Byłaś już na wakacjach?

Lato spędzam nad polskim morzem, w Kołobrzegu, zawsze w tym samym miejscu, często z całą rodziną. W tym roku to jeszcze przed nami. Zimą wybieramy się z moim partnerem, Piotrem, w austriackie Alpy. Sezon zimowy kończymy w kwietniu, a w tym roku trwał aż do maja – właśnie wróciliśmy z zimowych wakacji. Akurat tak się ułożyło, że skończył się serial „Lekarze”, a Piotr zrezygnował z pracy w Warszawie, więc mogliśmy przedłużyć nasze wakacje. Moje życie zawodowe na szczęście tak wygląda, że zdarzają się 2-3 miesiące intensywnej pracy, a potem mogę sobie zrobić wakacje. Zawsze starałam się tak wszystko układać, żeby mieć czas dla siebie i na odpoczynek.

Jak wyglądają Wasze wakacje w Alpach?

Piotr ma intensywne treningi snowboardowe, ale kiedy my jesteśmy z nim, ćwiczy cierpliwie zjazdy na nartach z Olą. Albo same idziemy na spacer z psem, a potem jedziemy zwiedzać okoliczne miejscowości, kąpiemy się w basenach. Jeśli nie narty, to wielogodzinne spacery po górach. Nigdzie indziej choinki nie pachną tak intensywnie! A widoki zapierają dech  w piersiach. Zawsze. Im większa jest Ola, tym więcej odkrywamy lokalnych atrakcji. Tam jest dużo dobrych tras na spacery z dzieckiem. Muzea, parki, zwierzęta żyjące w naturalnych warunkach. Najbardziej lubię wiosnę, na górze leży śnieg, a na dole rośnie świeża trawa. Rano jeździmy na snowboardzie, po południu przebieramy się i wyruszamy na rowery.

Ukochany obraz z Alp?

Dziewiąta rano, świeży stok, siedzę sama i przypinam deskę snowboardową, za chwilę ruszę... Czuję się wtedy, jakbym była sama na szczycie świata. Na wakacje jeździmy samochodem i zawsze zabieramy naszego psa. Siedzi grzecznie zapięty w pasach obok fotelika mojej córki. W tym roku planujemy daleką wyprawę, psa trzeba będzie więc zostawić pod opieką rodziny – i już bardzo to przeżywamy. Chcemy jechać do USA: San Diego albo Los Angeles.

Pamiętasz Wasz pierwszy wyjazd z Olą?

Miała może sześć miesięcy, jak pojechaliśmy do Kołobrzegu. Pamiętam to dobrze, bo wtedy pierwszy raz zniknęła mi z pokoju, raczkując. I oczywiście w kółko się przewracała. Przerażona dzwoniłam do przyjaciółki z pytaniem, ile razy dziecko może się przewrócić na głowę? Nic złego się nie stało.

Jak wyglądały Twoje wakacje, zanim założyłaś rodzinę?

Szykowałyśmy cudowne wyprawy z moimi poznańskimi przyjaciółkami. Jechałyśmy na Bornholm, wyspę Rugia albo Wyspy Alandzkie – to są bajkowe miejsca. Pakowałyśmy na dach samochodu rowery, wynajmowałyśmy apartament, który był naszą bazą, i stamtąd robiłyśmy wypady rowerowe. Czasem podjeżdżałyśmy samochodem na prom i każdą wyspę zwiedzałyśmy na rowerach.

Zdarza Ci się przeleżeć urlop na plaży albo nad basenem?

Nigdy mi się nie zdarzało. Raz pojechałyśmy do Turcji, hotel all-inclusive, byłam po wielu miesiącach ciężkiej pracy przy serialu „Magda M.” i dwóch filmach. Wymarzyłam sobie, że przez tydzień będę leżała i patrzyła  na morze. Wytrzymałam dwa dni.

Czyli musisz być w ruchu. A co z komfortem?

Kiedy byłam dzieckiem, komfort nie miał dla mnie znaczenia, wystarczył namiot. Zresztą, kiedy chodzi-łam do szkoły, nawet nie było innej opcji. Teraz lubię wygodę. Nie muszą to być warunki pięciogwiazdkowe, ale z plecakiem już się nie wybiorę. Czysty apartament, w fajnym miejscu, żebym miała komfort pobytu z dzieckiem. Nie przepadam za dużymi hotelami, bo w większości są odseparowane od lokalnej cywilizacji. Wolę miejsca, gdzie mogę wyjść na długi spacer, zobaczyć coś nowego, posiedzieć w kawiarenkach, spróbować lokalnych przysmaków. Lubię obserwować miejscowych, gdzieś w Portugalii czy Hiszpanii. Podróże często dla mnie mają dużą wartość kulinarną. Przywożę ze świata smakowe odkrycia. Marka Bakalland zaprosiła mnie do Turcji, oglądałam plantacje rodzynek i drzewa morelowe pod granicą syryjską. Miejscowy kierowca woził nas do maleńkich knajpek, w których jedzenie smakowało, jak w niebie. Trzeba wiedzieć, jak do nich trafić, to jest często wiedza turystom zupełnie niedostępna. W Stanach zwiedzałam plantację żurawiny pod Bostonem i miasteczko jakby żywcem wyjęte z serialu „Dynastia”, z pięknymi rezydencjami. Zazwyczaj zwiedzam okolicę, biegając, zawsze wożę ze sobą strój do biegania.

Co jeszcze musi być w Twojej walizce?

Jestem mistrzynią w pakowaniu się! Ciągle jestem  w podróży, mam to jeszcze z czasów, kiedy kurso- wałam między teatrem w Szczecinie, castingami  w Warszawie i domem w Poznaniu. Noszenie ciężkich toreb odpada. Piotr stawia mnie za przykład całej rodzinie, jak spakować się w jedną torbę. Nawet z dzieckiem. Zawsze biorę rzeczy do biegania, dres, koszulki, które mogę włożyć też na co dzień. Jeśli już muszę zabrać coś na wieczór, składam w kosteczkę bawełnianą sukienkę.

 

Podstawowy kolor?

Beż, pasuje do wszystkiego. Na wyprawę z Bakallandem miałam najmniejszą walizkę ze wszystkich kobiet.

Zdrowo się odżywiasz. Jak Ci się to udaje, kiedy gdzieś wyjeżdżasz?

To bywa trudne tylko w hotelach. Ale w lokalnych restauracjach już nie ma tego problemu. Ryby prosto  z morza, świeże warzywa. Regionalne jedzenie jest bardzo zdrowe. W Austrii w każdym sklepie są produkty bio i organic. Pilnują tam też bardzo jakości produktów, z których przygotowywane są dania w restauracjach. W Kołobrzegu mam sprawdzoną restaurację, której szef dostał nagrodę za dania slow-food. Z reguły jednak mieszkamy w wynajmowanych apartamentach, więc mogę sama gotować.

Twój związek z Piotrem zaczął się od wspólnego biegania. Nadal razem biegacie?

Nie biegamy, ale razem trenujemy. Pod okiem Piotra, który jest trenerem, pracuję nad konkretnymi cechami motorycznymi, stąd pojawiły się sprinty, interwały, trening siłowy i funkcjonalny. Zwłaszcza siłownia, duże ciężary (w tym moje ulubione martwe ciągi) to najlepszy sposób na poprawę bilansu hormonalnego, na zapobieganie osteoporozie i dbanie o ładną sylwetkę. Bieg ciągły poszedł w odstawkę, ale treningów przybyło.

Twoje życie polega na ciągłym byciu w ruchu?

Zawsze byłam w ruchu, kiedyś próbowano mi wmówić, że ciągle gdzieś mnie nosi i ewidentnie mam  jakieś problemy. Ale trafiłam na Piotra, który podobnie myśli o życiu, i teraz razem „ruszamy” się po świecie. Mam potrzebę bycia wśród ludzi i doświadczania nowych miejsc. Moim zdaniem bycie w ruchu przedłuża młodość. Nasi dziadkowie nie jeździli tyle  i mając po 40 lat, byli już starymi ludźmi. My żyjemy na walizkach i lubimy to.

Najbardziej niesamowite wakacje?

Hawaje, wyspa Maui. Moja przyjaciółka wyszła za mąż, ale jej mąż musiał wracać do pracy, więc to ja spędziłam z nią miesiąc miodowy. Bawiłyśmy się doskonale, mieszkałyśmy w niesamowitym miejscu: po drugiej stronie ulicy był ulubiony hotel gwiazd, Four Seasons, w którym zatrzymują się Oprah Winfrey czy Britney Spears. Zdjęcia paparazzi z Hawajów zawsze są stamtąd. Jadłam ananasy, które tam rosną, i rzeczywiście ich smak jest nieporównywalny. Prawdą jest to, co pisze w swoich książkach Beata Pawlikowska – owoce jedzone w miejscu, w którym rosną, smakują najlepiej. Jadłam tamtejsze ananasy kilogramami. Z tarasu miałam widok na wpływające do zatoki wieloryby, które przypływały z małymi! Na początku nie mogłam w to uwierzyć, widok jest tam tak piękny. Delfiny skakały koło nas, kiedy płynęłyśmy łódką, niezamknięte w sztucznych akwariach, nietresowane, prawdziwe, dzikie. Wakacje życia.