaczyć, przekonywać, odradzać.  Ojciec piosenkarki wielokrotnie sugerował jej odwyk  – zyskał tyle, że napisała o tym hit „Rehab”. Zdesperowany groził, że odda ją do szpitala psychiatrycznego pod pretekstem, że stanowi zagrożenie dla siebie i bliskich.

 

Na próżno. „Blake to moja bratnia dusza, moja druga połówka. Jesteśmy tacy sami” – mówiła o nim piosenkarka. Nawet jej najwierniejsi fani z niedowierzaniem przyjęli wiadomość, że zdecydowała się wyjść za niego za mąż. Historie o jej problemach z uzależnieniem od-sunęły w cień fakt, że Winehouse właśnie podbijała Amerykę, a bilety na każdy jej koncert w Wielkiej Brytanii  i Europie znikały w mgnieniu oka. I kiedy już wydawało się, że nawet ryzykowny styl życia nie przeszkodzi jej w dalszym, triumfalnym marszu po światowych arenach, Amy zaczęła pojawiać się na na scenie pijana albo pod wpływem narkotyków. Zapominała tekstów własnych piosenek, potykała się o kable, wyzywała zawiedzioną, gwiżdżącą publiczność. Aż wreszcie odwołała większość tournée po Europie. Kilka miesięcy później nie pojechała na ceremonię rozdania nagród Grammy w USA, do których była nominowana aż w sześciu kategoriach, bo odmówiono jej wizy. Wygrała pięć statuetek – więcej niż jakakolwiek Brytyjka przed nią. Za uznanie podziękowała przed kamerą w Londynie. Jej przyjaciółka, towarzysząca jej podczas imprezy, nie rozumiała, dlaczego Winehouse się nie cieszy. „To wszystko jest strasznie nudne bez narkotyków” – skomentowała Amy.

Narodziny legendy

Jej reputacja staczającej się gwiazdy zaczęła żyć własnym, medialnym życiem. Każde jej publiczne pojawie-nie się brano pod lupę, pod jej domem koczowały hordy paparazzich. Barmani donosili prasie, ile wypiła drinków, obsługa sceny na rzadkich koncertach – czy była trzeźwa. Fani reagowali niechętnie na jej prośby  o wsparcie dla Blake’a, który odsiadywał karę więzienia za udział w bójce. Ona sama dwukrotnie pojawiła się w sądzie oskarżona o pobicie fanów – oba pozwy oddalono. Dzięki interwencji Mitcha fotografowie dostali sądowy zakaz zbliżania się do Amy na bliżej niż  100 metrów i nękania jej najbliższych. Nie przysporzył tym sobie przyjaciół w prasie: oskarżono go o wykorzystywanie sławy córki dla własnej popularności. Wyśmiewano nagranie przez niego własnej płyty, a dwa lata po jej śmierci wytykano zbicie majątku na napisaniu książki o niej. Nie wspomniano wtedy jednak o tym, że każdy pens ze sprzedaży „Amy. Moja córka” został przekazany na rzecz fundacji jej imienia, która wspiera artystycznie uzdolnione dzieci i uświadamia młodzież o zagrożeniach wynikających z uzależnień. Winehouse nigdy nie zajmowała się muzyką po to, żeby zrobić na niej fortunę. „Mam na swoje wydatki, to wystarczy”  – powiedziała w jednym z wywiadów. O jej hojności najlepiej wiedziały organizacje charytatywne – w tym środowisku wiadomo było, że Amy nigdy nie odmówi wsparcia. Przekazywała pieniądze na rzecz usuwania min, walki ze współczesnym niewolnictwem i rakiem. Dawała niemałe kwoty fundacjom działającym na rzecz dzieci, projektom edukacyjnym, instytutom badawczym i organizacjom zajmującym się promocją ochrony środowiska. Ale o tym nie mówiono i nie pisano. Media uznały, że dla widzów i czytelników ciekawszy jest jej rozwód z mężem-degeneratem oraz przedstawianie jej jako kobiety tragicznej, zmagającej się z nałogiem, marnującej talent. Samotnej, otoczonej pasożytniczymi dworakami i chciwą rodziną.

Nowy film dokumentalny o Amy w dużej mierze koncentruje się na tym wizerunku. Jego twórca, reżyser Asif Kapadia, przeprowadził około stu wywiadów z ludźmi, którzy znali piosenkarkę. Mitch Winehouse, który zgodził się na udział w nim, wycofał już swoje poparcie  i oskarża Kapadię o manipulację. Twierdzi, że został  w nim niesprawiedliwie pokazany jako pasożyt i czarny charakter, a jego wypowiedzi zostały poddane edycji, co zmieniło ich kontekst. Według niego wielu przyjaciół Amy odmówiło wywiadów, bo uznało pytania reżysera za tendencyjne i zadawane według z góry założonej tezy. Ojciec artystki w otwartym liście do recenzentki amerykańskiego wydania „Forbesa” zwraca uwagę, że film pokazuje ostatnie trzy lata życia piosenkarki jako samotne zmaganie się z kagańcem sławy. Tylko że Amy przez cały ten czas nie brała narkotyków, z ojcem widywała się niemal codziennie, a każdego dnia kilka razy rozmawiali przez telefon. Jej matka, brat, maco-cha i najbliżsi przyjaciele stale ją odwiedzali i byli na każde zawołanie. Kapadia nie wspomina też, że Winehouse miała wtedy partnera – reżysera Rega Travissa. „W ciągu tych trzech lat, kiedy Amy nie brała narkotyków, były trudne momenty, ale były też te pełne radości i śmiechu. Zmagała się jednak z problemem alkoholowym. Choć przez ostatnie sześć tygodni jej życia nie piła” – pisał Mitch. Tym większym ciosem był powód śmierci jego córki: zatrucie alkoholem. Przy jej łóżku znaleziono dwie puste butelki po wódce.

Jego zdaniem dokument przedstawia najbliższych Amy jako współwinnych jej tragicznego końca. „Każdy, kto doświadczył uzależnienia kogoś bliskiego, wie, że może pomóc choremu tylko w ograniczonym zakresie. Wola zmiany i wyjścia z choroby musi wyjść od niego samego – ty możesz tylko wspierać, a czasem tylko przyglądać się bezsilnie, jak kochana przez ciebie osoba sama zaciska sobie pętlę na szyi – mówił jej brat. – Musisz też chronić siebie, żeby nie oszaleć. Bo alkoholizm czy uzależnienie od narkotyków jednego człowieka to choroba całej jego rodziny i bliskich, wykańcza wszystkich”. Film Kapadii, który miał premierę na festiwalu  w Cannes, wywołał jednak zachwyt krytyków. Rodzi-na Amy tylko w tym roku spotka się z trzystoma tysiącami młodych ludzi na całym świecie, ostrzegając ich przed koszmarem nałogów, legenda zbyt wcześnie zmarłej piosenkarki żyje już własnym życiem. Opowiada o zbyt wrażliwej dziewczynie, która nie chciała wiele, a dostała za dużo. I zapłaciła za to najwyższą cenę.