Mama była laborantką, pracowała w centrali nasiennej. Kiedy odwiedzałam ją w pracy, widziałam, jak oddziela pęsetą dobre nasionka od złych. Wkładała je potem do wielkich szklanych słojów wymoszczonych ligniną. Tata był szefem transportu w zakładach mięsnych. Słynną polską szynkę w puszkach z napisem „Polish Ham” produkowano właśnie w Zamościu i ten luksus tata transportował po całym świecie. 

Pierwsze wspomnienie: jeszcze ze żłobka. Mogłam mieć dwa lata. Piękna stara kamienica, z której widać było tory kolejowe. Na dźwięk nadjeżdżającego pociągu wszystkie dzieci biegły do okna i siadały na parapecie. 

Tata był bardzo przystojny, wyglądał jak James Dean, mama – piękna blondynka. Mieliśmy junaka, wspaniały wielki motor. Robi wrażenie do dziś. Wciskałam się między rodziców i tak jechaliśmy tym motocyklem. Wszyscy się za nami oglądali. Podobno, kiedy wracaliśmy z przedszkola, musieliśmy się zatrzymywać przy każdym kiosku i w każdym mama musiała mi coś kupić. Małą laleczkę, zabaweczkę, książeczkę, cokolwiek. Inaczej – darłam się wniebogłosy. Z tego wnioskuję, że byłam dosyć rozpieszczonym dzieckiem. Dostawałam wszystko, nawet… brata. 

Moi rodzice chyba nie planowali więcej dzieci. Ale koleżanka z przedszkola miała starszego o dwa lata brata, Wojtka i on mi się tak bardzo podobał, że też koniecznie chciałam mieć brata. Tak prosiłam, że w końcu dostałam. Brat jest młodszy ode mnie o sześć lat, ma na imię Tomek. 

W szkole miałam ksywę Siwa – byłam jaśniuteńką blondynką. Miałam dwie przyjaciółki: Giocondę i Cytrynę, zawsze trzymałyśmy się razem. Bawiłyśmy się na podwórku, głównie na trzepaku albo grałyśmy w państwa-miasta. 

 

Wakacje rodzice spędzali nad Balatonem albo nad Morzem Czarnym, a ja wyjeżdżałam na wieś do babci. To był raj. Miałam tam zgraną paczkę dzieci, które zjeżdżały się z całej Polski. Ścigaliśmy się, kto zje więcej czereśni, kto zbierze więcej wiśni – dostawaliśmy za to pieniądze. Wydawałam je potem na słodkości. Czasem pomagaliśmy w polu – zrywaliśmy tytoń, nawlekaliśmy na druty do suszenia. Robiliśmy też „wino”. Do butelki wkładaliśmy bławatki, zalewaliśmy wodą, stało trzy dni i potem było z tego nasze „wino”. Obrzydliwe. Uwielbiałam te wiejskie wakacje. Kiedyś rodzice przywieźli mi z Węgier wymarzoną lalkę, która ruszała oczami. Miała na imię Iza. Nie pamiętam, żebym miała inne lalki, wolałam pluszaki. 

W pewnym momencie zamieszkała z nami babcia. Do tej pory pamiętam przygotowywane przez nią śniadania. Na gorące mleko wrzucała kluski ze świeżo zagniecionego ciasta. Nawet kiedy o tym mówię, czuję ten zapach i smak. Czytałyśmy wspólnie lektury szkolne. Ciągle brakowało mi czasu. Chodziłam do szkoły muzycznej, grałam na wiolonczeli, fortepianie, prowadziłam chór szkolny, działałam w harcerstwie. Lektury czytałam wieczorami, rano przy śniadaniu opowiadałam babci początek książki, ona potem czytała dalej i relacjonowała mi, co się zdarzyło. Poza tym opowiadała mi i bratu niestworzone historie: o duchach, wiedźmach, bagnach, zjawach. Wszystko działo się „naprawdę”: w lasach, na wzgórzach, w dolinach – i ja w to nigdy nie wątpiłam. Bałam się potwornie, ale uwielbiałam tego słuchać. Być może dzięki temu mam wyobraźnię aktorską...