Które z Was było pierwsze w „Dzień dobry TVN”?

Marcin: Zaczynaliśmy razem, ale osobno. Ja z Kingą Rusin prowadziłem dosłownie pierwsze wydanie. Magda pracowała wtedy w parze z Olivierem Janiakiem. 

Marcin, na pięć lat odszedłeś z programu. Nie żałowałeś?

Marcin: Wtedy odszedłem, bo wydawało mi się, że mam dosyć. Z dzisiejszej perspektywy to była dobra decyzja, bo dzięki niej mogę teraz prowadzić program z Magdą. (śmiech) Powrót? Zabawne: byłem spokojny, przecież tego się nie zapomina, jak jazdy na rowerze. Ale kiedy przyszła ta pierwsza po latach sobota, byłem zwyczajnie przestraszony. Dzięki Magdzie dałem radę, zawsze wiem, że w razie czego wyratuje nas z tarapatów. 

To Magda z Was dwojga panuje nad sytuacją?

Marcin: Ja generuję chaos, czasem coś chlapnę. Magda przywraca równowagę. Magda: Prawda jest taka, że kiedy sytuacja zaczyna się wymykać spod kontroli, to do mnie wydawcy kierują błagalne prośby, by przystopować redaktora. 

Co Was najbardziej różni?

Marcin: Magda bywa podłamana moim totalnie koszarowym poczuciem humoru. 

Magda: Marcin potrafił na wizji klepnąć mnie po plecach i z wyższością zwrócić się do mnie „kobieto!”. Nie wiem, czy innym się to podoba, mnie niekoniecznie. 

Marcin: A dla mnie to dowód, że traktuję Magdę jak superkumpla. Jeszcze o różnicach: często zadajemy kompletnie różne pytania. Magda mnie zaskakuje, potrafi dotrzeć do emocji gościa w sposób, w jaki ja bym nie potrafił. Uzupełniamy się. 

Magda: A czasem jesteśmy bardzo podobni. Ostatnio zaczynamy mówić to samo. Mam nadzieję, że na razie jeszcze osobno myślimy. Ale w tych samych momentach płaczemy i w tych samych się śmiejemy. 

W jakich momentach płaczecie?

Magda: Wzruszają nas dobro, piękno, tematy dotyczące dzieci, ludzi dobrej woli, cudów medycyny. Kiedy czuję ten charakterystyczny ścisk w gardle, boję się spojrzeć na Marcina, bo wiem, że ma to samo i że właśnie zaszkliły mu się oczy. 

Marcin: Wie i często mnie ratuje. Łzy
w przypadku faceta niekoniecznie dobrze jest manifestować. Staram się ukryć, że nie umiem zapanować nad uczuciami. W takich momentach Magda odwraca uwagę. Zdarza się też, że oboje się wzruszamy, i wtedy jest kłopot. 

Magda: Tak było, kiedy pokazywaliśmy materiał o hospicjum dla dzieci państwa Dangelów. Moim zdaniem Marcin ujawnia swoją wrażliwą stronę, odkąd urodził się jego syn, Gucio. 

Marcin: Ty też się zmieniłaś. Kiedy wróciłem po pięciu latach do „Dzień dobry”, Magda mnie zaskoczyła. Odkryłem jej wewnętrznego chuligana, a z drugiej strony bardzo ciepłą, czułą osobę. Nie spodziewałem się, jak można poszaleć z koleżanką Mołek w różnych sytuacjach. Poza tym jest bardzo konkretną, asertywną kobietą. Zawsze wie, czego chce,
i tak ma być.

Magda: Ty też masz charakterek. Za tymi okularami Marcina kryje się rockand-
rollowa dusza. 

Dlaczego się zarumieniłeś?

Magda: To jego cecha charakterystyczna! Jest chyba jedynym znanym mi dorosłym mężczyzną, który oblewa się rumieńcem. Urocze, prawda? To uczciwy i wrażliwy chłopak.

Marcin: Magda pięknie o mnie mówi.
A gdy przychodzę rano do pracy, wita mnie jakimś totalnie złośliwym tekstem.

Magda: No, nie mogę! Nieprawda! Za każdym razem witam cię jak joginka słońce. 

Spotykacie się prywatnie? Rozmawiacie wtedy o pracy?

Magda: Spotykamy się. O pracy też rozmawiamy, choć tematów do rozmów o innych sprawach nigdy nam nie brakuje. 

Marcin: Oczywiście, nawet z naszymi rodzinami. Bardzo polubiłem męża Magdy, świetnie nam się jeździ razem na rowerach. Niedawno wzięliśmy dzieci na foteliki i jeździliśmy nieśpiesznie po lasach warmińsko-mazurskich. 

Jakie swoje telewizyjne wpadki najbardziej lubicie?

Marcin: Bywają zaćmienia. Kiedyś gościem był Mateusz Kusznierewicz. Po rozmowie pożegnałem go, mówiąc, że gościliśmy Mikołaja Kusznierewicza. Kinga Rusin mnie poprawiła: Mateusz. A ja myślałem, że chodzi o reportera, którego materiał miał zaraz iść, i odpowiedziałem: „Nie, Michał”. 

Magda: To ode mnie widzowie dowie-
dzieli się, że 2,5 miliona Polaków cierpi na erekcję. Znajomi pisali potem, że jestem marzycielką. W stresie, na żywo, zdarzają się też przykre wpadki, jak ta z Nergalem. Bardzo to przeżyłam. Sam Adam był wyrozumiały i tuż po programie przekazał przez znajomych, żebym się tym nie przejmowała. Ale zaraz, zaraz! Mówimy tu cały czas o sobie, a my przecież jedynie prowadzimy ten program. Na końcowy efekt,
w stresie, ciężko pracują reporter, dokumentalista, wydawca i wiele innych osób. To jest też ich program. Nigdy o tym z Marcinem nie zapominamy.