Książka, programy, aktywności sportowe, towarzyskie i zawodowe. Czy Ty w ogóle znajdujesz czas na to, żeby być babcią?
Pojawienie się wnuków to był jeden z piękniejszych momentów w moim życiu. Mam dwóch synów i zawsze marzyłam, aby mieć córeczkę. Wyobrażałam sobie, że będzie baletnicą, będzie grała na fortepianie i nosiła cudne sukieneczki. Dlatego gdy na świat przyszła moja wnuczka Wiktoria, kompletnie oszalałam. Oczywiście równie mocno kocham wnuka, Marcela. Wygląda dokładnie jak mój syn, kiedy był mały, co mnie bardzo wzrusza. Jaką jestem babcią? Na pewno nie do końca typową. Kiedyś tradycyjna babcia prowadziła stacjonarny tryb życia i spełniała funkcję gosposi – była na każde zawołanie swoich dzieci. Moje nie mogą na to liczyć, bo jestem bardzo aktywną osobą. Za to angażuję się w edukację wnuków, nie kupuję im drogich zabawek, tylko mądre książeczki czy puzzle, a Marcel już od pół roku chodzi na fitness dla dzieci. Oczywiście także je rozpieszczam. Kiedy gdzieś wyjeżdżamy z mężem, nie można mnie wyciągnąć ze sklepów dla dzieci godzinami mogłabym wybierać sukieneczki i kokardy. Pamiętam, jak pierwszy raz zabrałam Wiktorię na spacer. Miała wtedy cztery miesiące. Szkoda, że nie było przy tym ukrytej kamery! Najpierw nieśmiało się uśmiechała, potem przyglądała mi się z zainteresowaniem i wreszcie wybuchnęła głośnym płaczem. Bałam się, czy nie wyglądam z tym wózkiem, jakbym ukradła czyjeś dziecko. Robiłam różne cuda, ale nie dałam rady uspokoić małej. Zanim dotarłyśmy do domu, miałam włosy mokre od potu, ze stresu i zmęczenia. Nigdy żaden trening mnie tak nie zmęczył jak ten właśnie spacer.

Podczas sesji do „Gali” okazało się, że Twój wnuk nie mówi do Ciebie „babciu”.
Mówi do mnie „Mary” i Wiktoria też tak będzie mówiła. Na moją prośbę. Słowo „babcia” określa stopień pokrewieństwa, a nie naszą relację i to, co do siebie czujemy. Babcia kojarzy się w Polsce ze starością, niedołężnością, a ja taka się nie czuję – wręcz przeciwnie. Obalam stereotypy. Chcę pokazać, że kobieta, która ma wnuki, może być jednocześnie kobietą nowoczesną, zadbaną, spełnioną, dynamiczną. Zamierzam pracować do końca świata i nadal realizować swoje marzenia. Dzieci odchowane, teraz czas na mnie!

Dlaczego akurat Mary?
Tak nazywano mnie na studiach. Imię Mariola było wtedy niezbyt popularne, ja go zresztą nigdy nie lubiłam. Dziś mówią tak do mnie osoby z  najbliższego otoczenia, od lat te same koleżanki, przyjaciółki czy mój mąż. Lubię być Mary.

Babcie czasem nadrabiają przy wnukach to, czego nie zrobiły, wychowując własne dzieci. Zgadzasz się z tym?
Od wychowywania są rodzice. Poza tym nie mam jeszcze porównania – Marcel ma dopiero dwa i pół roku. Na pewno brakuje mi czasu na wnuki, podobnie jak brakowało mi go dla dzieci. Pierwszego syna urodziłam, mając 20 lat, wzięłam urlop dziekański, a potem kończyłam studia z małym dzieckiem na ręku. Wtedy już pracowałam, otworzyłam swój pierwszy klub fitness. Często wracałam do domu wieczorem, synem zajmowała się niania. Patrząc z perspektywy, mam do siebie trochę żalu, że za mało czasu spędzałam z dziećmi. Za to moi synowie mogą powiedzieć, że zawsze mieli szczęśliwą matkę, spełnioną, dobrze radzącą sobie w życiu i niezależną. Nasz wspólny czas, choć krótki, starałam się wykorzystać świadomie i co do minuty. Wiedziałam o wszystkim, co dzieje się u moich dzieci. Uczyłam ich też zasad dobrego wychowania, bo chciałam, żeby moi synowie byli takimi mężczyznami, jakich ja zawsze lubiłam – dżentelmenami wsłuchanymi w kobietę, dbającymi o jej potrzeby i zachcianki. Fajnymi facetami, na których można się wesprzeć, pracowitymi i samodzielnymi. Moi synowie nigdy nie mogli liczyć na to, że mamusia im coś załatwi, bo jest znana i ma znajomości. Zawsze uważałam, że muszą sobie sami wypracować swoją pozycję, bo to da im większą satysfakcję.


Pełen wywiad z Mariolą Bojarską-Ferenc znajdziesz w nowej "Gali", dostępnej od poniedziałku, 18 stycznia!