Maryla Rodowicz kończy dziś 71 lat. Kim naprawdę jest diwa, którą od dekad zna i kocha cała Polska?

W dorobku artystycznym Maryli Rodowicz znajduje się ponad 500 (!) piosenek. Do tej pory wydała ponad 20 płyt. Twórczość Rodowicz znana jest nie tylko w kraju, ale także poza granicami Polski. Kultowe hity Rodowicz, jak „Hej, Sokoły”, „Wsiąść do pociągu”, „Sing-Sing”, „Kolorowe jarmarki” czy „Łatwopalni” razem z nią śpiewają nie tylko rówieśnicy Maryli, ale też ich dzieci, a nawet wnuczęta!

ZOBACZ: MARYLA RODODWICZ cała w lateksie na urodzinach "Super Expressu"!

Kariera Maryli Rodowicz zaczęła się od festiwalu w Opolu w 1969 roku. Zaśpiewała wtedy piosenkę „Mówiły mu”. Publiczność od razu zamarła. W ciągu jednego wieczoru narodziła się gwiazda. Dzięki talentowi, ciężkiej pracy i charyzmie jej Maryla pozostała w czołówce polskich artystów aż przez 40 lat!

„Małgośkę” Maryli Rodowicz okrzyknięto przebojem 35-lecia, a samą Marylę w rankingu tygodnika „Polityka” – polską wokalistką stulecia. Gwiazda nie żyje jednak tylko koncertami i występami dla publiczności, ale przede wszystkim rodziną i sportem.

CZYTAJ: MARYLA RODOWICZ ostro o przegranej Polaków z Portugalią: grali fatalnie, mam żal do naszych piłkarzy

Ostatnio w rubrykach plotkarskich Rodowicz jest całkiem sporo.  Chodzi o rozstanie Maryli z wieloletnim partnerem i mężem - Andrzejem Dużyńskim. Zawiedzie się jednak ten, kto czekał na wielki medialny skandal i pranie brudów. W naszym wywiadzie z początku roku gwiazda deklarowała, że lubi pokojowe rozstania, bez złych emocji. Może zatem ostatnie doświadczenia będą doskonałą inspiracją do napisania kolejnej hitowej piosenki? Która to by już była? Setna? Tysięczna? Kto by to zresztą liczył.

Maryli Rodowicz z okazji 71. urodzin składamy najserdeczniejsze życzenia!

A Was zapraszamy na wywiad Damiana Gajdy z Marylą Rodowicz, który pojawił się w styczniowej Gali:

 

Ma Pani noworoczne postanowienia?

Nie robię postanowień. Mój kalendarz jest wypełniony zobowiązaniami na cały rok – koncerty, nowa płyta – ale to raczej plany na przyszłość, a nie postanowienia. Wielu z nas obiecuje, że w kolejnym roku zadba o dietę, zapisze się na siłownię albo rzuci palenie...

A potem szybko o tym zapomina…

I wraca do starych przyzwyczajeń. Jestem spontaniczna, lubię iść na żywioł. Nie zamierzam być niewolnikiem ograniczeń, które sama sobie narzucam. 

Kiedy patrzy Pani w przeszłość, czuje Pani, że zrealizowała swój plan? 

Pyta mnie pan, czy jestem kobietą spełnioną? Jeśli tak – owszem, czuję się spełniona. Mam to szczęście, że kocham swoją pracę i dzięki niej zarabiam na życie. Ale spełniona poczułam się już dawno temu, chociaż nie uważam, żebym zrobiła jakąś wielką karierę. Chyba mogłabym bardziej zaistnieć – zwłaszcza jeśli chodzi o rynki zagraniczne. 

Na czym teraz się Pani skupia?

Staram się spełniać swoje marzenia. Jednym z nich było napisanie autobiografii. „Wariatka tańczy” ukazała się dwa lata temu i spodobała się czytelnikom. Potem pojawił się pomysł, żeby Marysia Szabłowska, moja serdeczna przyjaciółka, dziennikarka Polskiego Radia, przeprowadziła wywiady z bliskimi mi ludźmi – rodziną, współpracownikami – o mnie. Tak powstała książka „Maryla. Życie Marii Antoniny”. Jej kontynuacja, „Królowa jest tylko jedna”, właśnie się ukazała.

Nie bała się Pani, co powiedzą o Pani inni? 

Staram się mieć dobre relacje z ludźmi, zarówno z przyjaciółmi, jak i współpracownikami, nawet jeśli między nami coś zgrzyta. Lubię pokojowe rozstania, bez złych emocji.

„Warunkiem dobrego samopoczucia  jest polubienie samego siebie, swojego ciała i osobowości”, powiedziała Pani w jednym z wywiadów. Pani się to udało?

W pewnym stopniu, chociaż jestem wstydliwa. 

Jakoś trudno mi w to uwierzyć (śmiech).

Poważnie! Mam dużo kompleksów, które scena pozwala przezwyciężyć. Kiedy gram koncerty plenerowe dla kilkutysięcznej widowni, jest mi łatwiej. Tam panuje piknikowa atmosfera, ludzie chcą się dobrze bawić i nie zwracają uwagi na detale. Inaczej jest podczas występów na koncertach biletowanych. Wtedy widzowie przyglądają się mojej figurze, sprawdzają, co mam na sobie. Pierwsze minuty koncertu to weryfikacja, jak Maryla teraz wygląda. 

Jest Pani jedną z niewielu polskich artystek, która od lat budzi pozytywne emocje. Ludzie pokochali Panią za autentyzm. 

Czuję to zwłaszcza teraz, kiedy na Facebooku moje posty mają czasami kilkadziesiąt tysięcy polubień. Staram się odpowiadać na większość komentarzy fanów. Wśród nich są zarówno osoby starsze, jak i bardzo młode, tzw. gimbaza. Są przerażeni, dowiadując się, ile mam lat, bo pewnie mogłabym być ich matką, a nawet babcią!

Przyznała Pani kiedyś, że oszukiwanie czasu sprawia Pani przyjemność…

Uważam, że każdy artysta powinien przełamywać bariery, dlatego prowokuję – zachowaniem, strojem, muzyką. Sesja, która towarzyszy naszej rozmowie, też była prowokacją z mojej strony. 

Wyobraża sobie Pani komentarze, które pojawią się w internecie?

Cieszę się, kiedy ludzie mówią „Ona chyba upadła na głowę! Co ta Rodowicz wyprawia?”. Kontrowersyjnym strojem staram się odwrócić uwagę widzów od siebie. To moja maska, którą zakładam. Wtedy czuję się bezpieczniej. 

Za co Pani siebie lubi?

Za to, że jestem dzielną kobietą, która radzi sobie w trudnych sytuacjach i umie o siebie zadbać. Nawet jeśli wszystko się wali, zachowuję pogodę ducha. 

„Prowokacja i perfekcjonizm. Te słowa określają Marylę”, przeczytałem w „Królowa jest tylko jedna”. Zgadza się Pani z tym?

Jestem perfekcjonistką w pracy, ale na przykład totalnie nie radzę sobie z niektórymi domowymi obowiązkami. Od kilku miesięcy bezskutecznie obiecuję, że zrobię porządek w mojej 70-metrowej garderobie. Podobny bałagan panuje zresztą w pomieszczeniu, które moje dzieci nazywają „Archiwum X”, gdzie znajdują się dokumenty, archiwa, zdjęcia itp. 

W czym w takim razie przejawia się Pani perfekcjonizm?

Podczas występów nie pozwalam sobie na wpadki. Mam tremę przed wyjściem na scenę, dlatego by opanować nerwy, muszę być perfekcyjnie przygotowana. Dużo wymagam od swoich współpracowników, ale najwięcej od siebie. Bywam apodyktyczna, chcę decydować o wszystkim. Może dlatego, że sama nie lubię, gdy ktoś narzuca mi swoje zdanie. 

Zawsze tak było?

Od niedawna stałam się bardziej obowiązkowa. Prowadzę kalendarz, w którym zapisuję terminy spotkań, staram się nie spóźniać. Walka z ograniczeniami mnie nakręca. Wiele razy dostałam od życia w tyłek, ale nadal wierzę, że każdy decyduje o własnym losie. 

Ci, którzy Panią znają, mówią, że w życiu jest Pani świetną przyjaciółką, ale w pracy – tyranem. Lubi Pani mieć ostatnie słowo?

Nina Terentiew nazwała mnie kiedyś „Łyskiem z pokładu Idy”. Pracowitością i determinacją na pewno mu dorównuję (śmiech), chociaż w przeciwieństwie do niego nikt mnie nie namawia do pracy na wysokich obrotach, sama od siebie 
tego wymagam.

Uczy się Pani na swoich błędach?

Na ogół nie. W dzieciństwie babcia ostrzegała, żebym nie głaskała obcych psów. Zrobiłam to wbrew jej ostrzeżeniom i pies ugryzł mnie w udo. W nocy miałam atak wścieklizny. Babcia w samej koszuli zaniosła mnie na rękach do szpitala, gdzie podano mi kilka bolesnych zastrzyków z surowicy w brzuch. Przeżyłam, ale po wyjściu ze szpitala…  wpakowałam się do psiej budy (śmiech) i… dostałam drugą serię zastrzyków.

Pierwszy kryzys w Pani karierze pojawił się w latach 80., kiedy Pani teksty były cenzurowane. Bardzo to Pani przeżyła?

W stanie wojennym odwołano wszystkie koncerty w Polsce i za granicą – w Czechosłowacji czy NRD, gdzie wcześniej chętnie mnie zapraszano. W 1979 roku urodziłam Krzysztofowi Jasińskiemu syna, Jaśka. Trzy lata później na świat przyszła Kasia. Nie mogłam zarabiać, bo nie grałam. Mieszkałam wtedy na Ursynowie w nieurządzonym mieszkaniu. Jedyne, co miałam, to materac, wieszak i pralkę Franię, którą moja mama kupiła nam w prezencie. Ubrania trzymałam w workach foliowych. Co kilka dni wyłączano na zmianę prąd i wodę. Mimo to udawało mi się odnosić sukcesy – na festiwalu w Opolu w 1986 roku przyznano mi Nagrodę Dziennikarzy za piosenkę „Niech żyje bal”, a rok później za „Polską Madonnę”.

Od 26 lat jest Pani żoną Andrzeja Dużyńskiego. Szczęśliwy, wieloletni związek, zwłaszcza w świecie show-biznesu, to dzisiaj rzadkość. Jak Wam to się udało?

Agresja nie służy związkowi, dlatego nauczyłam się pokojowo rozwiązywać konflikty. Krzyk jest wyrazem bezradności i braku szacunku. A jeśli kogoś się kocha, trzeba go szanować. Aczkolwiek przyznaję, że umiem ryknąć jak lwica, zdarza się też, że wpadam w histerię. 

Na początku lat 90. trafiła Pani, razem z innymi twórcami kojarzonymi z PRL-em, na listę artystów zakazanych. 

Pojawiły się nowe media i komercyjne rozgłośnie, które nie emitowały piosenek wykonawców z poprzedniego systemu. 

Wsparciem okazał się wtedy dla Pani mąż.

Uznał, że skoro duże wytwórnie nie chcą wydawać moich płyt, on sam się tym zajmie. Założył firmę Tralala i sfinansował wydanie „Marysi  biesiadnej” i „Złotej Maryli” z autorskimi aranżacjami piosenek country. 

To był dla Pani, jako artystki, trudny czas?

Bardzo, a swoje humory związane z niepowodzeniami w życiu zawodowym przenosiłam na grunt prywatny. Andrzej dzielnie znosił moje krytykanctwo. Wykupił nawet czas antenowy w RMF-ie i Radiu Zet, żeby grali chociaż singlowe numery, co wydawało mi się upokarzające.