Kiedy zaczęłaś trenować?

15 lat temu. W tym roku obchodzę okrągłą rocznicę.

Dlaczego wybrałaś karate? To mało popularny w Polsce sport.

Moja mama zawsze chciała, żebym została artystką. Sama uwielbia malować ikony. Mój brat Piotrek odziedziczył po niej artystyczną duszę – maluje obrazy i robi witraże. Mnie mama próbowała namówić na balet. Ale ja, zachęcona przez wujka i siostrę cioteczną Katarzynę Krzywańską  (mistrzyni karate – przyp. red.), wybrałam sport. Na treningi dojeżdżałam do Pruszkowa. Uczył mnie Jerzy Szcząchor, którego do dziś nazywam swoim drugim tatą. Nadal też z nim trenuję.

Od początku podchodziłaś do tego tak ambitnie? Chciałaś być najlepsza?

Podobno pierwszy krok zrobiłam, kiedy miałam roczek. Moi bliscy śmiali się wtedy, że to znak, że będę uparciuchem – i się nie pomylili (śmiech). Ale to sport rozwinął we mnie ambicję i potrzebę samodoskonalenia się.

Dla małych dzieci sport powinien być obowiązkowy. Nic tak dobrze nie kształtuje charakteru.

Zdecydowanie! Sport wychowuje i kształtuje charakter. Kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, trenowałam dzieci, nawet trzylatki. Obserwowałam, jak się rozwijają i jak wielka jest różnica między tymi, które dopiero zaczynają, a tymi, które ćwiczą już od kilku lat. Te dzieci były zdyscyplinowane, bardziej zorganizowane i miały lepsze wyniki w nauce.

A Ty byłaś grzecznym dzieckiem?

Moje życie w dzieciństwie tak się ułożyło, że musiałam szybko dojrzeć. Wydaje mi się, że sport mi w tym pomógł. Mogłam przecież uciec w imprezy, złe towarzystwo. Kiedy byłam w gimnazjum, najgorszą karą za złe zachowanie było dla mnie to, że nie mogłam trenować. Pamiętam, jak mój wujek dowiedział się, że dostałam dwie jedynki z matematyki. Za karę miałam zakaz zdawania na kolejny pas. To była dla mnie taka nauczka, że już później zawsze dobrze się uczyłam, żeby móc spokojnie trenować karate.

Teraz wzięłaś udział w akcji „Stop zwolnieniom z WF-u”.

Takie akcje są bardzo potrzebne, bo dzieci zbyt często rezygnują z zajęć WF-u. I nie chodzi o dociekanie, czyją winą jest to, że nie uprawiają sportu, tylko o to, żeby to zmienić. Argumenty, że są złe warunki w szkołach i nie ma się gdzie umyć czy przebrać do mnie nie trafiają. Ja miałam takie same i nie zniechęcało mnie to. Mam wrażenie, że dzieci unikają  WF-u, bo jest taka moda. Dziewczyny nie chcą sobie rozmazać makijażu i zepsuć fryzury, a chłopcom po prostu się nie chce. Ale jednocześnie marzą, by dobrze wyglądać.

A przez to, że się nie ruszają,  podobno już w wieku 13 lat często miewają problem  z cellulitem.

To jest kwestia złej diety oraz braku ruchu. Rozmawiam z młodymi dziewczynami, które mówią mi, że ćwiczą 15 minut dziennie przed komputerem. Super, ale to nie wystarcza. WF jest niezbędny, bo uczy też działania w grupie, odpowiedzialności za drużynę, za innych.

Zdarza się, że nastolatki piszą do Ciebie z prośbą o wsparcie?

Tak, te listy zaczynają się zwykle tak: „Pani Aniu, co mam zrobić, mam 14 lat i jestem gruba?”. Doradzam im wtedy zmianę diety oraz więcej ruchu.

Skąd u Ciebie zainteresowanie zdrowym odżywianiem?

Zajmuję się tym już od sześciu lat. Zaczęło się od tego, że mój trener bardzo schudł, w ciągu pół roku. Miał więcej energii, był w świetnej formie – zapytałam go, jak mu się udało. Powiedział, że po prostu zmienił dietę. Zaciekawiło mnie to. Spotkałam się z jego szwagrem, Jackiem Kucharskim, z którym do dzisiaj współpracuję w kwestiach dietetycznych. Poza tym, że ukończyłam AWF, mam też za sobą wiele kursów tematycznych z zakresu zdrowego odżywiania.

 

Zajrzałam na Twojego bloga. Podkreślasz na nim, że wciąż się rozwijasz, uczysz, jeździsz na szkolenia...

Lubię się rozwijać, spoczywanie na laurach nie jest w moim stylu. Im więcej wiem, tym bardziej widzę, jak wiele jeszcze muszę się nauczyć. Niestety tak to działa (śmiech). Teraz organizuję obozy, na których staram się przekazywać uczestnikom swoją wiedzę. Chodzi mi o to, by zaszczepić w ludziach nawyk zdrowego odżywiania i aktywności fizycznej. Moim celem nie jest drastyczne odchudzanie. Chcę udowodnić, że odpowiednie jedzenie w połączeniu ze zbilansowanym wysiłkiem fizycznym przekłada się na nasze dobre samopoczucie.

Dlatego właśnie zaczęłaś prowadzić swojego bloga?

W pewnym momencie znajomi zauważyli, że razem z mężem odżywiamy się nieco inaczej. Na przykład obiad zaczynamy od... deseru. Koleżanki zaczęły dopytywać się, dlaczego jemy tak, a nie inaczej, jakie ćwiczenia wykonywać na daną partię mięśni i jak efektywnie ćwiczyć. Tych pytań było coraz więcej. Poprosiły mnie, żebym zgromadziła swoje porady w jednym miejscu. Postanowiłam więc założyć blog. Zastanawiałam się, jak go nazwać   i wymyśliłam: Healthy Plan by Ann. Uruchomiłam blog, kiedy Robert grał już w Borusii Dortmund. Na początku w ogóle nie zakładałam, że będzie tak popularny, wrzucałam posty anonimowo. Z czasem jednak ludzie dowiedzieli się, że to właśnie ja go prowadzę. Po kilku miesiącach pojawiły się artykuły w prasie   i machina ruszyła.

Ale Ty chyba nigdy nie miałaś problemu z utrzymaniem odpowiedniej wagi.

Zawsze byłam szczupła. Dlatego bawią mnie artykuły dotyczące „wielkiej metamorfozy Anny Lewandowskiej”. Niektórzy dziennikarze porównują w nich moje aktualne zdjęcia do tych z okresu, gdy miałam 16, 17 lat. Chciałabym zobaczyć osobę, która   w ciągu niemal dziesięciu lat   w ogóle się nie zmieniła. Był czas, kiedy ważyłam o trzy kilogramy więcej niż teraz, więc nie miałam  jakichś spektakularnych wahań wagi. Jako nastolatka byłam trochę okrąglejsza na twarzy, ale to u nas rodzinne. Od razu uprzedzę też twoje kolejne pytanie: nie, nie miałam żadnych operacji plastycznych! (śmiech)  

Widzę, że masz teraz wyjątkowo gęste włosy, więc pewnie pojawiają się sugestie, że są doczepiane...

Dziękuję bardzo (śmiech). Wygląd moich włosów także zawdzięczam zdrowemu odżywianiu. Używam też dobrej odżywki do włosów, bez silikonu i parabenów.

Jak wygląda Twój typowy dzień?

Budzę się bardzo wcześnie, między 6.30 a 7.30, bo szkoda mi dnia na spanie. Zaczynam od szklanki ciepłej wody z cytryną. Później piję gotowaną kawę z przyprawami: kardamonem, cynamonem, imbirem i goździkami – ma właściwości zdrowotne, działa rozgrzewająco i dodaje energii na wiele godzin. Następnie jem ciepłe śniadanie: owsiankę na wodzie lub kaszę jaglaną ze startą gruszką i orzechami.  Zawsze staram się rano zrobić trening karate albo funkcjonalny, czyli taki, który imituje ruchy, jakie wykonujemy na co dzień.  Zamiennie z tymi treningami biegam. Poranna aktywność dodaje mi energii na cały dzień. Po tych wszystkich moich rytuałach siadam do pracy – zajmuję się blogiem, odpisuję na setki maili. Ostatnio większość wolnego czasu spędziłam na pisaniu mojej książki. Dodatkowo wieczorami odbywam drugie treningi. Często też przebywam na zgrupowaniach kadry.

Jak długo i dla kogo pisałaś swoją książkę?

Pół roku. Napisałam ją, bo czytelnicy mojego bloga sygnalizowali, że potrzebują więcej informacji. Pomyślałam, że dobrze byłoby zgromadzić je w jednym miejscu. To było dla mnie duże wyzwanie. Postanowiłam, że będzie merytoryczna w każdym calu. Podeszłam do tego ambicjonalnie. Przetestowałam każdy przepis, każdy zestaw ćwiczeń, sprawdziłam wszystko na sobie. Robert też bardzo lubi moją kuchnię, zwłaszcza ciasto marchewkowe, a ja uwielbiam testować nowe smaki. Każdy element tej książki jest częścią mnie.

Włożyłaś w nią dużo pracy.

Tak, więc moja satysfakcja jest jeszcze większa.

A co radzisz osobom, które cały dzień spędzają w pracy, przy biurku?

Najlepiej zabierać ze sobą do pracy pojemniki ze zdrowym, przygotowanym w domu jedzeniem. To wcale nie jest takie trudne! Każdy z nas może znaleźć wieczorem około dwudziestu minut na ugotowanie zdrowej zupy, np. kremu z pora i ziemniaków z mleczkiem kokosowym i zdrowymi przyprawami. A zamiast pić w biurze kolejną kawę lub zupy z proszku, lepiej mieć ze sobą koncentrat z buraków i rozcieńczyć go ciepłą wodą z np. tymiankiem – buraki działają odkwaszająco, są bardzo dobrym antyoksydantem i dodają energii.

Ale trzeba jeszcze mieć czas, żeby zrobić zakupy, z których tę zupę można ugotować.

To często są wymówki. Zawsze jest też alternatywne wyjście.   Przez internet można zamówić już specjalne ekopaczki, które kurier przywozi pod same drzwi. A ceny tych produktów nie są wyższe niż w zwykłych sklepach.

 

Nie zgodzę się z Tobą. Nie są one tanie.

Burak, marchew, trzy ziemniaki, sól, tymianek, pieprz i bazylia potrzebne na zupę krem? To nie są wysokie koszty. O wiele więcej wydaje się na gotowe jedzenie w barach i kawiarniach. Rozmrażana kanapka z majonezem i kawałkiem zieleniny, za którą płacimy 15 złotych, nie przyniesie nam nic dobrego. A za te pieniądze można przygotować wartościowy posiłek. Droższe są słodycze i półprodukty. Jeżeli zabierzesz do pracy zupę w termosie, a do tego w pudełeczku ugotowaną kaszę jaglaną z warzywami i orzechami, to nie tylko zaoszczędzisz pieniądze, ale też będziesz się lepiej czuła. Wystarczy chcieć.

Uległaś modzie na niejedzenie glutenu?

To nie jest tylko moda. Pszenica jest teraz tak modyfikowana, że lepiej jej unikać. Jeżeli planuję zjedzenie owsianki żytniej na śniadanie, to dzień wcześniej namaczam płatki w wodzie. To rozbija cząsteczki białkowe i wypłukuje gluten. W dzisiejszych czasach nasz organizm jest tak zestresowany, a jelita tak przytłoczone, że nie są w stanie odpowiednio trawić jedzenia. Jeżeli zestresujesz się przed obiadem, ścianki jelit zwężą się i na sto procent będziesz miała bóle brzucha albo poczujesz zmęczenie. Często podkreślam więc, że przede wszystkim trzeba nauczyć się radzić sobie ze stresem, bo inaczej zjedzenie zwykłego posiłku będzie powodowało u nas zaburzenia trawienia.

A jak Ty sobie radzisz ze stresem?

Pomaga mi sport. Ale jest też wiele innych metod, np: zjedzenie ciepłego, wartościowego posiłku, wypicie ziołowej herbaty, odpowiednie oddychanie. O tym wszystkim piszę w mojej książce. Czasami warto po prostu położyć się na 10 minut na ziemi i nie myśleć o niczym. Ludzie w dzisiejszych czasach nie potrafią wypoczywać.

A Ty potrafisz?

Im jestem starsza, tym bardziej dostrzegam, jak ważny jest odpoczynek. Szczególnie dla sportowców na poziomie zawodowym, gdzie proces regeneracji i umiejętność radzenia sobie ze stresem jest podstawą sukcesu. To, że mój mąż zaszedł tak daleko i jest w tym miejscu, w którym jest, zawdzięcza również zdrowemu trybowi życia.

Lubisz doradzać i widzieć tego efekty?

Bardzo. Ludzie czasem nie zdają sobie sprawy, jak łatwo można naprawić swoje błędy. Ostatnio na przykład jedna z moich klientek miała problem z synem, który nie mógł wieczorami zasnąć. Zapytałam, czy je dużo słodyczy, bo cukier nie tylko daje energię, ale też sztucznie pobudza, czasem nawet wzmaga agresję. Zaproponowałam jej, żeby dodawała dziecku wieczorami łyżeczkę masła klarowanego do mleka. Okazało się, że natychmiast zadziałało. Aby organizm się prawidłowo regenerował, nie powinno się jeść cukru na noc.

Masz wykształcenie menedżera sportu, czy planujesz w przyszłości zajmować się innymi sportowcami?

Nie wybiegam tak daleko w przyszłość, ale na pewno chciałabym otworzyć większą, kompleksową działalność, za kilka lat, kiedy wrócimy do Polski. Na razie nie chcę jeszcze zdradzać moich planów. Na pewno chciałabym przyczynić się do zmiany myślenia o zdrowiu, odżywianiu i aktywności fizycznej w Polsce.

Mam wrażenie, że już zapanowała u nas moda na „zdrowe życie”.

W mojej książce napisałam: „moda to zjawisko, które przemija. A ja marzę, żeby ludzie żyjący zdrowo, stali się większością społeczeństwa. Na stałe”.

Pracujesz jako trenerka personalna?

Mam kilku klientów, z którymi trenuję w Monachium oraz w Polsce. Chciałabym poprowadzić treningi dla Polonii. Na razie nie mam jednak na to zbyt dużo czasu. W tym roku byłam na jednej z największych konwencji fitness w USA– „Idea World Fitness Convention”. Bardzo dużo się tam nauczyłam.

Ile czasu tam spędziłaś?

Tydzień. To było dla mnie niesamowite doświadczenie. Do tego stopnia, że drugiego dnia warsztatów z samego rana zadzwoniłam do Roberta wzruszona. Zapytał się, czy coś się stało, a ja powiedziałam mu, że po prostu jestem tak szczęśliwa, że łzy lecą mi z radości. Ilość endorfin po treningu to najfajniejsza rzecz na świecie! Poza tym byłam szczęśliwa, że tam jestem, że mogę się uczyć i rozwijać. Coś fantastycznego!

 

Praca sprawia Ci radość.

Ogromną. Staram się dużo pomagać, w miarę możliwości odpisywać ludziom na maile. Moja doba jest bardzo długa.

Nie brakuje Ci energii?

Chęć pomocy innym mnie nakręca, jakkolwiek górnolotnie to brzmi. Wiesz co fajnego zauważyłam w Stanach?

Że ludzie się nawzajem motywują do działania?

Tak. Dzielą się wiedzą, cieszą się nawzajem ze swoich osiągnięć. Prawda jest taka: nikt z nas krzesła nie wymyślił, ale to jak z niego korzysta to już inna sprawa. Trzeba pozwolić wszystkim na nim usiąść i jednocześnie pokazać, jak jeszcze można z niego korzystać. Nie mam problemu z tym, żeby dzielić się swoją wiedzą. A zarzuty, że ktoś od kogoś coś kopiuje, są zabawne. Przecież nikt pompek czy przysiadów wczoraj nie wymyślił. Pobyt w Stanach pozwolił mi nabrać dystansu do wszelkich komentarzy.

Nie czytasz komentarzy w internecie na swój temat?

Absolutnie nie. Czasami, ktoś ze znajomych coś mi przekaże. Uśmiecham się wtedy, i jeszcze bardziej skupiam na swojej pracy. Działam dalej, szkoda mi czasu.

A dla znajomych masz czas?

Staram się go mieć. Na początku tego roku założyłam swój Healthy Team – to 15 moich przyjaciółek, z którymi podjęłam wyzwanie. Miesiąc bez słodyczy i codziennie trening plus zdrowe jedzenie. Miesięczny plan trwa do dziś (śmiech). Dziewczyny są rozproszone po całej Polsce, ja jestem w Monachium i mimo to udaje nam się razem ćwiczyć i wzajemnie się motywować. Raz w miesiącu spotykamy się na treningu, który prowadzę i healthy śniadaniu. Chciałabym, żeby moja drużyna się rozwijała, żebym mogła przekazać sportowego ducha jak największej liczbie osób.

To, że stałaś się osobą rozpoznawalną, zmieniło Cię w jakiś sposób?

Wszyscy, którzy znają mnie od lat twierdzą, że w ogóle się nie zmieniłam. Nadal jestem tą samą Anią. Niby dlaczego miałabym się zmienić? Woda sodowa nie uderzy mi nagle do głowy. Mam twardy charakter.

A masz w ogóle czas na to, żeby odpocząć? Chodzisz do kina? Czytasz?

Czytam teraz tylko książki o zdrowym odżywianiu i treningach (śmiech). Wolny czas spędzam z Robertem. Kibicuję mu też podczas meczów.

Jesteś na niemal każdym meczu, w którym gra twój mąż. Nie znudziło Cię to jeszcze?

Nie, bo oglądam mecze z innej perspektywy. Jako bliska osoba inaczej je przeżywam. Każdy mecz Roberta jest inny i każdy jest dla mnie tak samo ważny.

Jak spędzacie wakacje?

Zawsze razem i zawsze aktywnie. Nie ma u nas wakacji na leżąco. Głównie dlatego, że ja nie potrafię usiedzieć w miejscu. Nie umiem oglądać hurtowo seriali, do niedawna nie mieliśmy nawet w domu polskiej telewizji. A teraz, chociaż mamy polskie kanały, to w ogóle ich nie włączam.

Co robisz, jak jesteś zmęczona?

Idę poćwiczyć albo pobiegać (śmiech). I wszystkim to polecam. Nic tak nie zwalcza zmęczenia jak ruch. Lubię też zwyczajnie wziąć relaksującą kąpiel i poczytać w wannie książkę.

Gdzie siebie widzisz za kilka lat? Gdzie będzie Twój dom?

Zawsze tam, gdzie Robert, zawsze tam, gdzie mój mąż.