Miniony rok był dla Ciebie wyjątkowo trudny. Odszedł twój ukochany tata, rozstałaś się po  13 latach wspólnego życia ze swoim mężem Przemkiem. Uważasz,  że los Cię niesprawiedliwie  doświadcza?

Nie nazywałabym tego niesprawiedliwością. Zobaczyłam, jak życie bywa nieprzewidywalne. Mogę je porównać do drogi z zakrętami, z których można nie wyjść cało… Ze wstydem muszę wyznać, że do tej pory nie brałam pod uwagę tego, że może zdarzyć mi się coś, na co nie mam w ogóle wpływu… Lubię mieć kontrolę nad wszystkim, trzymać ster w rękach. Jednak życie zaczęło mi się wymykać spod kontroli…

Do tej pory los obchodził się z Tobą wyjątkowo. Drobnymi krokami szłaś do celu. szkołę skończyłaś z wyróżnieniem, dostałaś pracę w teatrze, potem pojawiłaś się w Warszawie i zaczęły się seriale, reklamy, angaż w Teatrze Kwadrat, do tego szczęśliwe małżeństwo i narodziny synka…

Tak. Ciężko na to zapracowałam. Zawsze miałam plan na wszystko i bardzo mocno się go trzymałam. Wyznaczałam sobie cele i konsekwentnie do nich dążyłam. Dzisiaj, z perspektywy czasu myślę, że śmierć mojego ojca to lekcja pokory absolutnej. Odebrałam od życia jedną, ale ważną lekcję: niczego tak naprawdę nie da się zaplanować. Teraz powolutku uczę się dawać sobie odrobinę przestrzeni i przyzwolenia na to, żeby dać się ponieść życiu. Ale nadal się męczę, gdy coś zaplanuję i mi to nie wychodzi. Kiedy tata zachorował, byłam pewna, że wyzdrowieje, że to tylko kwestia czasu.

Zrobiłaś wszystko, co mogłaś?
Mieliśmy najlepsze leki, najlepszych lekarzy... Byłam przekonana, że pokonamy raka. Kiedy kolejne wyniki badań były coraz gorsze, pojawiało się coraz więcej przerzutów – ja jeszcze bardziej mobilizowałam się do walki. Jestem kopią mojego taty, on też szedł w życiu po swoje, zawsze miał wszystko zaplanowane. Tak naprawdę dopiero teraz widzę, jak bardzo byłam z ojcem związana. Tata leczył się w Warszawie. Spędziliśmy dwa lata bardzo intensywnie i bardzo blisko siebie. Nie żałuję żadnej chwili z tych ostatnich lat.

Tata nie chciał, żebyś zdawała do szkoły teatralnej.
To wynikało z troski. Sama, każdego dnia przekonuję się, jaki ten zawód jest trudny. Moja mentorka z czasów studiów, profesor Ewa Mirowska, zawsze powtarzała, że aktor nie ma ślubów i nie ma pogrzebów. Pamiętam, że się na to strasznie zżymałam. Ale przekonałam się, że miała rację. W czasie, gdy byłam z teatrem na gościnnych występach w Londynie, na 15 minut przed wejściem na scenę dostałam telefon, że jest pogorszenie. Akurat grałam komedię… Musiałam bawić publiczność po tym, jak dowiedziałam się, że tata ma zapaść i sytuacja jest już krytyczna.

Może tata mądrze przeczuwał, że ten zawód wymaga ogromnych wyrzeczeń?
Sporo o tym rozmawialiśmy. Wiedział, że to zawód nieprzewidywalny: dzisiaj grasz, jutro nie. W Polsce wciąż jest tak, że dla aktorki w wieku 40+ jest bardzo mało ról. Niewielu reżyserów stawia na dojrzałość emocjonalną, która jest dużo ciekawsza niż uroda zewnętrzna. Reżyserzy boją się dojrzałych kobiet. A ja uważam, że dopiero teraz mogę grać naprawdę skomplikowane role.

Nie lubisz siebie z czasów studiów w szkole teatralnej?
Nie lubię kompleksów, które wtedy miałam. Tego hamowania się ze wszystkim, myślenia zachowawczego. Ciągle analizowałam: jak mnie ocenią inni, co powiedzą? Myślałam wtedy: jeżeli już mam opinię takiej miłej i grzecznej, to niech już tak zostanie. Może tak będzie bezpieczniej. Nie wiedziałam, kim właściwie jestem.

Teraz dopiero widzę, jaka w tobie drzemie odwaga i siła.
Ta siła, której sama nie znałam, pojawiła się we mnie wobec sytuacji nieodwracalnej. Gdy było już naprawdę źle, powiedziałam sobie: musisz przez to przejść. Mój malutki syn Filip sprawiał, że wstawałam każdego dnia i walczyłam. Dla niego musiałam sprawnie funkcjonować, nie miałam innego wyjścia.

Podziwiam twoją odwagę mówienia o sprawach trudnych.
Jeśli teraz decyduję się mówić o sprawach intymnych i bardzo dla mnie trudnych, to nie po to, by epatować swoim nieszczęściem. Chciałabym, aby moje doświadczenie posłużyło jako przestroga. W Polsce nadal bardzo mało mówi się o zapobieganiu chorobom nowotworowym. Jest pewne tabu dotyczące wstydliwych badań profilaktycznych, szczególnie od pasa w dół. Gdyby mój tata co dziesięć lat robił całościowe badania, to pewnie dziś by żył… Namawiam do całościowych badań do 40, po 50, po 60. Szczególnie mężczyzn. Tak wiele jest w naszym społeczeństwie niewiedzy. Leczy się przyczyny, ale nie zapobiega chorobom, gdy są jeszcze w stadium uleczalnym. Chciałabym bardzo, aby ta rozmowa była ostrzeżeniem i zwróceniem uwagi na problemy, w które sami się wpędzamy. Tym bardziej że choroba, na którą zmarł mój ojciec, jest chorobą cywilizacyjną i coraz więcej osób będzie na nią zapadać. Zabieram głos w tej sprawie, ponieważ sama nie miałam na ten temat dostatecznej wiedzy. I zabieram głos z bezsilności – żałuję dziś, że sama dopuściłam do pewnych zaniedbań, które okazały się tragiczne w skutkach.

Odejście twojego taty było zarazem ogromnym zbliżeniem się do rodziny.
Tak, byliśmy wtedy bardzo blisko siebie. Odkryliśmy siebie na nowo. Inaczej spojrzałam na mojego brata i mamę.

 

Twoja mama zamieszkała z tobą w Warszawie.
Przez ostatnie dwa lata byłam skupiona tylko na rodzicach. Życie zawodowe nie istniało. Nic poza wspólnym spędzaniem czasu nie było wtedy dla mnie ważne. Kiedyś koleżanka aktorka powiedziała mi, że żałuje tego, że kiedy chorował jej tata, była zbyt za jęta życiem zawodowym. I nie może
sobie tego darować do dziś. Zapamiętałam to dobrze. Wszystkim nam, aktorom, wydaje się, że życie zawodowe jest tak ekscytujące i tak ważne, że musimy mu sprostać. Pojawiają się kolejne projekty, których żal odrzucić, bo wciąż obawiamy się, że nie dostaniemy nowych. Ale wtedy też można przegapić czas najważniejszy dla naszych bliskich. I bardzo się cieszę, że w tamtym momencie nie zwariowałam na punkcie kolejnej roli, że byłam przy ojcu.

Straciłaś bliską osobę, ale straciłaś też miłość…
Dużo jak na jedną osobę, prawda?

Dlaczego miłość umiera?
Trudne pytanie… Mogę tylko powiedzieć, że dla mnie w ostatnim czasie było ważne, żeby nie utknąć w martwym punkcie. Nie zasklepić się w bólu i złości.

Mówisz o tym z takim spokojem.
Bo rozstanie było spokojną decyzją. Ale nie ma co się oszukiwać, że rozwód jest czymś łatwym. Trudno się z tym po prostu pogodzić, że coś, co wydawało ci się dane na całe życie, może się nagle skończyć.

To zawinił?
Jeśli związek się rozpada, to wina zawsze leży po obu stronach. Wiele związków przechodzi kryzysy. Pytanie tylko, w którym momencie ludzie dostrzegają problem i wspólnie zaczynają stawiać mu czoła. My obudziliśmy się za późno. Stało się. Trzeba żyć dalej, nie rozpamiętywać.

Walczyłaś o ten związek. poszliście na terapię małżeńską.
Jak już mówiłam, jestem typem walecznym. Chciałam uratować małżeństwo i dlatego postanowiłam nie robić tego sama, tylko skorzystać z pomocy specjalistów.

Nie wszyscy przyznają się do tego, że korzystają z pomocy psychoterapeuty.
Często krępujemy się rozmawiać o uczuciach. Przecież idąc do psychologa, trzeba się obnażyć. Pewnie też pokutuje w nas myślenie, że psycholog to ktoś od chorób psychicznych. Wydaje mi się, że dziś łatwiej pójść do wróżki i pośmiać się z tego, co powie, niż szukać pomocy u specjalisty. Łatwiej robić różnego rodzaju szamańskie i ezoteryczne zabiegi, niż szczerze rozmawiać o sobie, o swoich emocjach.

Wam się jednak nie udało. Warto było chodzić do specjalisty?
Oczywiście, że tak! Chociażby po to, by mieć pewność, że w danej sytuacji zrobiłam wszystko, co mogłam. Poza tym nie zawsze chodzi o to, aby za wszelką cenę utrzymać związek. Czasami terapeuci pomagają rozstać się w zgodzie. My z Przemkiem rozstajemy się w przyjaźni. Skoro można „poprawić jakość rozstania”, warto to wykorzystać. Jeśli ktoś jest mądrzejszy, lepiej się zna, jest fachowcem w danej dziedzinie, dlaczego mamy nie skorzystać z jego wiedzy? Bo wstyd? Bo nie wypada? Nie znam już takich słów!

Przeszłaś wielką przemianę.
Zdobyte doświadczenia sprawiły, że z większą odwagą idę przez życie.

Do tej pory twoje życie prywatne było bardzo chronione i znane tylko z niepotwierdzonych plotek. Dlaczego zdecydowałaś się publicznie opowiedzieć o tak trudnych sprawach?
Najzwyczajniej w świecie chciałam zamknąć ten rozdział i uciąć wszystkie plotki i spekulacje. W moim przekonaniu wiele z nich krzywdziło mnie i moją rodzinę.

Tak jak uporządkowałaś relację z mężem, tak chcesz uporządkować plotki na jej temat?
Tak. Podkreślę to jeszcze raz: ten etap w moim życiu jest już zakończony.

 

Traktujesz to jako porażkę?
Tak. Myślę też, że nic nie trwa wiecznie. Warto o tym pamiętać. To jest myśl, która będzie mi towarzyszyła w przyszłości. Będąc w relacji z drugim człowiekiem, zakładamy, że mamy go na zawsze, na wyłączność i w związku z tym przestajemy się o siebie starać. Po prostu zaniedbujemy się. W trudnych momentach wspólnego życia przestajemy dostrzegać dobre intencje drugiej strony. Mało tego, często z góry zakładamy, że są one złe. W konsekwencji tego obie strony uparcie obstają przy swoim, uniemożliwiając tym samym jakiekolwiek porozumienie. Moim zdaniem w takich momentach kobiety stają się zbyt ekspansywne, a mężczyźni w reakcji na to zamykają się w sobie. Obserwuję wiele par, które niestety powielają wyżej wymieniony schemat. Sama też wpadłam w tę pułapkę... Myślę, że jeśli udzielanie wywiadów ma sens, to taki, aby wskazać błędy, ostrzec, zmusić do refleksji.

To odważne, że część winy za rozstanie bierzesz też na siebie.
Piszące o mnie brukowce wciąż powielały ten sam schemat: on taki straszny, ona taka pokrzywdzona. Ile można? Nie jestem ofiarą małżeństwa z potworem. Tak jak wcześniej powiedziałam, do rozpadu związku zawsze przyczyniają się dwie strony. Koniec mojego małżeństwa to bardzo trudna lekcja, którą przyjęłam z pokorą, przetrawiłam i z której chcę wyciągnąć wyłącznie dobrą naukę na przyszłość.

rozwód to zawsze sprawdzian dla grona najbliższych przyjaciół…
Tak, to prawda. Byli przy mnie przyjaciele. Bardzo mnie wspierali. Nie oszukujmy się, to jest też trudna sytuacja dla wszystkich, którzy są w najbliższym otoczeniu. Takie momenty weryfikują przyjaźnie. Nasi przyjaciele nam pomagali. Podkreślam słowo NAM. Nie wnikali w powody, nie oceniali. Ważne jest też to, że nie opowiadali się za żadną ze stron, po prostu
byli z nami.

Od czasu wspólnych studiów przyjaźnisz się z Joanną Koroniewską. Ona właśnie wzięła ślub, ty się rozwodzisz.
Asia jest moją przyjaciółką. Będę jej wdzięczna do końca życia za każdą rozmowę i za czas, który mi poświęciła. Asia naprawdę stanęła na wysokości zadania, z dużą empatią podeszła do naszego problemu.

Fajne jest odkrycie, że mimo kryzysów są przyjaciele, tacy na dobre i na złe.
Tak. Jeżeli miałabym się doszukiwać pozytywów tej trudnej sytuacji, to na pewno ogromne wsparcie moich bliskich. To był trudny moment mego życia, ale podjęłam świadomą decyzję, że nie będę tego rozpamiętywać i wpędzać się w poczucie winy. To do niczego dobrego nie prowadzi. My, Słowianie, mamy zapisane w genach, że uwielbiamy cierpieć, uwielbiamy mówić o sobie w kategoriach ofiary. Ja staram się z tego leczyć.

Bywają plusy rozstania?
Czasem tak się dzieje w związku, że obie strony zaczynają podążać w odmiennych kierunkach. Oddalają się od siebie, każde zaczyna żyć własnym życiem. Jeśli przeoczy się ten moment, zwykle jest za późno, aby cokolwiek ratować. I trzeba to zaakceptować. Wtedy, paradoksalnie, dla tych ludzi bywa to uwolnieniem od czegoś, co stało się dla nich toksyczne. Często ludzie po takich przejściach wchodzą w kolejne związki, w których znacznie lepiej funkcjonują, bo nie powielają już tych samych błędów.

Życiowa terapia wstrząsowa?
Można tak powiedzieć. Po latach, gdy opadają emocje, okazuje się, że działa to na plus. Ci sami ludzie w innych relacjach funkcjonują dużo lepiej.

A nie boisz się, że już z nikim się nie zwiążesz?
Pewnie, że się tego boję! Myślę jednak, że oboje jesteśmy w takim wieku, że mamy szansę ułożyć sobie życie na nowo. Co nie znaczy, że będę szukała partnera za wszelką cenę.

W naszym społeczeństwie utarło się, że samotne kobiety są mniej wartościowe.
Ja się z tym nie zgadzam. Znam wiele kobiet, które żyją samotnie, znają własną wartość i są szczęśliwe. Nie załamują się, korzystają z życia, wyciągając z niego wszystko, co najlepsze.

Na czym dziś polega twoje szczęście?
Na tym, że mogę codziennie patrzeć na mojego syna Filipa, który fantastycznie się rozwija. To jest przepiękny okres w życiu, kiedy mój syn całym sobą okazuje emocje. Przy Filipie delektuję się i cieszę każdą chwilą.

Kiedy zaczęłaś odkrywać siebie jako mamę, co Cię najbardziej zdziwiło?
Ze zdziwieniem odkryłam, że mam nieskończone pokłady cierpliwości. Że zerwałam z tym naszym rodzinnym, dziedzicznym nieokazywaniem uczuć. Jestem dumna z tego, że udało mi się to przełamać. Filip wczoraj podszedł do mnie i powiedział: „Kocham cię, mamusiu, jak nie wiem co”. To jest moje odkrycie: że powtarzanie synkowi sto razy dziennie „kocham cię” i przytulanie go bardzo procentuje. Myślę, że właśnie z tym ludzie mają największy problem: z okazywaniem uczuć. Wszyscy oczekujemy tego od innych, ale sami często nie potrafiły im tego dać.

 

Jesteś bardzo świadomą mamą.
Staram się. Rozmawiam z Filipem o uczuciach. Wkładam w to dużo wysiłku, bo to najcenniejsza rzecz, jaką mogę mu przekazać.

Rozpieszczasz syna? Chcesz mu zrekompensować wasze rozstanie?
Nie. Nie nakręcam się sama, a tym bardziej syna, że stało się coś, co teraz musimy sobie rekompensować. Przemek ma kontakt z synem, a ja nie unieszczęśliwiam się wyrzutami sumienia po rozwodzie. Trzymam się zasady: szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko.

A w życiu zawodowym też podjęłaś jakieś radykalne kroki po tych doświadczeniach? powiedziałaś sobie: pewnych ról już nie zagram?
Taką decyzję podjęłam wcześniej. Wycofałam się z życia publicznego wraz z pojawieniem się mojego syna na świecie. Przed zajściem w ciążę bardzo intensywnie pracowałam. Teraz myślę, że to było istne szaleństwo. Pracowałam na kilku planach seriali, jednocześnie grałam w teatrze, robiłam talent show oraz reklamy. Pracowałam 24 godziny na dobę. To zatrzymanie, decyzja o macierzyństwie były świadome. Dla mnie tamten etap chwytania każdej roli skończył się, kiedy urodziłam dziecko. I od tamtej pory nie mam żadnych dylematów. Wiem, co jest dla mnie najważniejsze: czas spędzony z dzieckiem. Bo te chwile zostaną nam na całe życie. Dzięki temu, że kiedyś tyle pracowałam, dziś mogę pozwolić sobie, aby nie przyjmować wszystkich propozycji, jakie dostaję. Wiem, że rynek jest trudny i chimeryczny. Trudno się przebić, a jeszcze trudniej zdjąć przypiętą łatkę. Praca jest ważna, ale chcę też mieć czas dla dziecka, pokazywać mu świat. Kiedyś rodzice mieli dla swoich dzieci więcej czasu i dokładnie pamiętam, jak bardzo ważne były dla mnie te wspólnie spędzone chwile.

Po rozstaniu podobno został Ci dom do spłacenia na niebagatelną kwotę miliona złotych.
Nie mam pojęcia, skąd biorą się takie wyssane z palca historie. Są nieprawdziwe.

Z jakimi postanowieniami zaczęłaś nowy rok?
Postanowiłam być otwarta na wszystko, co nowe. Pożegnałam rok, który był wyjątkowo trudny. Dobrze, że już go mam za sobą…

Idzie nowe?
Mam nadzieję! (śmiech)

Jesteś gotowa na nową miłość?
Żyję dniem dzisiejszym, tu i teraz. A na przyszłość jestem otwarta, wręcz jej ciekawa. Ciekawa samej siebie.

Wierzysz jeszcze, że założysz rodzinę?
Nie wiem, ale chyba już teraz dużo ostrożniej do tego podchodzę. (śmiech) Życie pokaże. Jest tyle ciekawych rzeczy, które można w życiu robić, dziedzin, które warto rozwijać, inwestować w siebie, w rozwój Filipa...

Media donosiły, że na ślubie Joasi Koroniewskiej i Maćka Dowbora byłaś z nowym partnerem. to prawda?
Tak? (śmiech) Nic mi o tym nie wiadomo...

Niebawem zobaczymy nową Kasię, w nowej odsłonie?
Już ją widzisz. Jestem silniejsza. Bo trudne przeżycia, wbrew pozorom, dają siłę. Dlatego właśnie zdecydowałam się o tym opowiedzieć.