Kiedy 10 lat temu zaczynałeś jako projektant, byłeś chłopcem czy już mężczyzną?

Chłopcem. Miałem 22 lata, pierwszą kolekcję zrobiłem jeszcze na studiach. Wygrałem „Złotą Nitkę”, najważniejszy wtedy konkurs dla projektantów. Pracowałem już w firmach, tworzyłem męskie kolekcje w zespole projektantów, robiłem projekty druków na tkaniny. Poznawałem biznesową stronę mody. Kiedy kończyłem ASP w Łodzi, wiedziałem, czego chcę i od czego zacząć. Czułem, że jestem na tyle silny, że mogę zaproponować coś od siebie. A wtedy moda była całkiem inna, dopiero kilka lat później klienci zaufali projektantom.

A Ty też byłeś całkiem inny?

To fakt. Dziś jestem bardziej powściągliwy. Kiedyś byłem bardziej emocjonalny, życie nauczyło mnie, że emocje są ważne, ale nie zawsze trzeba je pokazywać. Niestety. Wydoroślałem, choć wciąż wyglądam jak chłopiec. Nikt nie daje mi tyle lat, ile mam. Na szczęście nie mówią już o mnie „młody zdolny projektant”.

Dokładnie teraz, kiedy rozmawiamy, przygotowujesz kolekcję na swoje 10-lecie. To duży stres?

To ważny pokaz dla mnie, ale staram się nie nakręcać, bo nie mógłbym projektować. Nie ma nic gorszego  w modzie niż ciśnienie. Chociaż najfajniejsze rzeczy powstają na trzy dni przed pokazem. Jestem wtedy najbardziej kreatywny. Pokaz odbędzie się 30 września, w pięknym miejscu, w hali z lat 30. na Służewcu. Zawsze zależy mi na nieoczywistych miejscach, dlatego miałem pokaz w Och-Teatrze, w Galerii Porczyńskich, w Łazienkach Królewskich i w Teatrze Wielkim. Oprawa jest waż-na, ale jeszcze ważniejsza jest sama kolekcja. Następne-go dnia powinno się mówić przede wszystkim o niej…

…a nie o tym, że pokaz odbył się na przykład w kościele, jak ten Macieja Zienia?

Jeśli za mocną oprawą idzie dobra kolekcja, to nie szokuje. Inteligentna prowokacja zawsze się obroni.

Wrzuciłeś niedawno na instagram swoje zdjęcie  z Maciejem Zieniem. To miłe, że go wspierasz.

Dotykają mnie takie rzeczy. Sam jestem projektantem i funkcjonuję w tej rzeczywistości. Mam ogromny szacunek do tego, co Maciek zbudował! Kiedy ja studiowałem, Maciek już istniał na rynku. Zawsze się lubiliśmy i wspieraliśmy. Podobnie z Gosią Baczyńską. Wszyscy w końcu mamy te same problemy.

Przy Waszym zdjęciu zacytowałeś Alexandra McQueena, słynnego projektanta brytyjskiego, który kilka lat temu popełnił samobójstwo. „Żeby być projektantem w dzisiejszych czasach, trzeba być supermenem, mieć nerwy ze stali i wyjątkowo mocną psychikę”.

Ale tak jest! Wszyscy, którzy są w tej branży, dobrze to rozumieją. Trzeba być jednocześnie artystą i biznes-menem. Rynek jest nasycony, a praca projektantów często nieuczciwie wykorzystywana. Robię autorski hit i nagle pojawia się jego podróbka w całej Polsce. To mnie wkurza!

Mówisz, że jesteś biznesmenem. Dosłownie? Sprawdzasz tabelki w Excelu?

Oczywiście! Wiem, ile muszę mieć przychodu miesięcznie, żeby zarobić na pracowników, lokale, podatki.  Muszę dbać, żeby to wszystko się zgrało. Czasem biznes wycina artyzm, bo muszę myśleć o tym, ile wszystko kosz-tuje. Rynek się rozwija, poziom zainteresowania modą  w Polsce też. Do całkowitej świadomości jeszcze długa droga, ale na szczęście coraz więcej osób zwraca uwagę na to, co nosi. Mam nadzieję, że jest w tym także zasługa polskich projektantów.

 

A masz nerwy ze stali?

Czasem mi wysiadają. Nie lubię tych sytuacji, ale zdarzają się. Jestem na ogół spokojny, ale kiedy już wybucham, to na maksa, a potem trochę się tego wstydzę. Wkurza mnie głupota, sytuacje, w których jestem bezsilny. Mam cechy, których w sobie nie lubię. Z jednej strony na przykład jestem obowiązkowy, ale zdarza mi się pobłażać rzeczom ważnym. To okropne. Czasem też pewnych tematów do siebie nie dopuszczam, mimo że one się dzieją. Za to potrafię rozwiązywać trudne sytuacje. Wydaje mi się, że jestem całkiem nie-złym doradcą.

Kiedy zacząłeś myśleć, że będziesz projektantem?

W liceum. Zdając na ASP, już wiedziałem, co chcę robić. Interesowałem się projektantami. Nie było wtedy jeszcze internetu, ale były gazety, u mnie w domu zawsze czytało się „Elle” i „Twój Styl”. Zawsze miałem potrzebę tworzenia. Jestem niecierpliwy, a moda daje tę możliwość, że kiedy się coś wymyśli, można to szybko zrealizować.

Łatwo było dostać się na takie studia?

Na szczęście dostałem się za pierwszym razem, ale nie-którzy zdawali podobno nawet siedem razy. Cieszyłem się, że wyjeżdżam z Radomia do Łodzi. Szkoła pachniała terpentyną, nowe zajęcia, fajni ludzie, artystyczny świat. Zawsze byłem samodzielny. I to mi zostało. Czasem myślę tylko, że za szybko wszedłem w dorosłość. Kiedy inni się bawili na studiach, ja już pracowałem. Może coś mi przez to umknęło?

Co jeszcze tak szybko zacząłeś?

Zbyt szybko skoczyłem na głęboką wodę z własną firmą, miałem 24 lata. Nie wiedziałem nic  o biznesie. W tym tempie za 10 lat powinienem chyba iść na emeryturę?

A chciałbyś?

Pewnie, tylko co ja bym zrobił z wolnym czasem? Bez adrenaliny nie przeżyłbym. To mój narkotyk. Warszawa jest tylko przystankiem, chciałbym pracować gdzieś na świecie. Marzy mi się wywrócenie życia do góry nogami, chciałbym sprawdzić, jak pracuje się gdzie indziej, gdzie nie mam tego komfortu, że wszyscy mnie znają. Ściganie się z sobą samym może być ekscytujące.

Robiłeś już przecież pokazy w Lizbonie.

Dwa razy, w 2010 i 2014 roku. Dzięki temu, że pokazywałem kolekcję na Fashion Week w Łodzi, dostałem zaproszenie w ramach uznania dla kolekcji. Zdarzyła się zupełnie niezwykła rzecz, o pokazie dowiedziałem się kilka tygodni przed terminem. A mimo to udało się ściągnąć tam ekipę znajomych, których nigdy bym nie umówił w jednym miejscu w Warszawie. Na jeden dzień do Lizbony przyleciała Kasia Sokołowska, żeby pomóc mi w pokazie. Edyta Górniak, którą spotkałem tydzień wcześniej, spytała, co u mnie, powiedziałem o pokazie i natychmiast zdecydowała, że też przyleci. Byli znajomi z Londynu, przyjaciele z Warszawy, znajoma, która leciała specjalnie z nart na lodowcu: 18 bliskich mi osób. Jak o tym opowiadam, zawsze się uśmiecham.

Jeździsz po świecie, bez kompleksów. A pamiętasz swój pierwszy wyjazd do Paryża?

To było na studiach. Zaliczyłem wszystkie ważne zabytki i galerie, intensywnie. Ze zmęczenia spałem  w Luwrze na ławce.

Wychowałeś się w Radomiu. Jaki był Twój dom?

Pełen miłości. Moi rodzice są ze sobą 45 lat. Wydaje mi się to niesamowicie piękne, zwłaszcza gdy patrzę na to, co się teraz dzieje, na swoje miłości też. Ostatnio mama dzwoniła z działki – mamy taki leśny domek z ogrodem, należał jeszcze do dziadków. Siedziała rano w ogrodzie, piła kawę. Pojechali tam z ojcem na całe wakacje. Jak ja bym tak chciał! Ona dzwoni do mnie, ja na jakichś spotkaniach, ciągle w ruchu  i ten telefon, jak z innej przestrzeni. Bardzo się kochają, są dla mnie absolutnym wzorem.

 

Nie byliście zamożni…

Wcale. Mam jeszcze siostrę, prawniczkę, i brata, inżyniera – wykształcić trójkę dzieci nie było łatwo. Nie jeździliśmy na zagraniczne wakacje, ale rodzicom zależało, żebyśmy znali Polskę. Od morza do Tatr. Pamiętam swój pierwszy przyjazd do Warszawy. Smak hamburgera, choć to były dopiero lata 80. Swoją drogą, przypomniało mi się niedawno, że podczas którejś z pierwszych wizyt w Warszawie trafiłem na Powiśle, tuż obok Muzeum Chopina i pomyślałem wtedy: chciałbym tu kiedyś mieszkać, jest tak pięknie. No i mieszkam.

Twoje dzieciństwo to lata 80. i 90. Pamiętasz dżinsy marmurki, świeży zachwyt modą z Zachodu?

Tak, ale pamiętam też szarość, która była przedtem. Mnie zawsze najbardziej brakowało koloru, myślę, że dlatego szukałem go w farbach, obrazach. Właśnie przez to, że dookoła była szarzyzna, chciałem tworzyć kolorowy świat. Jest coś takiego w dziecku, że jeśli ma dom, w którym nic złego się nie dzieje, to nie maluje obrazków na czarno.

Stąd więc ta moda?

Zaczęło się od tego, że kiedy miałem sześć lat, wujek, który był po historii sztuki, podarował mi farby olej-e do malowania. Ich zapach, kolory, to była magia. Zawsze interesowały mnie takie artystyczne aktywności. Nie przypominam sobie, żebym w weekend nic nie robił, u nas w domu ciągle się coś robiło. Nikt mnie nie zmuszał, sam chciałem. Chodziłem na kółko plastyczne, potem teatralne, grałem Gżdacza w bajce Brzechwy. Miałem twarz wymalowaną na niebiesko, krem Nivea wymieszany z cieniem do powiek matki. Wyjeżdżałem na występy z zespołem, w którym śpiewałem BraDeLi, Bractwo Dębowego Liścia. Wcale nie miałem być artystą, to mnie po prostu interesowało. Mój tata chciał, żebym został kucharzem. Zresztą dziś bardzo dobrze go-tuję, choć rzadko.

Mama chodzi w projektowanych przez Ciebie ubraniach?

Tak. Tata też coś ma ode mnie. A kiedy wyjeżdżam, prosi, żebym mu coś kupił zagranicą. Moi rodzice za-wsze dobrze wyglądali, na tyle, na ile mogli sobie pozwolić w czasach, kiedy niewiele było. Teraz prowa-dzą wygodne życie i właśnie tęsknota za wygodą jest inspiracją dla moich kolekcji. Wygoda jest ważna.

Co jeszcze jest ważne?

Materiały. Wyszukuję je na całym świecie: na targach w Paryżu, we Włoszech, czasem zamawiam w Indiach. Staram się, żeby moje kolekcje były mieszanką tego, gdzie jestem, i tego, kim jestem. Wybieranie tkanin jest moim absolutnym konikiem. Lubię tkaniny otulające, nawet w szorstkich cekinach można wyglądać superkomfortowo i miękko. Najważniejsze – w zgodzie ze swoją osobowością. Nie ma nic gorszego, kiedy z pani w miękkim swetrze, T-shircie i trampkach wieczorem zmieniasz się w sztywniarę, którą nie jesteś. Poza tym projektowanie mody to nie tylko ubrania. Lubię motywy przewodnie, aby każda kolekcja miała jakiś sens. Ostatnia linia basic ma hasło „No war”, idealnie wpisu-je się w to, co dzieje się na świecie. Jestem pacyfistą. Sfotografowałeś się też w koszulce z napisem „Love is basic”. Pozostałe miały hasła: „Sex” i „Air”. Wybrałeś „Love”.

Miłość jest podstawą?

Seks jest podstawą. I miłość. Seks i miłość razem.

Kogo kochasz?

Oj, wiesz… to jest taki obszerny temat...

Ale się rozmarzyłeś.

Miłości w moim życiu są pogmatwane. Tylko tyle powiem na ten temat.

 

Ale szczęśliwe?

Są szczęśliwe, ale nie poukładane. Życie zawodowe staram się mieć poukładane, życie uczuciowe to rollercoaster. W uczuciach jestem niestety coraz bardziej ostrożny. Kiedy byłem młodszy, szybciej się zakochiwałem, łatwiej.

Jesteś trudnym partnerem?

Tak. Bywam bardzo miły, ale czasem pokazuję drugą twarz. Typową dla zodiakalnej Ryby.

A siebie kochasz?

Nie mam kompleksów.

Z czego to się bierze?

Z poukładania sobie rzeczy w głowie. Staram się, aby moje ciało i umysł były w idealnej równowadze. Dążę do takiego stanu, że gdy wracam z pracy do domu, to mam wolną głowę. Że regularnie i dobrze śpię. Nie zawsze mi się to udaje. Dwa lata temu zacząłem chodzić na masaże do Iwony, która jest buddystką. Zdarza mi się nawet odwołać ważne spotkanie, żeby móc do niej pójść. Bardzo tego potrzebuję, bo bywają dni, że pracuję po 16 godzin na dobę.

Lubisz ludzi?

Kocham ludzi. Wśród nich odpoczywam. Od codzienności uciekam w podróże, naprawdę dużo jeżdżę. Ważne jest to, żeby otaczać się dobrymi osobami.

O to chyba trudno w tym środowisku?

Nie najłatwiej. Dużo tu trudnych osób, interesownych. Ale pewne doświadczenia dają wiedzę, z kim chcę się zadawać, a z kim nie bardzo.

Masz intuicję do ludzi?

Wiem, z kim mógłbym konie kraść, a z kim mógłbym tylko wprowadzić je do stajni.

Z kim mógłbyś konie kraść?

Z ludźmi, którzy mnie nakręcają, inspirują. Ciągle potrzebuję silnych bodźców z zewnątrz, żeby tworzyć. Moją pierwszą inspiratorką była Małgorzata Czudak, wykładowczyni z łódzkiej ASP, projektantka. Do dziś dzwonię do niej i zależnie od nastroju dziękuję albo robię wyrzuty: to przez ciebie, Gośka, siedzę teraz w tym wszystkim! Częściej jednak jej dziękuję. Bez niej nie byłbym tu, gdzie jestem. Mam wspaniałą relację z Małgosią Sochą, nikt tak jak ona nie sprowadza mnie na ziemię. Potraf  największy pozorny dramat obrócić w żart. Uwielbiam Kasię Sokołowską, pracujemy razem od lat, rozumiemy się w lot, bez słów. Lubię gwiazdy, lubię z nimi pracować. Kiedyś wymarzyłem sobie Kayah i potem ubierałem też ją. Miałem wielkie szczęście, że od początku moje rzeczy polubiła Anja Rubik. Anja dała mi superstart, młody projektant i top modelka. Można być zdolnym, ale jeśli nie masz na początku świetnego nośnika, to nie wystrzelisz. Moim była Anja i zawsze będę o tym pamiętał.

Prowadzisz bogate życie towarzyskie. Jesteś rozrzutny?

Bardzo. Wydaję pieniądze na firmę. I na dobre życie. Jeśli chcę gdzieś obejrzeć wystawę, wsiadam w samo-lot i lecę. Uwielbiam wydawać pieniądze na jedzenie, na ubrania, na wnętrza. Śmieję się, że gdybym miał takich klientów, jakim ja jestem klientem, to nie byłoby źle.

Jesteś z siebie zadowolony?

Wiesz, myślę, że to było 10 dobrych lat, ale może już jestem gotowy na kolejny krok? Dziś wydaje mi się, że wszystko, co fajne jeszcze przede mną, dopiero zaczynam, moja historia dopiero się otwiera.