Kiedy po raz pierwszy zapytał Pan ojca: „Tato, skąd się biorą dzieci”?
Miałem cztery lata! Jechaliśmy fitem 126p, naszym rodzinnym samochodem. Rozmowy na ten temat pojawiały się, odkąd pamiętam. Tata nie opowiadał mi bajek o dzieciach przynoszonych przez bociany. Zamiast tego rzeczowo tłumaczył, czym jest cielesność, seks. Oczywiście w dostosowany do mojego wieku sposób.

Pański ojciec dużo pracował, nie miał zbyt wiele czasu dla rodziny. Nie bał się Pan, że podzieli jego los, wybierając ten sam zawód?
Oczywiście, że tak. Oboje moi rodzice są lekarzami – ojciec seksuologiem, matka chirurgiem. Ostrzegali mnie, że to zajęcie, które wymaga wielu wyrzeczeń. Wybierając studia medyczne, byłem świadomy tego, co robię. Prowadzenie gabinetu, praca w szpitalu, działalność naukowa są bardzo czasochłonne. Jestem wdzięczny żonie za wyrozumiałość, staramy się sobie to wynagrodzić jakością czasu spędzanego razem.

Tata też tak robił? Jakie było Pana dzieciństwo?
Wyjątkowo udane! Mimo że ojciec w przeszłości pracował jako lekarz wojskowy, w domu nie było musztry. Rodzice darzyli mnie zaufaniem, mogłem na przykład wracać z imprezy, o której chciałem, o ile ich uprzedziłem. Poza tym choć był zapracowany, zawsze miał dla mnie czas. Mieliśmy swoje rodzinne rytuały. Należały do nich między innymi zabawy żołnierzykami – godzinami leżeliśmy na dywanie i bawiliśmy się figurkami, które teraz odziedziczyły moje dzieci. Albo wspólne jedzenie kolacji po powrocie ojca do domu o 23.00. Lubiłem też czwartkowe męskie wieczory, kiedy mama miała dyżur – spędzaliśmy je razem, słuchając jazzu.

W domu otaczały Pana książki o seksie. To były ulubione lektury w młodości?
W naszym domu było mnóstwo książek, zarówno tych, które dotyczyły medycyny, seksualności, jak i literatura piękna oraz beletrystyka. Ale, oczywiście, rozmowy z ojcem na temat seksu i dostęp do dobrej literatury miały wpływ na wybór kierunku studiów. W medycynie podobało mi się wiele dziedzin. Seksuologia pociągała mnie od początku ze względu na swoją interdyscyplinarność.

Ile razy słyszał Pan, że ojciec coś Panu załatwił?
Czasami, ale nie przejmowałem się tym. Nazwisko ojca zawsze budziło emocje – zarówno pozytywne, jak i negatywne. Jeszcze w liceum słyszałem: „Ej, ty, syn Starowicza, nie mądruj się tak”. Takich skojarzeń nie da się uniknąć, podobnie jak porównań z sukcesem zawodowym odniesionym przez tatę. Nie zamierzam jednak z tego powodu rezygnować z robienia czegoś, co mnie pasjonuje. Lubię wyzwania.

I to się Panu udało – należy Pan do grona najbardziej uznanych polskich seksuologów. Z jakimi problemami zwracają się do Pana pacjenci?
Są to różne problemy dotyczące zdrowia seksualnego – zaburzenia podniecenia, erekcji, wytrysku, ale też problemy relacji w związku. Jestem seksuologiem i psychiatrą. Leczę pacjentów z depresji, zaburzeń lękowych i psychotycznych. W pracy naukowej często łączę te tematy. Niedawno byłem na konferencji w Kopenhadze. Mówiłem tam o wpływie zaburzeń depresyjnych i psychotycznych na zdrowie seksualne.

Podobno seksuolog to lekarz kilku profesji. Zgodzi się Pan z tym?
Można tak powiedzieć. Jak już mówiłem, seksuologia jest interdyscyplinarna – łączy wiele dziedzin medycznych. Lekarz seksuolog musi posiadać elementy wiedzy internistycznej, urologicznej, ginekologicznej, neurologicznej czy psychiatrycznej. Pacjenci przychodzą do mnie z różnymi problemami: jeden może mieć dolegliwości wywołane chorobą sercowo-naczyniową czy cukrzycą, inny – depresją. Rozpiętość jest duża.

Jeszcze kilkanaście lat temu wizyty u seksuologa nie były zbyt popularne, dzisiaj to norma.
Norma to za dużo powiedziane, bo nadal większość osób cierpiących z powodu problemów seksualnych nie podejmuje leczenia. W Polsce wizyty u seksuologa nie są refundowane. Jednak, istotnie, znacznie więcej osób poszukuje pomocy specjalisty, zwiększyła się otwartość w mówieniu o seksie. Duża w tym rola mediów – popularyzacji tematu w telewizji czy prasie. Mimo to dla wielu pacjentów wizyta u seksuologa jest czymś wstydliwym. Prawie każdy na początku czuje się zawstydzony…

Potem się otwierają?
Zazwyczaj tak. Jedni mają pragmatyczne podejście, nastawione na rozwiązanie problemu. Starają się udzielić i uzyskać jak najwięcej potrzebnych informacji. Inni są zablokowani przez barierę wstydu i potrzebują kilku spotkań, by poruszyć wszystkie istotne tematy. Z czasem, gdy nawiązuje się relacja terapeutyczna, zajmujemy się coraz bardziej intymnymi sprawami.

Wśród Pańskich pacjentów są pary, które wierzą, że wizyta u seksuologa uratuje ich związek?
Seks jest ważną sferą dla większości ludzi i związków – jeśli jedna osoba cierpi na jakąś dysfunkcję, doświadcza tego również partner. Problemy seksualne potrafią zniszczyć nawet bardzo dobry związek. Istnieje jeszcze  inna zależność: para często zgłasza się z problemem seksualnym, jednak okazuje się, że problem leży nie w dysfunkcji lub braku umiejętności seksualnych, lecz w istotnych problemach dotyczących więzi uczuciowej, komunikacji, podziału ról itp. Problem seksualny to tylko wierzchołek góry lodowej.

 

Co odpowiada Pan dzieciom, kiedy pytają, czym się Pan zajmuje?
Wiedzą, że jestem lekarzem i leczę ludzi, ale są jeszcze za małe, by zrozumieć, czym konkretnie się zajmuję. Kiedy zaczną pytać,  będę odpowiadał Jeśli o to chodzi, miałem w domu dobre wzorce. (śmiech)

A jak rozmawiać z dziećmi o seksie?
W Polsce wciąż pokutuje stereotyp, że dzieci nie powinny zbyt wiele wiedzieć o seksie. Ale one i tak poszukują informacji na własną rękę. Nie chodzi o to, aby uczyć ich technik seksualnych, ale budować świadomość ciała – szacunku do niego, obrony pewnych granic i poszanowania innych. Jeżeli mówimy dziecku, że ciało jest czymś, czego należy się wstydzić, często w dorosłym życiu okazuje się, że ma ono problemy ze swoją seksualnością – brakiem swobodnego przeżywania pożądania, podniecenia, satysfakcji.

Tymczasem 30 proc. Nastolatków przyznaje, że uczy się seksu z filmów pornograficznych.
To skutek braku wcześniejszej edukacji. Ciągle uważa się, że jest za wcześnie, by rozmawiać o seksie. A gdy już podejmuje się takie próby, dzieci są uświadomione przez inne, zazwyczaj mało wiarygodne źródła. Spotykamy się w Centrum Terapii, które prowadzi Pan razem z ojcem.

Rywalizujecie ze sobą?
Trudno mówić o rywalizacji, bo każdy z nas jest na innym etapie zawodowego rozwoju. Ojciec jest biegłym sądowym i konsultantem krajowym w dziedzinie seksuologii, prowadzi też kursy specjalizacyjne. Ja na co dzień jestem kierownikiem oddziału psychiatrycznego w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, zajmuje mnie także praca naukowa. Centrum Terapii to miejsce, w którym nasze drogi zawodowe się spotykają. Siedząc w gabinecie, nie myślimy o rywalizacji – naszym celem jest pomoc pacjentowi. Chętnie korzystam z doświadczenia ojca, bardziej skomplikowane problemy omawiamy wspólnie. Mamy też zespół specjalistów, z którymi współpracujemy.

Ojciec jest dla Pana wzorem?
Oczywiście, zawsze był. Wspólna praca z nim to najważniejsza część mojej edukacji. Wiedzę merytoryczną można czerpać z książek, doświadczenia – już nie. Ojciec nauczył mnie zaangażowania w pracę, niemówienia zbyt często zdaniami twierdzącymi, poszukiwania rozwiązań. Szanowania cudzych poglądów i własnych zasad.

Dużo rozmawiacie o pracy?
Kiedy mamy do omówienia jakiś istotny problem kliniczny albo planujemy szkolenie. Ale na szczęście mamy też wiele innych ciekawych tematów poza pracą.

Na przykład? Jakie są Pana pozazawodowe pasje?
Zawsze lubiłem podróżować
uprawiałem wiele dyscyplin sportowych. Najlepiej relaksuję się przy dobrej książce i ulubionej muzyce, w zależności od nastroju – rockowej, klasycznej, latynoamerykańskiej lub jazzowej, do której miłość zaszczepił mi ojciec. Nie wyobrażam sobie również życia bez dobrego wina i jedzenia. Razem z żoną i znajomymi często spotykamy się wieczorami i wspólnie gotujemy.

Ucieszy się Pan, jeśli za kilka lat dzieci powiedzą, że chcą iść w Pana ślady?
Chciałbym, żeby rozwijały swoje pasje. Jeśli wybiorą ten sam zawód co ja i ojciec, będę ich w tym wspierał.