Moje dzieciństwo to lubelska Starówka, na której spędzałam całe dnie w towarzystwie rówieśników.To były dzieciaki z bardzo różnych rodzin, niekiedy patologicznych. Zdarzało się latem, że kiedy mieliśmy ochotę na lody i nie wszystkie dzieci miały pieniądze, robiliśmy zrzutkę, żeby każdy mógł je kupić - opowiada Beata Kozidrak "Gali". - Do dziś pamiętam: jedna gałka kosztowała 1,20 zł. Często bawiliśmy się pod lubelskim zamkiem. Każdy przynosił swoje zabawki, co tylko miał, rower był rzadkością, częściej pojawiały się hulajnogi. I oczywiście bawiliśmy się w dom, gotowaliśmy dla lalek. Na prawdziwy obiad mama wołała mnie z okna kamienicy przy ulicy Grodzkiej, gdzie mieszkaliśmy. To było niedaleko, zawsze słyszałam. Moja mama pracowała w domu, opiekowała się mną i dwójką starszego rodzeństwa. Ja byłam najmłodsza. Nasz tata był inżynierem budowlanym i często wyjeżdżał w delegacje. Kiedy wracał, przywoził nam prezenty, a mamie bieliznę. Mój dom rodzinny wcale nie był bogaty, ale za to bardzo szczęśliwy. Rodzice szanowani się i kochali.

Najbardziej lubiłam święta. Pamiętam, że mama szykowała pyszności, a ja czekałam na prezenty. Nasz Mikołaj nie przynosił drogich podarunków. Lalka, którą chciałam dostać, musiała być w zasięgu jego finansowych możliwości. Jednak dla mnie była spełnieniem marzeń. Miała długie, kręcone blond włosy, więc ciągle robiłam jej nowe fryzury i nakładałam kolejne makijaże. Niestety, po tych wszystkich zabiegach twarz mojej lalki bardzo się zmieniła i nie udało mi się doprowadzić jej do pierwotnego wyglądu. Próbowałam nawet pumeksu, ale było tylko coraz gorzej. Niesamowicie jej żałowałam, byłam na siebie strasznie zła, płakałam nad lalką, a potem schowałam ją do szafy.

Byłam raczej grzecznym dzieckiem, ale kiedy coś sobie zaplanowałam, musiałam dopiąć swego. Kiedyś usłyszałam, że jedna z koleżanek uczęszcza do ogniska baletowego – zajęcia odbywały się na Zamku. Tak długo prosiłam rodziców, aż wreszcie mnie zapisali. W naszym domu muzyka zawsze była ważna. Moje starsze rodzeństwo miało sporo płyt, ciągle coś grało, byłam osłuchana. Mając 10 lat założyłam z kilkoma koleżankami zespół wokalno-taneczny. Próby odbywały się w parku. Śpiewałyśmy przeboje, które słyszałam w radiu. Wymyślałam do nich choreografię.

Pod Zamkiem, na placu, który wtedy nazywał się Plac Zebrań Ludowych – w lecie odbywały się koncerty, występy okolicznościowe z okazji rozmaitych rocznic państwowych, a kiedyś nawet przyjechał czołg Rudy 102 z serialu „Czterej pancerni i pies”. Starówka tętniła życiem, w parku kwitły róże, było bezpiecznie: alejkami spacerowały młode kobiety z wózkami. Moja szkoła była niedaleko. W pierwszej klasie „zakochał się” we mnie kolega, Krzysiek. Odprowadzał mnie do domu, niosąc mi tornister. Kiedy jako dyżurni w klasie podlewaliśmy kwiaty, nagle pocałował mnie w policzek. Myślałam, że to już jest prawdziwa miłość i bałam się o tym powiedzieć mamie.

Nie lubiłam wstawać rano. A potem, w szkole, najbardziej czekałam na powrót do domu. Szybko odrabiałam lekcje i resztę dnia spędzałam na dworze. Zawsze miałam coś ważnego do zrobienia. Nie przepadałam za językiem polskim, głównie z powodu dyktand, bo robiłam błędy. Bałam się też strasznie, kiedy musiałam odpowiadać na pytania przed całą klasą.

Zawsze bardzo się wzruszam, kiedy odwiedzam miejsca związane z moim dzieciństwem. Ono skończyło się dla mnie, kiedy całą rodziną zamieszkaliśmy na obrzeżach Lublina. Nowe miejsce nie miało już tej magii, tajemniczych zakątków, zapachów i tej wolności, która zbudowała moją wyobraźnię. Dzięki rodzicom i tym niezapomnianym miejscom, biedzie i radości, które dzieliłam z innymi dziećmi, mogę powiedzieć, że czułam się wtedy szczęśliwa. 

»PRZECZYTAJ TAKŻE: Beata Kozidrak Pokazała, jak mieszka w nowym domu

Lubisz Gala.pl? Polub nas na Facebooku!