Znasz Nowy Jork lepiej niż Warszawę?
Czasem wydaje mi się, że tak. Kończyłam w Nowym Jorku szkołę średnią i studia. Kiedy tam jestem, czuję wzruszenie. Wszystko mi się przypomina, wystarczy drobiazg. Ciągle pamiętam smak chleba z suszonymi wiśniami, który kupowałam na Broadwayu, niedaleko Uniwersytetu Nowojorskiego. Zapach kawy w kubkach styropianowych, bo w Nowym Jorku chyba nikt nie pija kawy w domu.

Kiedy poczułaś się tam, jak u siebie?
Gdy zaczęłam mieć sny po angielsku, czyli zaczęłam częściej myśleć po angielsku niż po polsku. To było po ośmiu latach. Miałam za sobą 4,5-letnie studia aktorskie i pierwszą pracę, jako asystentka producenta w stacji telewizyjnej WNBC. Biuro mieściło się przy Rockefeller Center, z okien naszego pokoju widziałam czubek znanej na całym świecie choinki świątecznej.

Jaka byłaś, gdy w wieku 17 lat wyjeżdżałaś w świat? Silna i przebojowa czy emocjonalna i wrażliwa?
Byłam silna. Myślę, że nadal jestem, chociażby z racji  tego, że zostałam matką i muszę być silna dla córki.  Mam naturę introwertyczną, choć ludzie często odbierają mnie jako osobę otwartą i towarzyską. Mylą to  z pewnego rodzaju sposobem bycia, którego nauczyłam się w Stanach, a który nie ma nic wspólnego z przebojowością czy chęcią przebywania w tłumie.

W Nowym Jorku stałaś się dorosła?
Nowy Jork wiele mnie nauczył, przede wszystkim tolerancji. Na studiach byłam jedyną Europejką, ale nie byłam za to wytykana palcami. Nauczyciele, podobnie zresztą jak inni studenci, zbudowali we mnie świadomość, że to mnie wyróżnia, że to atut.

Dlaczego wróciłaś do Polski?
Wcale tego nie planowałam. Podpisałam kontrakt w Polsce i przyjechałam na czas promocji płyty. Mieszkałam już wtedy od dwóch lat w Los Angeles, miałam tam przyjaciół i dom. Pobyt tutaj się przedłużył, pojawiły się koncerty, „Taniec z gwiazdami”. I zostałam, już siedem lat.

Teraz mieszkasz na Śląsku. To zupełnie inny świat, jak się tam odnalazłaś?
To kwestia logistyki, żeby łączyć życie na Śląsku  z zobowiązaniami zawodowymi w Warszawie. Ale ponieważ od kiedy pamiętam, podróżuję, nie zniechęca mnie to. Wsiadam do samolotu albo pociągu i za chwilę jestem w Warszawie, na nagraniach, spotkaniach, sesjach. Dużo czasu poświęcam rodzinie, mojej córce – to mnie buduje. Ale też nie traktuję macierzyństwa jako misji, nie ograniczam się wyłącznie do tego.

Jak się zmieniłaś, gdy zostałaś matką?
Urodzenie dziecka porządkuje wiele spraw w głowie, choć nadal nie wiem, czy z pełną stanowczością mogę o sobie mówić: jestem dorosła. Na pewno jednak macierzyństwo zbliżyło mnie do dorosłości. Człowiek bardzo łatwo przyzwyczaja się do komfortu bycia samemu, bez dziecka. Przedtem moje sprawy dotyczyły tylko mnie. Macierzyństwo uświadomiło mi, że wszystko mija, a dziecko to jedyny ślad, jaki po nas pozostaje. I tego nie można poczuć, dopóki nie zostanie się matką. Ja zyskałam spokój. Wzrusza mnie  w moim dziecku wiele rzeczy: bezwarunkowa i totalna miłość, z jaką na mnie patrzy, albo to, jak genialnie potrafi się przystosować do nowych warunków.

A Ty się przystosowujesz czy walczysz o swoje?

Jestem lwem, walczę, mam naturę buntowniczą. Nie lubię, kiedy ktoś mi narzuca swoje zdanie, mówi do mnie w sposób autorytarny. Nie przystosowuję się na siłę do sytuacji, które mi nie odpowiadają. Z reguły jeśli coś mi nie pasuje, nie potrafię w tym być. Ale uczę się kompromisów. I tego, że pójście na kompromis nie musi od razu oznaczać rezygnacji z siebie.

Szkoła baletowa to też była nauka życia?

Szkoła baletowa uziemia. To ciężka praca, trzeba umieć się podporządkować, być odpornym na krytykę i współzawodnictwo. Dyscyplinę trzeba mieć nie tylko w sali baletowej, ale także poza nią. Niewdzięczny zawód, tylko dla pasjonatów. Ale organizm się uzależnia – od ruchu, pracy, jak w sporcie. Miałam okazję wiele razy tańczyć na deskach teatru, moje dziecięce marzenie się ziściło. Ale dzięki temu dużo rozmawiałam z innymi tancerkami, również tymi z Teatru Wielkiego. Cena za kilka sekund braw od publiczności, zarówno fizyczna, jak i emocjonalna, jest niewyobrażalnie duża. Moje rozstanie z baletem to nie był impuls. Dotarło to do mnie na poziomie racjonalnym po siedmiu latach niezwykle ciężkiej, chociaż też pięknej pracy.

Kupiłaś prawa do amerykańskiej książki, żeby przenieść ją na deski teatru. Co w niej jest tak emocjonującego?
Od reżyserki Olgi Chajdas dostałam książkę „Playground”. Napisała ją córka lekarza Hugh Hefnera, Jennifer Saginor. Wychowywała się w rezydencji „Playboya” i ja-ko dziecko widziała rzeczy, o których krążą legendy. Nie było to spokojne dzieciństwo, robiła i patrzyła na wszystko, czego powinna unikać nastolatka. Seks, narkotyki, przemoc, przekraczanie granic. Książkę przeczytałam jednym tchem i wysłałam e-maila do autorki. Nie było łatwo zdobyć prawa, ale po dwóch latach się udało.

Na festiwalu ­filmowym w Krakowie pokazywany był groteskowy ­film o show-biznesie „Test”. Grasz w nim aktorkę, która by pomóc swojej karierze, poddaje się testom w Instytucie Badania Potencjału Sukcesu i Sławy. Jak wypadłby taki test, gdyby zgłosiła się tam Natalia Lesz?
Nie wiem, czy Natalia Lesz poddałaby się takim testom. Nie lubię być testowana, mimo że w moim zawodzie jest to nieuniknione. Nie lubię castingów, choć są one konieczne, stresuję się koncertami i występami publicznymi. Nie ufam ludziom i instytucjom, które uważają, że mają monopol na prawdę, na to kim jesteśmy lub kim powinniśmy być, a takich jest pełno. Ocenianie innych weszło nam w krew. Jako dziewczyna działająca w show-biznesie słyszałam i czytałam wiele epitetów na swój temat. Jeśli posiada się jakąkolwiek wrażliwość, zachowanie całkowitego dystansu bywa trudne, ale wtedy dom i rodzina przypominają o tym, co prawdziwe i naprawdę warte naszej energii czy uwagi.