Dlaczego zdecydował się Pan wrócić do „The Voice of Poland” po czterech latach?

Z ciekawości. Dlatego że mam trochę czasu. Źle się czuję, kiedy muszę gonić. Staram się tak wszystko układać, by móc się przygotować ze spokojnym oddechem. 
W tej edycji będę inny. W pierwszej miałem poczucie misji, chciałem im na siłę coś przekazać, doradzić. Mówili, że jestem treserem, a nie trenerem – nie słuchali kompletnie. Dziś będę z uśmiechem słuchał, co sami mają do powiedzenia. Delikatnie sugerował, ale dawał wybór. Bo nie mogę przecież za nich wybrać drogi. 

Pamięta Pan siebie z czasów, gdy zaczynał karierę w Mafii i potem występował z Robertem Chojnackim?

Byłem kompletnie innym człowiekiem! Byłem głodny, dziś jestem w połowie syty. Głodny sukcesu, sławy, pieniędzy, sukcesu towarzyskiego. Kariera nie zaczyna się nagle, poprzedza ją ciężka praca, czasem pełna upokorzeń. Pamiętam koncert Mafii w Sandomierzu, na który nikt nie przyszedł. Musieliśmy zagrać, żeby dostać zwrot kosztów podróży. Graliśmy do pustej sali i sprzątaczki, która zmywała podłogę. 

Czy pierwszy sukces przyniósł duże pieniądze?

Pracowałem na nie bardzo długo. Miałem moment opamiętania, kiedy kupiłem swój pierwszy dobry samochód i tego samego dnia go rozbiłem. W ciągu tygodnia kupiłem więc drugi, taki sam. A potem pomyślałem, jeśli ten rozbiję, to kupię trzeci? Zrobiłem projekt wymarzonego domu, sama sypialnia miała mieć sto metrów. Ale pomyślałem: po co mi to? Dom, w którym mieszkam dziś, to miał być domek dla gości. I jestem tam najszczęśliwszy. Kiedy się budzę, robię sobie dzbanek zielonej herbaty i idę pod las, gdzie stoją krzesełka. Dzień zaczynam od oddechu. Może rezygnacja z „gigantyzmu” była pierwszym takim oddechem? 

Dla kogo dziś Pana dom jest otwarty?

Mam wielu bliskich znajomych i przyjaciół, ale często potrzebuję przestrzeni prywatnej. Lubię być w domu sam, czuję się z tym wyśmienicie. W lecie często wpadają moja mama i jej znajomi grać w brydża. Wtedy wyprowadzam się do mieszkania w Kielcach. Ale lubię też, kiedy przyjeżdżają do mnie goście, zwłaszcza latem, i rozpalamy ognisko, spędzając całą noc pod gołym niebem. Nie mam zbyt wielu bliskich znajomych z branży. Zawsze trudno się socjalizowałem. Muszę się zauroczyć czyjąś osobowością, żeby czuć się przy kimś dobrze. Wtedy jestem bardzo otwarty, bez tajemnic. Jestem melancholikiem. Gdy wchodzę w stan działania – energetyczny, aktywny stan – tej melancholii mi brakuje. I choć jest mi wtedy dobrze, bez melancholii nie potrafię tworzyć. 

 

Kiedy zaczynał Pan karierę, był Pan miłym, ładnym chłopcem, blondynem, w którym kochały się dziewczyny. To była kreacja?

Nie mogę powiedzieć, że kreacja. To też byłem ja, tyle że wymarzony przez siebie, w środku mnie nie było. Jestem pewien, że najważniejsze i najpiękniejsze rzeczy – także relacje i emocje – nie mogą się zdarzyć w świetle reflektorów. 

W jakie pułapki popularności Pan nie wpadł?

W nałogi, chociaż mogłem. Był taki czas, że codziennie piłem. Nie na umór, ale jednak. Zawsze byłem bardzo nieśmiały, od dziecka. Pamiętam z dzieciństwa, jak paraliżował mnie strach, kiedy stałem w kolejce po mleko i masło. Trzęsłem się 
w środku na myśl, że kiedy przyjdzie moja kolej, będę musiał powiedzieć, co chcę kupić. Byłem nieśmiały też jako nastolatek. I kiedy rozmawiamy o latach pierwszej popularności, sławy, proszę mi wierzyć, że wtedy ta nieśmiałość była równie silna. Te sytuacje w życiu ciągle się powtarzały, tylko że to były „kolejki” po coś innego. Nie bałem się tylko na scenie. 

Jak Pan znosił krytykę?

Źle. Kiedy zacząłem karierę solową, byłem tak silnie i bezwzględnie krytykowany, że złapałem się na tym, że wychodząc na ulicę, kulę się, jakbym chciał uniknąć ciosu. Nie radziłem sobie, dlatego że sam nie wierzyłem w to, co robię. Wtedy postanowiłem, że nie wypuszczę ani jednej piosenki, ani pół słowa, które mnie samemu nie będzie się podobać. Bo tylko wtedy krytyka mnie nie złamie.

A kiedy wszyscy śmiali się z futra, w którym wystąpił Pan podczas Eurowizji?

Sam sobie to zrobiłem i wyciągnąłem wnioski. To był moment, kiedy miałem totalny kryzys twórczy i kryzys na swój temat. Przestano zapraszać mnie na koncerty i do telewizji. Musiałem zapytać samego siebie, czy w ogóle jeszcze chcę próbować. Odpowiedziałem jednak na to pytanie, że wcale nie muszę. Że moje życie się nie skończy, jeśli przestanę śpiewać. Dopóki myślałem, że muszę, bo będę nikim, jeśli nie będę gwiazdą popu, byłem kompletnie sparaliżowany. Człowiek dojrzały wie, że nie musi być numerem jeden. To taki moment, gdy zadajesz sobie pytanie: ile ci wystarczy? Wracając do porównania z głodem, nie da się go nasycić zachłannym połykaniem coraz większych porcji. Należy jeść z umiarem, pięć razy dziennie. 

Niedawno wraz z holenderską orkiestrą nagrał Pan za własne pieniądze płytę „Kalejdoskop”. Zwrócą się Panu?

Nie. Ale raz w życiu można sobie pozwolić na coś takiego. Od dawna miałem pomysł na płytę z orkiestrą. Nagrałem covery znanych polskich piosenek z lat 90. Zrobiłem to dla siebie, ta płyta wzmocniła moje poczucie własnej wartości, to taki drążek, na którym podciągam się wyżej. Zawsze byłem niepewny siebie. To jest nieustające rozedrganie, między radością, jaką czerpię z codziennego życia, 
a tym stanem, gdy ciągle potrzebuję potwierdzenia. Wrażliwość, którą muszę mieć jako artysta, wiąże się z pewną niestabilnością, nieumiejętnością znalezienia na dłuższą metę równowagi. Ale już wiem, że nikt nie może mi zapewnić poczucia własnej wartości. Tylko ja sam.