Od Twojego ślubu minęło półtora roku. To był najpiękniejszy dzień w twoim życiu?

IZABELA JANACHOWSKA: Tak! Wcześniej za taki uważałam ten, gdy stałam na podium mistrzostw świata w kombinacji tańców latynoamerykańskich i standardowych. To było ukoronowanie lat ciężkiej pracy. Teraz najpiękniejszym jest dla mnie dzień ślubu. A trzeci jeszcze przede mną... 

A dzień, w którym wystartował twój blog Wedding Dream o organizacji wesel?

W walentynki minął rok od jego premiery. Ma już kilkadziesiąt tysięcy unikalnych użytkowników miesięcznie! Ale ten pierwszy dzień był raczej stresujący niż szczęśliwy. Nie jestem za bardzo techniczna, musiałam się oswoić z prowadzeniem strony. Ostatnio ktoś mi powiedział, że ze smakiem prowadzę Instagram, bo nie pokazuję za dużo prywatności. A to nie jest wynik analiz, tylko tego, że jestem chyba trochę staroświecka.

Są dziewczynki, które od piątego roku życia wiedzą, jak będzie wyglądała ich suknia ślubna. Czy Ty też taka byłaś?

Nie, temat wesel jest mi bliski dopiero od czasu przygotowywania własnego ślubu. Jak byłam mała, mówiłam, że nie będę miała męża ani dzieci, bo tancerki nie mają na to czasu. Żyłam tańcem, który nauczył mnie determinacji, dyscypliny i cierpliwości. Ale przy prowadzeniu bloga zdarzało mi się denerwować, że efekty nie są tak szybkie, jak bym chciała. Moim problemem jest to, że jestem zbyt ambitna. Taniec nauczył mnie tego, że ciężka praca przynosi efekty, więc teraz trudno mi się pogodzić z tym, że na sukces trzeba poczekać. Muszę być chyba cierpliwa i konsekwentna. Starannie prowadzę bloga, przeglądam nowinki, magazyny i badania. Jeżdżę na największe światowe targi, zrobiłam nawet kurs w Stanach. 

Denerwujesz się, gdy złośliwi wypominają Ci, że w Twojej sytuacji finansowej właściwie nie musiałabyś pracować?

Przed chwilą rozmawiałam o tym z siostrą! Przez lata spędzone na parkiecie nauczyłam się podchodzić do krytyki z dystansem. Konstruktywną od osoby, którą szanuję, zapamiętuję i wykorzystuję. Nienawistną puszczam mimo uszu. Najlepszą odpowiedzią dla hejterów jest to, że nie przestaję pracować, choć mogłabym osiąść na laurach. Życie ograniczone do wizyt u fryzjera, manikiurzystki i w centrum handlowym mogłoby mnie zabić. Ostatnio miałam trzy wolne dni, z czego jeden spędziłam sama na kanapie przed telewizorem. Już pod wieczór czułam, że życie jest beznadziejnie, gdy brakuje mi obowiązków. 

A nie wystarczy Ci, że wyprasujesz mężowi koszule jak perfekcyjna pani domu?

Coś ty?! Obowiązki domowe mnie nie relaksują! Mam przyjaciółkę, która mówi, że jak ma zły dzień, prasuje. Ja tak nie potrafię.

A co Cię relaksuje?

Podróże do ciepłych krajów, bo tutaj, w Warszawie, trudno mi odetchnąć. Najszczęśliwsza jestem, leżąc na plaży z książką. Uwielbiam kryminały, przeczytałam chyba wszystkie książki prawnicze Johna Grishama, ostatnio ruszyłam Stephena Kinga. Mąż się śmieje, że jestem świetnym detektywem, w pięć minut potrafię wszystko i wszystkich rozszyfrować (śmiech). 

Wakacje tylko z mężem?

Tak, źle znoszę rozłąkę. Wiem, że są pary, które próbują podnieść temperaturę związku, widując się rzadziej. My większość czasu spędzamy razem. Jesteśmy parą od czterech lat, z czego osobno byliśmy niecały miesiąc. Gdy on leci w delegację, liczę godziny lotu. Zanim zadzwoni, że wylądował, ja od piętnastu minut wiem, że jest już bezpieczny. 

 

Ślub zmienił coś między Wami?

Nie, żyjemy na wysokich obrotach. Nigdy nam się nie nudzi. Mam nadzieję, że nie popadniemy w rutynę, bo oboje wciąż szukamy nowych celów, nie lubimy stagnacji, rozwijamy się. Bardzo dużo pracujemy, ale kiedy jesteśmy w domu, staramy się wyłączać telefony. 

Krzysztofowi podoba się to, że jesteś samodzielna?

Cały czas mobilizuje mnie do działania. Na początku dużo mi podpowiadał co do biznesowej strony bloga, ale zarówno cały ten projekt, jak i pomysł na program są moją zasługą. Krzysztof swój udział ogranicza do podsuwania raz na jakiś czas koncepcji, w jakim kierunku rozbudowywać serwis. Pewnie są kobiety, które w pełni satysfakcjonuje skupienie się na prowadzeniu domu. Ja taka nie jestem, a Krzysztof, wiedząc to, nie zamyka mnie w złotej klatce. Cieszy się moimi sukcesami. 

Mąż uczy Cię prowadzenia firmy?

Nie, ale pilnuje, żebym nie zapominała o wszelkich formalnościach (śmiech). Zespół Wedding Dream się rozrasta i często pytam Krzysztofa o jego doświadczenia w pracy. 

W programie „I nie opuszczę Cię aż do ślubu" pomagasz młodym parom przy organizacji wesela. Jakie jest Twoje zadanie?

Jestem po to, żeby spełniać marzenia par młodych. Przy okazji chciałabym też pokazać, że każde wesele może być wyjątkowe. Poznałam pannę młodą, która powiedziała, że jej przyjęcia urodzinowe są zawsze udane, choć organizuje je spontanicznie. „Urodziny masz co roku, a ślub tylko raz w życiu", odpowiedziałam. 

Jak zdobywasz zaufanie ludzi?

Wpadam do nich na 48 godzin przed ślubem, jestem ich ostatnią deską ratunku, gdy coś idzie nie po ich myśli. Czasami pannom młodym trudno przekonać do udziału w programie przyszłych mężów. Jeden pan młody powiedział mi, że nie ma zaufania do telewizji. Ale ślub wyszedł tak dobrze, że na koniec powiedział, że zacznie oglądać. To była dla mnie największa nagroda.

Pary oczekują od Ciebie, że będziesz ich terapeutką?

W programie nie chcemy pokazywać dramatycznych konfliktów, prać brudów na antenie, tylko przekazać pozytywne emocje. Ale oczywiście, za kulisami zdarzają się nieporozumienia na linii pan młody – panna młoda albo częściej: między nimi a rodzicami, którzy finansują wesele i chcą, żeby przebiegło zgodnie z ich oczekiwaniami, a nie młodych. Czasami jestem mediatorem. 

Nie każdy musi brać ślub...

No właśnie, dlatego paradoksalnie dzisiaj ślub ma większe znaczenie. Wychodzisz za mąż, bo chcesz, a nie dlatego, że tak wypada. Jeśli czujesz potrzebę, żeby komuś ślubować wieczną miłość, to znaczy, że naprawdę kochasz. Ja lubię być żoną!

Biorąc ślub, byłaś samodzielna.

Tak, wiedziałam w stu procentach, jak ma wyglądać mój ślub. Rodzice się nie wtrącali, bo szanują moją odrębność, wiedzą, że jestem niezależna. Krzysztof też chwali teściów. Gdy ich potrzebujemy, są zawsze gotowi nas wesprzeć, ale nie wtrącają się, oferując pomoc na siłę.

Wzbudzasz zazdrość u kobiet?

Chyba nie. A w każdym razie nie myślę o tym. Od lat mam wierne przyjaciółki. Nie z czasów tańca, bo nie wierzę w przyjaźnie taneczne. Jeśli wszystko wygrywasz, jesteś samotna na szczycie, a pozostali podstawiają ci nogi. Dziewczyny, z którymi się trzymam, najczęściej są starsze ode mnie, przyjaźnią się ze mną bezinteresownie. Gdy się poznawałyśmy, były w lepszym miejscu w życiu – finansowo i zawodowo. Prowadziły swoje biznesy, robiły kariery w mediach, ale zawsze znajdowały czas na spotkanie. Nadal się wspieramy. 

 

Lubisz kobiety podobne do Ciebie?

Lubię kobiety ambitne, kreatywne, pewne siebie. Takie, które osiągają sukces, niekoniecznie spektakularny, medialny. Czasem chodzi o małe, codzienne sukcesy, które nas budują. Lubię otaczać się osobami, które doceniają te małe zwycięstwa i potrafią się nimi dzielić, cieszyć.

Twoje przyjaciółki bez problemu zaakceptowały Krzysztofa?

Uwielbiają Krzyśka! Jest trochę staromodny i za to go kocham. A dla moich przyjaciółek – gościnny, szarmancki. Bywam zazdrosna, bo gdy zapraszam dziewczyny na kawę, zawsze pytają, czy jest Krzysiek. Radzą się go w sprawach damsko-męskich, a nawet pokazują SMS-y od chłopaka, pytając, co on miał na myśli. 

Ciągle się śmiejesz, jesteś zadowolona z życia. To może irytować sfrustrowanych. 

Jestem, jaka jestem, wszystkim nie dogodzę, więc nawet nie próbuję. Jak jesteś na świeczniku, chciałabyś być lubianą. Ale uwielbiana przez wszystkich Małgorzata Kożuchowska jest tylko jedna (śmiech). Cieszę się, że program odczarowuje wizerunek tancerki, która złapała Pana Boga za nogi, poślubiając milionera. Pokazuję, że się nie zmieniłam, jestem samodzielna, potrafię przenieść dwudziestokilogramowe donice z kwia-
tami (śmiech). 

Czekają Cię jakieś przełomy?

W tym roku kończę 30 lat. Czasami czuję, że przeżyłam tyle, co niejedna 40-latka! Dojrzalszy wiek sprawia, że ludzie poważniej mnie traktują. Jak masz 23 lata, nie dostaniesz własnego programu 
w telewizji, bo nie jesteś dla nikogo autorytetem. Teraz mogę być 
w miejscu, o którym marzyłam. 

A masz w sobie coś z dziecka?

Tak! Potrafię czerpać radość z małych rzeczy. W weekend ułożyłam tysiąc puzzli. Mąż był w szoku, że mam tyle cierpliwości. 

Czyli dobrze dogadujesz się z dziećmi?

Tak, dzieci do mnie lgną. Ale ja po pięciu minutach jednej zabawy, jestem już zmęczona (śmiech), więc uchodzę za ciocię o milionie pomysłów. 

Na razie wolisz być ciocią niż mamą?

Tak, niczego mi nie brakuje, czuję się spełniona i nie chcę zapeszać, żeby szczęście się ode mnie nie odwróciło. Ale może najwyższy czas rozpisać nowy plan pięcioletni?