Gdybym powiedział Ci dziesięć lat temuu, że Twoje życie będzie dzisiaj właśnie tak wyglądało, uwierzyłabyś mi?
Jest takie chińskie przekleństwo: oby twoje marzenia się spełniały. Od dziecka chciałam pisać, ale byłam zbyt leniwa. Wszystko zmieniło się jednego dnia, kiedy potrąciłam człowieka. Jedenaście dni wcześniej umarł mój ojciec. Zamiast wziąć wolne w pracy i uporać się z żałobą, wróciłam do redakcji. Jechałam do Tarnowa na reportaż o stresie pourazowym strażników służby więziennej. Byłam zmęczona, nieobecna. Nagle na drodze pojawił się ten mężczyzna. Nie wyhamowałam. Z całego wydarzenia zapamiętałam tylko spadające mu ze stóp buty. W wieku 28 lat narodziłam się na nowo.

Po tym, co się stało, zaczęłaś się leczyć, chodziłaś na terapię.
Musiałam przejść okres żałoby i traumy. Pracowałam w największych polskich redakcjach, wspinałam się po szczeblach kariery, ale czułam, że tylko ślizgam się po powierzchni słowa. Tamto wydarzenie sprawiło, że byłam w stanie sama się roztrzaskać i doświadczyć pełnego wachlarza emocji, którymi teraz mogę obdarzać bohaterów.

W sali sądowej nie płakałaś, nie okazywałaś żadnych emocji. Bałaś się kary?
Mój adwokat był na mnie zły. Mówił, że powinnam okazać skruchę, bo to mogłoby mieć wpływ na wyrok sądu. A ja jedyne, na co byłam w stanie się zdobyć, to „przepraszam”. Czułam się okropnie, bo wiedziałam, że to słowo nie ma żadnego znaczenia. Jako dziennikarka byłam na wielu tego typu rozprawach. Widziałam, jak ludzie reagują na wyroki, gdy dowiadywali się, że spędzą w więzieniu 25 lat albo idą za kratki na trzy, cztery lata. Zastanawiałam się, co czują, o czym myślą.

I znalazłaś się na ich miejscu.
Siedząc tam, masz wrażenie, że to, co się dzieje, ciebie nie dotyczy. To tak abstrakcyjna sytuacja, że trudno w nią uwierzyć. Po pewnym czasie uświadamiasz sobie, że to jednak twoja historia. To cię nokautuje. Wpadasz w stupor, jest ci wszystko jedno. Trafiam na taki skład sędziowski, który był wyrozumiały. Wziął pod uwagę moją niekaralność i okoliczności zdarzenia. Dostałam wyrok w zawieszeniu.

Poczułaś ulgę?
Moje życie dzieli się na to sprzed i po wyroku. Zawsze powtarzano mi, że mogę wszystko. Że niczego nie muszę się bać, bo świat leży u moich stóp. I tak żyłam – odważnie, brawurowo. Po wypadku zrozumiałam, że nie zawsze mam wpływ na różne sprawy.

Jako dziennikarka pracowałaś przy sprawach kryminalnych, o których mówiła cała Polska: Pershing, zabójstwo w butiku Ultimo.
Pracowałam w redakcji „Expressu Wieczornego”. Tam poznałam Andrzeja Gassa, sprawozdawcę sądowego. Kiedy zachorował, musiałam go zastąpić. To był gorący okres dla sprawozdawców, Polską rządziła mafii. Zaczynałam od czytania akt spraw Pershinga, Wańki, Malizny, Kiełbasy oraz innych pruszkowskich i wołomińskich mafiosów.

Angażowałaś się emocjonalnie w sprawy swoich bohaterów?
Często o nich rozmyślałam, m.in. dlatego napisałam „Polskie morderczynie”, książkę o kobietach, które zabiły. Spotykałam się z nimi przez dwa lata. Chciałam zobaczyć, jaka jest różnica między zrobieniem czegoś celowo a byciem postawionym przez los w takiej sytuacji. Podobnie jak one miałam na koncie ludzkie życie, dlatego nie traktowałam ich z góry. Nie umiałam jednak im się przyznać, że w pewnym sensie jestem jedną z nich.

Jak twoja mama zareagowała na wiadomość o tym, że rzucasz pracę i poświęcasz się pisaniu?
Była przerażona, myślała, że to chwilowa fanaberia. Ona lubi poczucie bezpieczeństwa.

Pochodzisz z tradycyjnej rodziny?
Mieszkałam w Hajnówce, małym miasteczku pod Białymstokiem. Ojciec był tokarzem. Mama – chemikiem i szefem laboratorium w zakładzie przemysłu drzewnego. Niestety, poważnie zachorowała, musiała odejść z pracy i zatrudniła się w zakładowej bibliotece. Oboje mieli solidne zawody, które co miesiąc zapewniały im pieniądze na życie. Kiedy powiedziałam im, że zdaję na dziennikarstwo, nie spodobał im się mój wybór. Ojciec postawił weto, bo nie wierzył, że mi się uda, ale mama go jakoś przekonała. Chciała, żebym miała lepsze życie niż oni. Wykazałam się ogromną siłą przebicia, poszłam w świat. Mama nigdy we mnie nie zwątpiła. Tata zawsze był sceptyczny, nie rozumiał „artystowskiego” świata, jak go nazywał. Nawet, kiedy już pracowałam w „Newsweeku”, a on chorował, ciosał mi kołki na głowie, że za dużo pracuję. Wolałby, żebym została w miasteczku, miała męża, dzieci i przychodziła do rodziców na niedzielne obiady. Pamiętam, jak mama opowiedziała mi o tym, że dziadkowie w wieku 17 lat chcieli wydać ją za bogatego rolnika. Wtedy uciekła do miasta na studia i wyszła za mąż dopiero przed czterdziestką za mężczyznę, którego kochała. Jesteśmy do siebie podobne.

 

Pracowałaś w telewizji, zarabiałaś niezłe pieniądze. Potem popadłaś w długi. Pamiętam, jak skarżyłaś się, że odcinają ci prąd, bo nie masz z czego opłacić rachunków.
Kiedy podjęłam decyzję, że odchodzę z mediów, był to skok na główkę. Nie do końca wiedziałam, co robię. Zachomikowałam kwotę na przetrwanie przez cztery miesiące, ale potem było krucho. Czułam się sfrustrowana, miałam chwile zwątpienia, ale wiedziałam, że nie mogę się poddać.

Wtedy rozpadł się też twój związek.
Pisarka to nie jest wymarzona kandydatka na żonę. Sprawiam wiele problemów. Nie gotuję, nie sprzątam, jestem zarozumiała i ciągle mam pretensje. Kiedy piszę książkę, chodzę po domu w dresie i bez makijażu. Jak mi nie idzie, jestem wściekła – krzyczę, przeklinam i palę.

Twój były partner tego nie wytrzymał?
Tak, i zostawił mnie z Niną, kiedy była malutka. On po prostu nie dorósł do roli ojca. Nie mogłam na niego liczyć. Nadużywał alkoholu, imprezował, znikał na całe tygodnie z domu. Wszystko usprawiedliwiał tym, że ma artystyczny zawód – był fotografem. Mojego pisania nie akceptował, bo nie była to wielka literatura, lecz jakieś tam kryminały. Nigdy nic mojego nie przeczytał, nie wierzył, że mam talent. Kiedy wydałam trzecią książkę, zrobił mi scenę, że się na nim uwiesiłam i będzie musiał mnie utrzymywać, bo moje książki słabo się sprzedają. Czara goryczy się przelała, kiedy pojechał robić album o Tybecie i nie wrócił do domu, lecz do swojego kawalerskiego mieszkania. O tym, że jest już w Polsce, dowiedziałam się, kiedy nasz wspólny znajomy zadzwonił z pytaniem, czy będę z moim eks na jakimś przyjęciu. Kilka dni później kazałam mu zabrać swoje rzeczy. Kochałam go jeszcze, ale uznałam, że wolę już być sama. Potem próbowaliśmy to ratować, ale było tylko gorzej.

Teraz jesteś w związku z pisarzem, Mariuszem Czubajem. Jemu łatwiej zaakceptować Twój styl życia?
Mariusz też jest pisarzem, dlatego łatwiej mu zaakceptować pewne rzeczy. Mieszkamy osobno, bo on też ma swoje dziwactwa. Ja zazwyczaj pracuję w określonych godzinach, kiedy moje dziecko jest w szkole. Wtedy wyłączam telefon, staram się skupić tylko na pisaniu. Na razie nie wyobrażam sobie zamieszkania razem. Zawłaszczam tyle terytorium, że obawiam się, iż mogłabym to wszystko zepsuć. Może kiedy nasze dzieci będą dorosłe, kupimy dwa mieszkania obok siebie, wybijemy dziurę, wstawimy drzwi i będziemy się odwiedzać, jeśli przyjdzie nam ochota. Gdyby Mario miał pałac, w którym miałabym swoje skrzydło, to może dałabym się skusić i spróbować zamieszkać razem. Muszę bronić swoich rytuałów, bo każdy konflikt emocjonalny odbija się na książce.

A córka? Ona rozumie, na czym polega Twoja praca?
Nina ma już osiem lat i zawsze byłam z nią szczera. Wie, czym się zajmuję. Podział na sfery życia jest prosty. Kiedy piszę – jestem pisarką, wtedy jestem tyranem – dla siebie i innych. Dla niej, po godzinach pracy, jestem słodka jak miód.

Jesteś niezależna. Mężczyźni chyba boją się takich kobiet?
Raczej nie potrafi ich obsługiwać. Traktują je jak jadowitą kobrę. Trudno przy nich wykazać się męskością. A ja sama zapewniam sobie utrzymanie, zarządzam swoim czasem i wiem, czego chcę. Na pewno nie chcę trwać przy mężu i żyć jego życiem.

Krytycy nazywają cię „królową polskiego kryminału”. Co Ty na to?
Jeśli ten tytuł oznacza, że ludzie czytają moje książki dla przyjemności i polecają je znajomym, jestem z niego dumna. Jestem gorącą orędowniczką literatury popularnej, która zapewnia rozrywkę na dobrym poziomie. Piszę takie książki, jakie sama chciałabym czytać.

Czy Mariusz czyta Twoje książki?
Tylko gdy są już gotowe. Jestem przesądna, i zanim czegoś nie skończę, nie daję do czytania nikomu. Poza tym kieruję się prostą zasadą wyniesioną z domu: pokazuj, co zrobiłaś, a nie co zrobisz.

Niebawem ukaże się Twoja najnowsza powieść, „Okularnik”. Będziesz odpoczywać od pisania?
Zacznę od sprzątania w domu, wyśpię się i pojadę na wakacje. Chcę też przeczytać nową książkę Mariusza. Pokaże mi ją dopiero, gdy będę zrelaksowana. Liczy na pochwały. Niedoczekanie.