Nie wiesz, w co się ubrać na czerwony dywan, włóż coś od Armaniego – to sprawdzony przepis na sukces hollywoodzkich gwiazd. w jego ubraniach nie można popełnić modowego faux pas. Są wyrafinowane, a jednocześnie powściągliwe. Tylko on potrafi tak szyć. Jego motto brzmi: „Człowiek elegancki to nie ten, którego się zauważa, tylko ten, którego się zapamiętuje”. Giorgio Armani 30 kwietnia świętował 40-lecie pracy. Z tej okazji otworzył w Mediolanie muzeum swoich dzieł: 600 sukni, 200 akcesoriów i wiele rysunków. Wszystko zawsze robił osobiście, projektuje nawet tkaniny,  z których powstają kreacje. Wybiera stonowane kolory, najbardziej lubi „greige”: połączenie szarości (grey) i beżu (beige), wymyślił jego niezliczone odcienie. Układa też choreografię swoich pokazów, dbając o najdrobniejsze szczegóły. „Wystarczy, że modelka niewłaściwie oprze dłonie na biodrach, a zniweczy cały wypracowany przeze mnie efekt. Ręce są najważniejsze. wdzięk kobiety zależy od tego, co ona z nimi robi”, tłumaczy.

Jest perfekcjonistą, dlatego przejął się niefortunnym upadkiem Madonny na tegorocznych Brit Awards, gdy zaplątała się w jego pelerynę. Natychmiast wyjaśnił, że powodem incydentu był upór wokalistki: „Peleryna miała haftkę, ale ona zażądała, żeby dać wiązanie, a potem nie umiała go rozsznurować”. Zrezygnował jednak ze sprzedaży pechowego modelu. Dba o wizerunek niemal obsesyjnie. Gdy w 1985 r. jego partner Sergio Galeotti zmarł na AIDSS, Armani w oficjalnym oświadczeniu podał, że przyczyną śmier-ci były problemy z sercem. Prawdę napisał tylko dziennik „Il Messaggero”. Giorgio zagroził gazecie, że jeśli będzie drążyła temat, wycofa z niej wszystkie swoje reklamy. Jego kariera przebiegała nietypowo. Jest samoukiem. Pierwszą własną kolekcję pokazał, gdy miał prawie 40 lat. W przeciwieństwie do wielu swoich kolegów po fachu nie spędził dzieciństwa na podglądaniu krawcowych przy pracy. Raczej walczył wtedy o przetrwanie. Urodził się w przemysłowej Piacenzy, dorastał w biedzie, bez ojca, którego po wojnie aresztowano za działalność w partii faszystowskiej.

11-letni Giorgio omal nie stracił życia, gdy wybuchły granaty, które znalazł z kolegami. „Spaliły mi się włosy. Przedtem miałem kręcone, odrosły proste i takie już zostały. Niewiele brakowało, a straciłbym wzrok. Później jeszcze kilka tygodni chodziłem o kulach. Koledzy mi je ukradli w ramach zemsty za ojca. Dowlokłem się do domu, wspierając o ściany i płacząc z bólu”, wspomina. Tamte przeżycia sprawiły, że stał się samotnikiem, z trudem nawiązywał relacje. Chciał zostać lekarzem, ale po dwóch latach rzucił studia medyczne. Przeprowadził się do Mediolanu, gdzie znalazł posadę dekoratora wystaw w domu towarowym La Rinascente. Jego talent zauważył Nino Cerruti i zaproponował zaprojektowanie męskiej linii ubrań. Giorgio przez prawie dekadę pracował dla tej marki. Nie myślał o stworzeniu własnej, bał się ryzyka. W końcu namówił go do tego architekt i rysownik Sergio Galeotti, którego poznał pod koniec lat 60. „Dał mi wielką miłość oraz wiarę w siebie”, opowiada. Sergio zajmował się w firmie wszystkimi sprawami organizacyjnymi i finansowymi. Armani mógł spokojnie poświęcić się projektowaniu.

Jak najdłużej mieć kontrolę

Na pierwszym pokazie jego męskiej kolekcji w 1973 r. modele defilowali w ciszy, bo publiczność nie wiedziała, jak reagować na złamanie konwencji. Armani zaproponował zupełnie nowy fason garnituru. Z marynarek usunął sztywne podszewki oraz poduszki wypychające ramiona, zmienił proporcje kołnierzyków i klap, poprzesuwał guziki. Spodnie pozbawił kantów, a koszule nonszalancko rozpiął pod szyją. Pod marynarkami pojawiły się nawet zwykłe T-shirty. W recenzjach pisano: „Narodził się geniusz, który odważył się wymyślić na nowo mężczyznę”. Rok później pokazał linię damską, równie efektowną i funkcjonalną. Nowy styl: elegancję na luzie przyjęto entuzjastycznie, a nieznany projektant z marszu znalazł się na szczycie. Dziś mówi, że wiele zawdzięcza umiejętności… udawania. „Gdy zaczynałem, nie miałem żadnego doświadczenia. Tkaniny, rysunek – nic o nich nie wiedziałem. Starałem się robić na kontrahentach dobre wrażenie. Przyjeżdżałem moim starym porsche, z rasowym psem pożyczonym od kolegi, a w rozmowach kreowałem się na kogoś dobrze poinformowanego. Długo żyłem w strachu, że zostanę zdemaskowany. Dziś wiem, że nie ma lepszego sposobu na sukces niż ukrywanie swoich słabych stron”.

 

Z roku na rok imperium rosło w siłę. Szybko podbiło również Hollywood. W roku 1980 na ekrany wszedł film „Amerykański żigolak”, do którego zaprojektował ubrania. Scena, gdy rozebrany do pasa Richard Gere rozkłada w rytm muzyki koszule i krawaty od Armaniego, zrobiła gwiazdorów z ich obu. Giorgio był pierwszym projektantem, który otworzył butik w Hollywood – w 1983 r. Jego przygoda z fabryką snów trwa do dzisiaj. Zaprojektował kostiumy do około pięćdziesięciu filmów, ubrał m.in. bohaterów serialu „Miami  Vice”, Brada Pitta w „Bękartach wojny”, Christiana Bale’a w „Mrocznym rycerzu” i Jodie Foster w „Elizjum”. Aktorki chętnie wybierają jego suknie na wielkie gale. Nie ma rozdania Oscarów czy Złotych Globów bez kreacji od Armaniego i nigdy się nie zdarzyło, żeby jakaś gwiazda wyglądała w nich źle. Podobnie jest z garniturami męskimi i damskimi. Noszą je przedstawiciele branży filmowej, bankierzy, kobiety biznesu. Są odpowiednie na każdą okazję, doskonale skrojone, nie krępują ruchów. Również tańsze kolekcje Armaniego świetnie się sprzedają. Projektant przewrotnie tłumaczy, że zawsze jest modny, bo nie ulega modom. „Gdy pracownicy mówią: takie są trendy, odpowiadam: zapomnijcie o nich. Jeśli coś jest trendy, nie będziemy tego robić. Właśnie na tym polega mój styl, jest ponad-czasowy”.

Niewiele brakowało, a marka przestałaby istnieć w 1985 roku, po śmierci Sergia Galeottiego. Armani był załamany. Sergio, młodszy od niego o 11 lat, zmarł tuż po swoich czterdziestych urodzinach. „Nigdy nie widział mnie płaczącego. Nie rozmawialiśmy o jego chorobie, jakbyśmy udawali, że nie istnieje. Przez cały ostatni rok powiedział o niej tylko jedno zdanie: Giorgio, zobacz, jak bardzo jestem chudy. Gdy odszedł, chciałem zakończyć karierę, miałem wystarczająco dużo pieniędzy. Pomyślałem jednak, że będę kontynuował: dla niego”, opowiada projektant. Do dziś za swoją największą porażkę uważa to, że nie mógł zapobiec śmierci przyjaciela. Potem już zawsze był sam, wycofał się do swojej pracowni. Przyznaje, że jest pracoholikiem. „Późno zacząłem, nadrabiałem więc 10 lat, które straciłem na dekorowanie wystaw. Praca stała się dla mnie priorytetem. Nie miałem czasu ani dla siebie, ani na pielęgnowanie przyjaźni. Dziś już nikt nie dzwoni, więc spędzam wieczory przed telewizorem w towarzystwie moich dwóch kotów”, mówi. Jednak się nie użala, polubił swoją samotność.

Mistrz ma 80 lat i nie zamierza przestać pracować, choć od dawna pojawiają się pogłoski o jego odejściu z firmy. „Być może kiedyś czułem się wyjątkowo zmęczony i wspomniałem  o emeryturze. Ale żeby od razu brać to na poważnie?”, dziwi się. Pytany, skąd czerpie siły, odpowiada, że codziennie planuje, co będzie robił jutro. Złośliwi mówią, że to planowanie nie wymaga zbytniego wysiłku, bo kolekcje Armaniego od 40 lat są wariantami tego samego stylu. On uważa, że to właśnie konsekwencja stanowi siłę marki. Szlachetne krawiectwo ponad efekciarskie triki oraz komfort w noszeniu zawsze się sprawdzają. Jeśli chodzi o upływ czasu, jego jedynym zmartwieniem jest sukcesja. „Nie będę pracował do 85. roku życia, to absurd. Ale chcę jak najdłużej zachować kontrolę. Moje pokolenie jeszcze czuje ducha elegancji. Wiele marek nosi jedynie nazwisko założyciela, mówimy: Dior, ale to już jest zupełnie inny styl. Chanel jeszcze się trzyma dzięki panu Lagerfeldowi. Codziennie budzę się z nadzieją, że marka Armani może istnieć i przetrwać beze mnie”. Wszyscy mają taką nadzieję, choć rzeczywiście trudno sobie wyobrazić kogoś, kto byłby w stanie go zastąpić.