Ostatnio dużo zmian w Waszym życiu. Kupiłyście nowe mieszkanie, przeprowadzacie się. Oliwka zdała maturę i zaczyna studia na Politechnice Warszawskiej. 

Oliwia: To rzeczywiście duża zmiana, bo wcześniej w naszejrodzinie nie było inżynierów. 

Anna: Na początku, kiedy Oliwka zdała egzaminy na inżynierię środowiska, nie wiedziałam, jak to potraktować. (śmiech) Ale wierzę w kierunki ścisłe i konkretne zawody. Absolwenci polskich politechnik mają wzięcie w Europie, więc mam nadzieję, że Oliwka znajdzie w przyszłości dobrą pracę. 

Bardzo przeżywałyście maturę i egzaminy?

OLIWIA: Nie denerwowałam się, ponieważ na rok przed maturą ułożyłam sobie plan: wszystkie przedmioty, jakich miałam się nauczyć, rozłożyłam na poszczególne dni i uczyłam się po półtorej, dwie godziny dziennie. 

Anna: Miała plan, tabelki, wykresy! Ona, która jest zodiakalnym Bliźniakiem, czyli otacza ją zewsząd chaos, a tu umiała się tak świetnie zorganizować. 

A jak Ty, Aniu, przeżywasz to, że córka jest już dorosła?

Anna: Nie mam wyboru. Muszę się z tym pogodzić. Wszystkie mamy świadomość upływającego czasu. Rozmawiamy o tym. Ostatnio na moje urodziny dziewczyny zrobiły mi piękny prezent. Wybrały zdjęcia z najważniejszych momentów naszego życia, pokleiły je taśmą i zrobiły z tego kilkumetrowy „lampas” w przedpokoju. Byłam naprawdę wzruszona. 

Czy Ty, Małgosiu, jesteś też tak zorganizowana jak Oliwka? 

Małgorzata: Nie, bardziej. (śmiech)

Anna: To prawda. Od dziecka Gosia wiedziała, gdzie są w domu różne rzeczy, i gdy szukałyśmy np. paszportów, to Gosia je znajdowała. Sama też zorganizowała sobie w tym roku wakacje. Wyjechała na trzy tygodnie do Wielkiej Brytanii na kurs angielskiego. 

Małgorzata: Chciałabym studiować ekonomię gdzieś w Europie, może w Hiszpanii.

Anna: Nie wiem skąd u moich dziewczyn to zamiłowanie do nauk ścisłych. Przecież na co dzień nie są takie uporządkowane. 

Oliwia: Wypraszam sobie. (śmiech) 

Wydaje mi się, że jesteście bardzo rozsądne, ale młodość ma przecież swoje prawa i polega na tym, że trzeba też trochę poeksperymentować…

Małgorzata: Mama przekazała nam tyle wiedzy życiowej, że nie mamy ochoty na eksperymenty. Unikamy rzeczy, na których mogłybyśmy się sparzyć. Mama mówi, że możemy przeżyć wszystko same, ale my wiemy, że lepiej nie powielać cudzych błędów. 

Anna: Dobrze wiem, co może zagrażać młodzieży. Często przychodzę do domu z pracy, z „Pytania na śniadanie”, z różnymi wiadomościami. A to o narkotykach, a to o sytuacjach obyczajowych. I rozmawiamy o tym. Ale też nie rozpościeram nad córkami jakiegoś wyjątkowego parasola ochronnego. Kiedy wychodzą ze znajomymi, to nie mówię: Bądźcie święte, nie pijcie piwa. Mówię: Możecie wypić jedno. 

Oliwia: Nasi znajomi z liceum bardzo lubią moją mamę. Większość
z nich mieszka w okolicach Warszawy. Jak impreza kończyła się o trzeciej rano, to wiele osób na nocowanie lądowało u nas. (śmiech) Ale nie robimy tego bezinteresownie – czasami koledzy sprzątali nam mieszkanie… 

Anna: Bo Oliwka nie jest chętna do sprzątania, nazwijmy to oględnie… Kiedyś z powodów zawodowych nie było mnie parę dni w domu, a dziewczynkami opiekowała się moja mama, która tak mi to zrelacjonowała: Zadzwonił domofon: „Dzień dobry, ja do Oliwki. Przyszłam wziąć prysznic i posprzątać”. (śmiech) Chodziło o to, że Oliwia miała w planach sprzątanie, ale nie zdążyła. Poprosiła o pomoc koleżankę, której tego dnia po zajęciach z tańca nie udałoby się przed imprezą wrócić do domu, żeby się odświeżyć. No więc połączyły siły.

 

Wydaje mi się, Aniu, że wybrałaś styl „mama-psiapsiółka”. 

Anna: Zdecydowanie nie! Mam naturalną chęć, żeby się nimi zaopiekować, nauczyć czegoś, podpowiedzieć cytat, zrobić śniadanie. Ale to nie znaczy, że pozwalam na spoufalanie się. To nigdy nie wychodzi na dobre żadnej ze stron. Kiedyś pracowałam jako wolontariusz z młodzieżą i bardzo to lubiłam. Myślę, że gdybym nie była dziennikarką, to pewnie byłabym nauczycielką lub działaczem młodzieżowym. 

Mama pozwala Wam na wiele, ale w zamian macie nie sprawiać jej kłopotów?

Małgorzata: Jesteśmy po prostu za siebie odpowiedzialne. Mama często wyjeżdża, więc potrafimy same o siebie zadbać. Ale to chyba nie jest tak, że mamy nie sprawiać ci kłopotów. 

Anna: Rodzic jest od tego, żeby mierzyć się z kłopotami dziecka. Zawsze powtarzam dziewczynkom, że gdyby cokolwiek się działo – łącznie z policją i dyrekcją szkoły – mają do mnie dzwonić. Nie chcę być kumpelą, bo to się nie sprawdza, ale…

Oliwia: …taki kumpelski rodzic to tragedia. Ja tego nie znoszę! 

Anna: …ale trzeba się orientować w ich świecie. Nie chodzę z nimi po barach, jednak od czasu do czasu idziemy na spacer nad Wisłę, słuchamy wtedy razem muzyki i rozmawiamy o sprawach dziewczyn.

Cztery lata temu rodzice się rozwiedli. To musiało na Was wpłynąć.

Anna: Po rozwodzie z moim mężem dziewczyny wychowywały się w warunkach „spartańsko-wojennych” – musiały sobie radzić. Na co dzień była z nimi babcia albo opiekunka, a ja wracałam po pracy i sprawdzałam, co się dzieje. 

Oliwia: Właśnie to było niesamowite, że ty, po całym dniu pracy wracałaś i nawet nic nie zjadałaś, nie przebierałaś się, tylko od razu ruszałaś do boju z naszymi lekcjami. 

Małgorzata: Wtedy trochę bywało nerwowo. 

Oliwia: Podziwiam, mamo, że dawałaś radę tak to ciągnąć. 

Anna: To były rzeczywiście ciężkie czasy. Ale stopniowo nabrałam akceptacji dla siebie. Zrozumiałam, że jak raz coś nie wyjdzie albo wyjdzie „kulawo”, trzeba do tego podchodzić spokojnie. 

Oliwia: Ja zostałam z ojcem. Dopiero po roku dołączyłam do Gośki i mamy. 

Anna: Oliwka miała do skończenia szóstą klasę, więc przyjeżdżałam do niej wieczorami, żeby zobaczyć, co jadła i jak się ma. 

Nie ma dobrych rozwodów. To fikcja.

Anna: Oczywiście! U nas też nie było to takie łatwe. Na pewno to decyzja przemyślana i po wielekroć rozważona. Teraz już spokojnie o tym mówimy, ale wtedy było wiele cierpienia, niepewności. Jako Ślązaczka jestem osobą konserwatywną. U mnie w rodzinie nigdy nie było żadnych rozwodów. Byłam pierwsza... 

Oliwia: Przy okazji rozwodów często się mówi, że coś się robi lub nie dla dobra dzieci. Szczerze mówiąc, bardziej martwiłam się o mamę niż o siebie. Żeby mama poukładała sobie życie, żeby jej było dobrze. Dlatego tak bardzo wspierałyśmy ją w tej decyzji. 

Małgorzata: Teraz jest inaczej, na pewno lepiej. Tata mieszka we Wrocławiu, a to jest dość daleko. Ale mamy okazję widywać się z nim, gdy przyjeżdża do Warszawy. 

Anna: Dobrze się stało, że mój były mąż poukładał sobie życie. Myślę, że te lata, które spędziłam w trudnym związku, były bardziej wynikiem myślenia: że tak wypada, że rodzina, że dzieci. Teraz wiem, że nie wolno dźwigać cudzego bagażu, myśląc, że jest nasz. 

 

Miałaś odwagę po rozwodzie wejść w nowy związek.

Anna: Tak, aczkolwiek teraz uważam, że nie powinno się tego robić zbyt szybko. Ważne, żeby umieć też pobyć samemu.

Też nie wyszło… 

Anna: Tak, ale nie roztrząsajmy tego. Zamiast się wściekać i oskarżać innych o to, co się stało, wolałam popracować nad sobą, by zrozumieć mechanizmy, którym podlegam. W tej sytuacji pomogła mi religia…Jestem osobą wierzącą, więc pojechałam do benedyktynów, do Tyńca, na tydzień. Odbyłam post św. Hildegardy, codziennie msze, nabożeństwa...

Można w Tyńcu zrobić detoks po nieudanej miłości? 

Anna: Tak, zdecydowanie! Tam nie ma czasu na złe uczucia. (śmiech) 

Jeździsz tam z córkami? 

Anna: Nie, w Tyńcu trzeba się całkowicie wyciszyć. Zimą tego roku byłam też na rekolekcjach ignacjańskich w Falenicy. Bardzo dobre doświadczenie zwłaszcza dla tych, którzy pracują w mediach. Pięć godzin medytacji dziennie. To pozwala zapanować nad wyobraźnią, skupić się. Od razu zaczęłam zupełnie inaczej traktować moich gości w studiu. 

Widzicie teraz w mamie większy spokój?

Małgorzata: Na pewno wcześniej była bardziej nerwowa.

Oliwia: Niesamowite jest obserwować jej opanowanie, taką spokojną radość.

Czyli są jakieś zyski z rozstań.

Oliwia: Tak. Zyskałyśmy taką naszą małą, kobiecą paczkę. 

Anna: Zysk z moich rozstań jest taki, że musiałam zrobić porządek ze swoim sercem. Pokochać siebie, pokochać tę sytuację, w której się znalazłam, nawet jeśli nie jest ona idealna. Wszystko, co nas spotyka, jest nie karą czy nagrodą, tylko lekcją. Dziewczynom życzę, żeby miały fajnych mężów i dobre rodziny. Może jak ja przerobię dobrze swoją lekcję, to one będą miały lepiej? 

Ale jak się czujecie, gdy czytacie o tym, czy mama stanie jeszcze na ślubnym kobiercu? 

Małgorzata: Bagatelizujemy to. 

Oliwia: W ogóle nas to nie obchodzi. Media używają wizerunku mamy, ale skoro mama się tym nie przejmuje, to dlaczego my mamy się tym przejmować? Trzeba mieć dystans do takich spraw, bo wiadomo że skoro się jest osobą publiczną, to będą się działy takie rzeczy i tego się nie zmieni. 

Anna: Wszyscy chcą mnie wyswatać. (śmiech) W budynku, w którym mieszkam, mamy dozorcę, pana Krzysztofa, i on często wzdycha: „Boże, niech pani już sobie znajdzie jakiegoś chłopa, bo nie mogę patrzeć, jak pani z tymi torbami tarabani się po schodach”. Ostatnio widzi mnie rano, szósta z minutami w czapce wełnianej i mówi: „Niech pani to zdejmie! Jak pani wygląda?! Nikogo sobie pani nie znajdzie w tej czapce, pani Aniu!”. Tak o mnie dba. 

 

A Wy chciałybyście, żeby mama się z kimś związała? 

Małgorzata: Oczywiście, że tak. Obie wcześniej czy później opuścimy dom, więc nie chcemy, by została sama. 

Oliwia: Problem w tym, że mama bagatelizuje wszystkie zaloty. Poza tym to musiałby być ktoś, kto ma mentalność stulatka, a wygląd Brada Pitta. 

Dziewczyny mają już chłopaków? 

Anna: Niedawno przyszedł do mnie, do programu ideał… dla Oliwki. Tak mi się spodobał jeden z gości, że wyobraziłam go sobie jako zięcia!

Oliwia: Boże, mamo, błagam!

Anna: Wiem, mamy inny gust... 

Małgorzata: Ale jeśli chodzi o lektury, to podobny. 

Anna: O kosmetyki zresztą też. Niedawno szukałam rozpaczliwie moich cieni przed wyjściem do pracy. Znalazły się w kosmetyczce Oliwki, oczywiście.

Jaki powinien być idealny chłopak?

Anna: Znając córki, powinien mieć werwę, chęć do życia, pomysły i ambicje.

Oliwia: Musi być wysportowany, bo my ćwiczymy codziennie. Mamy w domu rurę, na której wykonujemy akrobacje. Pole dance to świetny sport. 

Anna: Ja umiem zrobić „łabądka”.

Małgorzata: Chyba jeszcze nie nadszedł czas, by mieć chłopaków. Mamy teraz moment w życiu, kiedy powinnyśmy się uczyć, a jednocześnie możemy być wolne i robić wszystko. 

Oliwia: Można wyjechać, poznawać inne kultury. Miłość jeszcze przed nami. 

A jak się żyje w takim rozdwojeniu: z jednej strony medytacja i rekolekcje, a z drugiej – pozowanie na ściankach, modne ciuchy, szum medialny?

Oliwia: Jedno nie wyklucza drugiego. 

Anna: Imprezy, pokazywanie się to moja praca. Funkcjonuję w takim zawodzie, to są jego pochodne i nie ma co się na to obrażać. Sama utrzymuję dziewczyny i muszę je nakarmić
i wykształcić. Liczę się z konsekwencjami wypływającymi z uprawiania tego zawodu. Dlaczego jednak nie mam dbać o moje wnętrze? Dlaczego nie mam szukać dróg, które są wyzwaniem i mnie doskonalą? To jest mój obowiązek jako człowieka.

 

Kolejna zmiana, którą realizujecie, to przeprowadzka do własnego nowego mieszkania. 

Anna: I to z ogródkiem! Posadziłam już drzewko i róże. A dziewczyny urządzają swoje pokoje. Każda w innym stylu. Małgosia lubi minimalizm, więc jest drewno i żywiczna podłoga. Oliwka lubi styl blisko natury.

Niedługo jednak dziewczynki wyfruną z gniazda... 

Oliwia: To, że ma się 18 lat, nie znaczy, że się chce od razu opuścić dom! 

Anna: Dla mnie jest ważne, żeby miały co opuszczać, żeby to nie było mieszkanie wynajmowane, tylko żeby zdążyły posmakować, jak to jest żyć we własnym, stabilnym miejscu. Trafiło nam się niedrogie, przytulne mieszkanie. Wzięłam je w ciemno. 

Jak będziecie żyć w tym nowym wymarzonym mieszkaniu? 

Małgorzata: Dla mamy najważniejszy jest spokój po pracy i wygodna kuchnia, bo lubi gotować. I kąt do czytania. 

Oliwia: Gośka będzie potrzebowała dużej garderoby na swoje zdobycze
z lumpeksów. 

Małgorzata: I półki na książki. Wszystkie trzy lubimy czytać. Oliwka pochłonęła ostatnio całego Sapkowskiego, a ja często czytam to, co podsunie mi mama. Ostatnio spodobał mi się Alain de Botton.

Oliwia: No i będziemy prowadzić dom otwarty. 

Anna: Zdecydowanie tak. Gosia, podobnie jak ja i Oliwka, lubi nawiązywać kontakty. Niedawno powiedziała: „Mamo, jedziemy do Argentyny, mamy już załatwione noclegi!”. Wystarczyło, że była na kursie w Anglii, zaprzyjaźniła się z kolegami z Argentyny i już ma zaproszenie! Muszę przyznać, że my trzy uwielbiamy wspólne wyjazdy. Najlepiej wspominam konny rajd z dziewczynami w Bieszczady. Trzy dni w siodle, jazda przez lasy, stare wsie i połoniny – spałyśmy w kolibach i kąpałyśmy się z końmi w Solinie. Bardzo lubimy być ze sobą razem.

A czas tylko dla siebie?

Anna: Tej jesieni zaplanowałam, że napiszę książkę. Mam już kilka opowiadań o miłości... 

A miłość w prawdziwym życiu? 

Anna: Jak ma się zdarzyć, to się zdarzy.