Przyznam, że Pani zazdroszczę.
O! A czego?

Tego, że ma Pani takie fajne życie... (śmiech) Jak Pani tego dokonała?
Doszłam do tego metodą prób i błędów. I mimo że pani uważa, iż jest ono fajne, to jednak sporo się w nim nacierpiałam.

Uff Czyli jednak nie zazdrościć Pani?
Lubię bardzo moje życie, ale bywało różnie. I nie zawsze różowo. Ono z lotu ptaka tak pięknie wygląda. Weźmy chociaż moje życie uczuciowe. W latach 70., gdy byłam panienką do wzięcia, zakochiwałam się w trudnych mężczyznach... Byłam kochliwa i cierpiałam. Leciałam jak ćma do ognia, opalałam sobie skrzydła.

Bolało?
Bardzo. Każde rozstanie, nawet jeśli to my odchodzimy, jest bardzo bolesne. To przegrana. Przecież jeśli jesteśmy z kimś, to dlatego że go kochamy. Po rozstaniu zawsze jest rozpacz, że się coś kończy. Tak że „naopalałam” sobie tych skrzydeł…

„Małgośka, głupia ty… eh, głupia ty”, czy to o Pani?
O wszystkich nas, kobietach…

Popełniamy błąd „zbyt wielkiej miłości”?
Chyba w wypadku miłości nie można powiedzieć, że jest zbyt wielka. Miłość to miłość, a jej owoce są często cudowne. Na przykład dzieci. Grałam u Krzysztofa Jasińskiego w musicalu „Szalona lokomotywa” i skutkiem tego zauroczenia była ciąża. Tak jak wcześniej w ogóle mnie nie interesowało zakładanie rodziny, tak tutaj było szaleństwo. I oczywiście kłopoty…

Miłosne?
Różne. Zakochałam się w człowieku, który mieszkał w Krakowie, gdzie miał swój teatr, życie artystyczne. A ja po latach czekania dostałam swoje pierwsze mieszkanie na Ursynowie w Warszawie, w nowym bloku, jeszcze niewykończonym. Tam urodził się pierwszy syn Jasiek, a potem Kasia. Nie miałam żadnych mebli, pralkę Franię kupiła mi mama. (śmiech) On tam, ja tu. Wesoło się teraz o tym opowiada, ale wtedy…

…nie było do śmiechu. Pani jednak zamiast załamywać ręce, postanowiła mieć to, o czym marzy. Choćby podłogę z desek zamiast pcv. No i rodzinę.
Z deskami pomógł mi Mietek Wilczek, który wtedy jeszcze nie był ministrem. To był koniec lat 70. i on miał taką piękną hacjendę w Stanisławowie pod Warszawą. Tam hodował krowy, konie, miał basen, kort tenisowy. Bywali u niego na kuligach Roman Polański i Allan Starski. Więc Mietek spytał, chcesz deski? To ci załatwię. I któregoś dnia przyjechała fura z deskami na Ursynów. Zrzucili je przed wejściem do bloku. Wszyscy mieszkańcy klęli, bo nie mogli się dostać do domu. Do windy deski się nie mieściły, bo były bardzo długie. Trzeba więc było zamontować na szóstym piętrze kołowrotek i wciągać je. (śmiech) Na koniec okazało się, że deski były sosnowe, a sosna nie nadaje się na podłogę, bo jest miękka. Więc bardzo szybko była poorana...

Chce mnie Pani pocieszyć, żebym jednak nie zazdrościła Pani tego życia? (śmiech) Chcę powiedzieć, że wszystkiego spróbowałam. Że zamieszkałam  w mieszkaniu, w którym nie miałam nawet łóżka, szafy, kuchni...

 

Nie było obok Pani mężczyzny, który powinien zadbać o szafę i stół?

Mój mężczyzna był artystą w Krakowie, robił przedstawienia. Ale ja miałam belkę...

To już coś!

…przybiłam do niej gwoździe i na nich wieszałam ubrania. To była moja szafa.

Maryla Rodowicz nie miała szafy. Dziwne...

To było normalne życie. Artyści podlegali takim samym prawom, jak wszyscy ludzie w PRL-u, czyli czekali na talon na samochód, na meble, na telefon, na papier toaletowy.

A nie mogła Pani powiedzieć: „Proszę państwa, Fidel Castro mnie obejmował, to chyba mogę dostać talon?”.

(śmiech) W końcu dali mi talon na poloneza. Moja mama powiedziała, że to musi być polonez: „Bo tam wejdą twoje dzieci, pieluchy i wanienki, nocniki, jak będziesz jechała na wakacje”, mówiła.

W książce o Pani Halina Piwowarska powiedziała, że miała Pani wszystko: i karierę, i dom. I że tylko my, kobiety, wiemy, ile to kosztuje. Bo być tylko artystką to jedno, ale być matką  – to drugie.

Znam kilka artystek, które nie mogły się zdecydować w odpowiednim momencie na macierzyństwo. Byłam bardzo szczęśliwa, kiedy spodziewałam się dziecka, chociaż nie miałam gdzie mieszkać. Żona mojego technicznego pracowała w spółdzielni mieszkaniowej „Oszczędność”. Miała na imię Basia. I on mówi: „Słuchaj, Basia ci przyśpieszy to czekanie”. I rzeczywiście przyśpieszyła…

Pani ciągle była w trasie. Więc jak to było z tym macierzyństwem? Opisuje Pani wory zabawek przywożone z USA dzieciom, których się nie widziało miesiącami.

Było cholernie trudno! Cierpienie dzieci było ogromne. Mały Jasiek tak bardzo przeżywał te rozstania, że nie chciał chodzić do przedszkola, do szkoły. Stawał  w drzwiach i rozpaczał, wpadał w histerię, że nie może być ze mną. Grałam kiedyś koncerty w Gdańsku z okazji Dnia Dziecka. Jasiek pojechał ze mną. Miał wtedy ze trzy latka. Koncert był tak wyreżyserowany, że dzieci z widowni wchodziły na scenę, aby ze mną zaśpiewać. A on gdy to zobaczył, dostał szału – pobił dzieci  i zdemolował aparaturę, wyrywając kable.

Szokująca sytuacja.

Syn był tak zazdrosny o mnie, o czas, który poświęcam innym, że kiedyś Agnieszce Osieckiej przyłożył kijem w głowę. Ale Agatka Passent też mnie skopała. (śmiech) W taksówce. Człowiek zawsze myśli o tych kosztach: warto było? Absolutnie było warto, bo wspaniale jest mieć dzieci. I doświadczyć macierzyństwa.

Nawet takiego z turbulencjami?

Tak, absolutnie. To jest wartość nie do odebrania. Obserwowanie małego ludzi-ka, gdy poznaje świat, jest bezcenne. Możliwość opiekowania się, troszczenia, dawania miłości – to wszystko sprawia,  że przeżywamy coś wyjątkowego.

W książce jest dużo opisów sytuacji,  w których biesiadujecie, balangujecie do białego rana. Czy nie sądzi Pani, że to jest odreagowywanie tych wszystkich trudnych sytuacji, tego, że dzieci są daleko, stresu...

My byliśmy skazani na balangi. Wtedy grało się długie trasy: sześć tygodni, dwa miesiące – i zawsze byliśmy zgrupowani w jednym hotelu. W Związku Radzieckim grało się zwykle przez tydzień w każdej stolicy. Tu Białoruś, mieszkamy w Mińsku, w jednym hotelu i przez tydzień gramy w hali sportowej. W poniedziałek jest przelot do następnej stolicy, np. do Kijowa, i tam przez tydzień gramy w jakiejś hali. I znowu poniedziałek – przelot do Ałma Aty. Byliśmy skoszarowani w hotelu  i skazani na siebie, na swoje, miłe zresztą, towarzystwo. Bardzo się wtedy zbliżaliśmy, znaliśmy się jak łyse konie. A wiadomo, muzycy są dowcipni, weseli, więc się działo…

 

A jednak Pani mąż, Andrzej Dużyński, nazwał Panią „Łyskiem z pokładu Idy”, tak ciężka to była harówka.

Andrzej był wtedy po raz pierwszy w życiu w Rosji i zobaczył, że gram każdego dnia, czasem nawet po dwa koncerty. To wtedy powiedział: „Przechodzisz na moje utrzymanie”. Na pewno taki wyjazd to nie były kolonie letnie, ale ja tę pracę kochałam, w związku z tym nie była dla mnie męką. Najgorsze były połączenia telefoniczne, bo rozmowę należało zamawiać wiele godzin wcześniej. Obliczaliśmy więc, kiedy skończy się koncert, np. o dwudziestej trzeciej, a telefonistka dzwoniła i mówiła „Polsza siewodnia zakryta”.

A dziecko czekało?

A dziecko czekało… Poza tym te codzienne rozmowy kosztowały dużo pieniędzy. Przez dwa miesiące wykonywać codziennie telefon z zagranicy, np. ze Stanów, że-by mieć kontakt z dziećmi, to było rujnujące dla portfela.

Od tylu lat nieodmiennie jest Pani  w czołówce polskiego show-biznesu. Czy za Pani sukcesem stoi skłonność do ryzyka?

Na pewno jestem odważna. Jak tylko pojawia się jakaś niecodzienna propozycja, jestem pierwsza. Wyjazd do Iraku? Proszę bardzo!

Albo zrobić złotą Wisłę?

To był rok ’95. Wtedy ukazała się płyta - „Złota Maryla”. Wymarzyłam sobie złotą okładkę płyty i taka sesja fotograficzna powstała. Świetne zdjęcia zrobił Marek Straszewski. Odbył się efektowny koncert promujący płytę, było złote jedzenie, zło-te kostiumy. Moja wyobraźnia pogalopowała dalej… zróbmy złotą Wisłę, złoty deszcz! Mąż był przerażony.

À propos męża, dzielny mężczyzna, dużo zniósł.

To było bardzo trudne dla niego – moje wieczne krytykowanie, oczekiwanie Bóg wie czego. Andrzej odłożył na bok swoją pracę, żeby mnie wesprzeć. Świetny facet. A ja tak go zamęczałam, kontrolowałam. Wszystko muszę kontrolować, przez całe życie. To nawet dla mnie jest trudne.

W książce Pani mąż Andrzej opisuje taką scenę: jest już dawno po północy, wy oboje w łóżku, a Pani go wypytuje, dlaczego RMF nie puszcza Pani piosenek.

(śmiech) I jeszcze się awanturuję, dlaczego jest okładka tu, a nie ma gdzie indziej. Wtedy napisałam sobie na kartce, którą nosiłam przy sobie: „Nigdy nie krytykuj Andrzeja. Nigdy nie mów, że coś jest źle”. Ale nie pomogło. Kiedy pojechaliśmy  w trasę po rozgłośniach radiowych i nie odzywaliśmy się do siebie przez tydzień, przestał być moim menedżerem. Wybrał bycie moim mężem. (śmiech)

Pani chce mieć każdego na wyłączność.

Jestem zazdrosna o ludzi. Muzycy pracują ze mną bardzo długo. Na przykład gitarzysta elektryczny, który zaczął u mnie, gdy miał 17 czy 18 lat, dopiero teraz odszedł, po 20 latach pracy. Przeniósł się  z rodziną do Niemiec.

Adam Sztaba chyba też był 18-latkiem, kiedy u Pani zaczął?

Tak, ale ja wiedziałam, że to jest wielki talent. Widziałam, jak on gra i jaką ma wyobraźnię muzyczną. Wyłączność polega na tym, że moi muzycy mogą grać, z kim chcą i ile chcą, byleby wiedzieli, że moje terminy są priorytetem, że mam pierwszeństwo. Druga sprawa: frontmani, czyli dwaj gitarzyści i chórek, nie mogą wystąpić w telewizji z innym artystą. Taki chórek, który jest „wykarmiony moją piersią” po kilkuset koncertach, nie chciała-bym, żeby to wypracowane brzmienie od-dawał komuś innemu. Jest w książce poruszające zdanie Agnieszki Osieckiej: „Muszę porzucać, żeby się rozwijać”. Agnieszka oczywiście mówiła to w kontekście życia uczuciowego, ale chyba też artystycznego. Potrafiła ten sam tekst rozdać paru osobom. (śmiech) Wystarczyło, że z kimś siedziała przy kolacji i dobrze czuła się w jego towarzystwie: „Masz tutaj taki tekst, może coś z nim zrobisz”. I nagle okazywało się, że parę osób ma ten sam tekst.

Złościło to Panią?

To była nielojalność ze strony Agnieszki, ale taka była. Wybaczałam jej, bo była wyjątkowa. To bardzo bliska mi osoba.

 

Nie ma Pani żalu, że w tym ostatnim, najtrudniejszym dla niej momencie nie było Pani przy niej?

Żałuję jednego momentu: Agnieszka była w Zakopanem i zostawiła mi kartkę  w hotelu. I pamiętam, że się z nią wtedy nie spotkałam... Mam tę kartkę do dziś.

Jej córka Agata mówi wprost w tej książce, że Ci, którzy chcieli jej pomagać, byli przez nią odrzucani.

Agnieszka miała świadomość, że jest bardzo chora, ale bagatelizowała chorobę.

Pani jest kobietą-instytucją. Pani rodzina również Pani pomaga?

Często proszę mojego syna Jędrka o pomoc, w końcu studiował media i komunikację, poza tym to nowe pokolenie, a ja niestety niewiele wiem o internecie, zwłaszcza o takich technicznych sprawach jak obrabianie zdjęć czy wrzucanie ich. I wtedy proszę go o pomoc. Syn np. jest poza domem  i mówi: „jutro”. A ja na to: „Ale to musi być teraz, natychmiast!”. Ciężko ma ze mną. Proponowałam mojemu starszemu synowi: zostań moim PR-owcem. A on pyta:  „Co będę robił?”. „Będziesz musiał chodzić na wszystkie imprezy”, kuszę go. A on na to: „O Boże, nie!”.

Dzieci chcą mieć swoje życie, nie chcą funkcjonować wyłącznie jako dzieci znanej mamy?

Nie chcą, bo ścianki i imprezy to nie są ich klimaty. Moja córka woli siedzieć w stajni i ujeżdżać konie. Starszy syn woli grać na gitarze. Nie jest tak łatwo założyć rodzinną firmę.

Pani sława może ich przytłaczać, bo jak „przeskoczyć mamę”?

Nie musieliby przeskakiwać, tylko wspierać mnie na tym polu. Pani jest żywą legendą. To bardzo odpowiedzialna funkcja zajmować się taką postacią. (śmiech) „Żałuję, że pani nie umarła.  Bo wtedy byłaby pani legendą. Tak mi żal, że pani żyje”, przeczytałam ostatnio na swoim facebooku... (śmiech)

Zastanawia mnie też, w jaki sposób egzekwowała Pani tę dyscyplinę, skoro prowadziła Pani imprezowe życie.  Jak Maryla Rodowicz mówi: „Ucz się. Nie tańcz do rana”?

Wyznawałam zasadę: „Tańcz do rana, baw się do rana”, ale miałam też świadomość, że muszę narzucić sobie dyscyplinę wtedy, kiedy trzeba. Bo gdybym ja tak balangowała całe życie, to nie osiągnęłabym tego, co osiągnęłam. Nie zagrałabym tych tysięcy koncertów, nie nagrała tych 2000 piosenek... (śmiech) Trzeba wiedzieć, kiedy można balangować, a kiedy trzeba wziąć się w garść, być punktualnym  i w formie.

Pani książka jest zbudowana również z wypowiedzi osób z backstage’u, mniej znanych. Fajne jest też to, że oni mówią o Pani nie tylko w superlatywach. Opisują też takie momenty, w których było im trudno. Jest i Daniel Olbrychski ze swoim cierpieniem po rozstaniu. Są opowieści o rozstaniach z muzyka-mi. Czasami małostkowe wyznania: Maryla nas nie przedstawiała na koncertach.

Do tej pory mi się to zdarza. Planuję, że przedstawię ich na końcu. Potem wychodzę na bis. Więc myślę, a może po bisie?  A później zapominam i znowu skupiam się na sobie.

To wymagało od Pani odwagi, aby  w tej książce pozwolić ludziom mówić nieprzyjemne rzeczy?

Nie miałam z tym problemu, zawsze byłam odważna i otwarta. I nie ściemniam. Jeżeli ktoś chce ujawnić jakąś prawdę  o mnie, proszę bardzo.

Od kogo nauczyła się Pani tej odwagi?

Myślę, że miałam ją zawsze. Przekazały mi ją mama i babcia. Odważne kobiety.

Co trzeba robić, żeby się nie bać w życiu?

Mam naturę wojownika. Zawsze rzucam się głową w dół.

 

Bo wie Pani, że koniec końców ktoś tam Panią złapie?

Podniecają mnie trudności. Im trudniej, tym ciekawiej. Dlatego sama stawiam sobie wyzwania i sama wytyczam cele, podnoszę tę poprzeczkę. Zawieszam ją nawet tam, gdzie jej nie ma. Pamiętam, jak babcia chciała jakoś spacyfikować moją energię i jeździła ze mną autobusem do lasu. To było w podstawówce. Już wtedy uprawiałam sport, lekkoatletykę. Ale musiałam mieć przeciwnika. Więc babcia była moim przeciwnikiem. Robiłam skocznię wzwyż z patyków i kazałam babci skakać. (śmiech) Naprawdę. I babcia skakała. A ja z nią.

No tak. Teraz rozumiem, dlaczego nie ma dla Pani rzeczy niemożliwych...

Zawsze była przy mnie babcia. I myślę, że anioł stróż także. Pamiętam taką sytuację, mogłam mieć wtedy pięć czy sześć lat: do-stałam banknot i babcia powiedziała mi, że mam iść do sklepu mięsnego i kupić  10 dkg szynki. I tak biegłam, i patrzyłam, jak ten banknot furkocze, ale musiałam przebiec przez ulicę. Więc patrząc na ten banknot, wybiegłam na ulicę. Nagle coś mnie złapało za kark. W tym momencie kilka centymetrów ode mnie przemknął motocykl. Rozejrzałam się. Nie było nikogo, żywej duszy na ulicy…  I jak to wytłumaczyć? Nie ma Pani żalu do dzieci, że nie kontynuują tradycji muzycznych? Talent może mieć każdy, ale nie każdy wie, co z tym talentem zrobić. Uzdolnionych młodych ludzi jest dużo – można nawet wygrać „X-Factor” czy „Must Be The Music”. Ale potem zaistnieć i trwać – to jest w tym zawodzie najtrudniejsze.

To, że Pani przetrwała, kiedy po ’89 roku, po zmianach „zakopali panią kilka metrów pod ziemią”, jak to dosadnie powiedział Pani mąż, to w sumie jego zasługa.

Absolutnie musi być ktoś, kto w ciebie wierzy. Mnie zawsze otaczało bardzo dużo życzliwych ludzi.

To właśnie jest widoczne w tej książce. Pozornie jest o Pani, ale też o ludziach wokół. I to jest w niej piękne.

Dostałam przez całe życie tak dużo od innych ludzi, że teraz być może przyszła pora, by to oddać.

Myślę, że to też tajemnica Pani sukcesu. Jest dużo znanych, bardzo zdolnych artystów, których się później nie lubi. Z Panią jest inaczej.

Może dlatego, że jestem otwarta i ludzie natychmiast to wyczuwają. Mogę być gorzej ubrana, nie mieć formy, bo z tym różnie bywa, ale zawsze czuję sympatię widowni. Teraz zaczęłam serię koncertów akustycznych. W lutym zagram  w Krakowie, Poznaniu, Rzeszowie, Bydgoszczy w filharmoniach. Dodatkowo postanowiłam to wszystko nagrywać. Oczywiście muszę pokryć koszty ekipy nagrywającej. A potem studio, żeby zmiksować, wybrać wersje. Mój mąż mówi: „Maria, ty nic nie zarobisz na tej trasie”. A ja na to: „Andrzej, nawet o tym nie myślę. Wiesz, jest okazja, żeby nagrać te piosenki w takim wyjątkowym brzmieniu”. To inwestycja w siebie. A potem się zobaczy.

I to jest właśnie cała Maryla Rodowicz!

Bardzo dużo inwestuję w siebie. W ze-złym roku, kiedy przygotowywałam się do sylwestra w piórach, na którym wy-stąpiłam „naga” ze skrzydłami, moja stylistka Ania Zeman powiedziała: „Maryla, miej świadomość, że taka ilość piór to są ogromne pieniądze”. Duża ekipa przygotowywała to dzieło przez dwa miesiące. W mojej piwnicy trwały niekończące się przymiarki. Miałam wpływ nawet na kąt nachylenia każdego pióra. I dopiero potem, jak zobaczyłam rachunek, okazało się, że honorarium za występ nie pokryło nawet kosztów kostiumów. Ale widzowie mieli niezłe show… A ja się dobrze bawiłam. Jak się myśli kategoriami honorarium, to jest to myślenie krótkowzroczne. Ważne, żeby był efekt. Dla mnie liczy się ten końcowy.

To dlatego należy nazywać Panią dwa razy P: perfekcjonizm i prowokacja.

Są artyści, którzy nie prowokują i jadą. Cały czas są grzeczni. Posuwają się do przodu bez prowokacji. Ja uwielbiam prowokację.

Taka najkosztowniejsza dla Pani?

W liceum śpiewałam w domu kultury, a to było zabronione. A w szkole na akademii z okazji Dnia Nauczyciela wyszłam na scenę w czerwonej sukience, żeby sprowokować dyrektora – to był skandal!

Zdarza się Pani jeszcze słynny „wzrok bazyliszka”?

Bardzo się stresuję na koncertach, kiedy ktoś nie zagra tak, jak sobie to wyobrażam, albo, nie daj Boże, się pomyli. No, niestety, to silniejsze ode mnie. (śmiech) Odwracam się i… to moje spojrzenie podobno pali na popiół. Po koncercie schodzę ze sceny i mówię do menedżera: gitarzysta, pianista, chórek i światło do mnie. „Do pani! Wszyscy do pani” – jest takie powiedzenie u nas w zespole.

A jednocześnie potrafi Pani powiedzieć, że ktoś jest świetny. Kiedy grał Sztaba, przyznała Pani, że „miała orgazm”.

(śmiech) Umiem się zachwycać. Jak chórek z feelingiem i precyzyjnie szemrze, to biegnę, żeby powiedzieć, że genialnie. Mam słabość do utalentowanych muzyków. Zachwycają mnie Kayah, Stasiu Sojka, Lemon z Igorem Herbutem.

Może jest Pani skupiona na sobie, ale potrafi Pani też okazać wdzięczność.

To jest życie. Jestem tylko człowiekiem, więc też popełniam błędy. Wtedy sobie mówię: przyszła koza do woza… Muszę pani powiedzieć, że w ogóle moim ulubionym zwierzęciem jest koza. A najbardziej rasy buttermilk. Kiedyś siedząc przed komputerem, westchnęłam: „Jak ja bym chciała mieć taką kózkę!”. Mija godzina, a mój mąż mówi: „Maria, ale przecież ta koza to by nam zjadła dywan i kanapę...”. A ja na to: „Andrzej, myślisz, że ja bym kozę trzymała w mieszkaniu?! Żyłaby w ogródku”. A mój mąż mruczy pod nosem: „Trzeba by zabezpieczyć drzewa”.

Musi Pani bardzo uważać, o czym marzy, bo Pani marzenia tak szybko się spełniają!

Może jestem czarownicą? (śmiech) Ale marzyć nie przestanę!