Kiedy weszłaś do kawiarni, uwaga wszystkich mężczyzn skupiła się na Tobie...

Takie reakcje mnie peszą. Z natury jestem nieśmiała, nie lubię być w centrum zainteresowania. I tak lepiej to znoszę niż w dzieciństwie, kiedy charakterystyczna uroda była moim największym kompleksem. Występuję na scenie od 3. roku życia. Mimo że nauczycielka chwaliła moje umiejętności, mówiła, że jeśli nie nabiorę pewności siebie, niczego nie osiągnę. Miała rację – przez 11 lat chodziłam na castingi bez większych rezultatów...

Bardzo przeżywałaś te porażki?

Płakałam, kiedy Janusz Józefowicz, po roku przygotowań, nie zdecydował się na mój udział w musicalu „Piotruś Pan”, który reżyserował. Miałam zagrać Tygrysicę Lilię, ale ostatecznie ta rola przypadła innej dziewczynce o typowo słowiańskiej urodzie. Musiała wprawdzie nosić perukę i używać samoopalacza, ale miała to, czego mi brakowało – siłę przebicia. 

Wtedy postanowiłaś, że będziesz z tym walczyć?

Tak, ale nie było łatwo – lata pracy nad sobą, warsztatów. Mogłam albo zrezygnować z marzeń, albo wziąć się w garść. Ostatecznie stworzyłam swoje alter ego, którym posługiwałam się podczas występów. 

Śpiewałaś przed lustrem?

Wyobrażałam sobie, że jestem Michaelem Jacksonem, Tiną Turner albo Jimem Carreyem, którego uwielbiałam. Obserwowałam, jak oni zachowują się na scenie, i starałam się to naśladować (śmiech). 

W relacjach z bliskimi jesteś równie zachowawcza?

Raczej nieufna. Mam stałe grono przyjaciół, z którymi trzymam się od lat. Rzadko nawiązuję głębsze relacje z nowo poznanymi osobami. Przyjaźń to intymna relacja – potrzebuję czasu, by się przed kimś otworzyć i zaufać mu na tyle, aby nazwać go przyjacielem. 

Złośliwi mówią, że porzuciłaś już karierę piosenkarki i ograniczyłaś się do prowadzenia komercyjnych programów.

Muszę ich rozczarować – muzyka, obok dwóch pozostałych dziedzin, w których się realizuję, czyli aktorstwa i pracy w telewizji, była i jest dla mnie na pierwszym miejscu. Od zawsze wiedziałam, że chcę śpiewać, i robiłam wszystko, żeby to się spełniło. Prowadzenie „You Can Dance” to efekt uboczny muzycznej działalności.

Twierdzisz, że muzyka jest dla Ciebie priorytetem, tymczasem Twoja debiutancka płyta zebrała wiele krytycznych recenzji. Przeżyłaś to?

Jako nastolatka pisałam mroczne teksty i wierzyłam, że tylko niszowa muzyka ma wartość. Przed moją oficjalną płytą nagrałam trzy inne. Potem uległam namowom producentów, którzy twierdzili, że skoro występuję w popularnych programach, to powinnam wydać komercyjną płytę. 

Żałujesz?

Ta płyta spełniła wiele moich marzeń – singiel z Mattem Pokorą był emitowany w stacjach radiowych w trzech różnych krajach, dostałam nominację do kilku ważnych nagród, wystąpiłam na festiwalu w Opolu, a moje teledyski notowały milionowe wyświetlenia na YouTube. Od półtora roku pracuję nad kolejną autorską płytą – nagrałam już 60 utworów. Niektóre z piosenek udostępniam na mojej stronie za darmo.

Dużo pracujesz – umawiamy się późnym popołudniem, bo odsypiałaś nocne zdjęcia do kolejnej edycji „You Can Dance”. Znajdujesz czas dla siebie?

Jestem do tego przyzwyczajona. Od dziecka ciężko pracuję – rodzice pozwalali mi grać w teatrze pod warunkiem, że nie będę opuszczać zajęć i utrzymam wysoką średnią. Dlatego bez upominania wstawałam o piątej rano, uczyłam się do siódmej, a potem szłam do szkoły. Po lekcjach na próby do teatru, potem na zajęcia do szkoły muzycznej i na spektakl. Nie było łatwo, ale ja lubię, gdy jest trudno. 

Dlaczego?

Bo mnie to nakręca. Lubię mieć poczucie, że sama zapracowałam na swoje małe sukcesy. Od dziecka wiedziałam, co chcę robić w życiu, i konsekwentnie do tego dążę. Nie przyjmuję wszystkich propozycji, które dostaję. Staram się maksymalnie skupiać na danym projekcie, dlatego, kiedy prowadzę program, nie zajmuję się muzyką i odwrotnie. 

A dla rodziny masz jeszcze czas?

Walczę o każdą godzinę dla bliskich: babci, rodziców, rodzeństwa i przyjaciół. Dużo pracuję, ale kiedy mnie potrzebują, przyjeżdżam nawet w środku nocy. Jesteśmy w ciągłym kontakcie - dzwonimy do siebie, piszemy i spotykamy się. 

Wychowywałaś się w "mieszanej" rodziniie,

Tata pochodzi z Demokratycznej Republiki Konga. Do Polski przyjechał na stypendium na studia. Na początku mieszkał w Lublinie, gdzie uczył się polskiego. Tam, na schodach akademika, zobaczył moją mamę i jak mówi, to była miłość od pierwszego wejrzenia. 

Twój kolor skóry był kiedyś dla Ciebie problemem?

Wczoraj żartowałam z mamą, że nie jestem stuprocentową Mulatką (śmiech). Zawsze uważałam się za jakąś podróbkę! To chyba słowiańskie geny mamy mnie tak „wybieliły”. Dlatego, w co pewnie trudno uwierzyć, chodzę na solarium! Określenia w stylu „asfalt” zbywam żartem. Jestem pozytywnie nastawiona do świata. Uwielbiam tekst babci jednej z moich koleżanek z podstawówki, która powiedziała: „Patrysiu, jestem rasistką, ale ciebie lubię” (śmiech).

Mówiłaś w wywiadach, że w Twoim słowniku nie ma słowa „rasizm”. Wyparłaś je?

Nie wierzę w problem rasizmu w Polsce. Uważam, że negatywne nastawienie wynika głównie z nieobycia, chęci zwrócenia na siebie uwagi lub ze strachu. Jeśli się czegoś boimy, za wszelką cenę staramy się to negować. W latach 90. widok osoby o innej karnacji na ulicach był czymś dziwnym, dziś to już codzienność. Ciemnoskórzy pojawiają się na okładkach gazet, wygrywają popularne programy telewizyjne. Czasy się zmieniają i wszystko zmierza ku lepszemu. 

Urodziłaś się i dorastałaś w Polsce. Czujesz się Polką?

W stu procentach! Fajnie, że mam afrykańskie korzenie, ale moja ojczyzna jest tutaj – wychowałam się w Polsce, mówię po polsku i uwielbiam pierogi! (śmiech) 

Afrykańska kultura była obecna w Twoim domu?

Nie i bardzo tego żałuję. Chciałabym móc porozmawiać z dziadkiem w języku afrykańskim, a nie po fran-
cusku. Ja będę wychowywała dzieci w kulturze międzynarodowej.

 Do Konga po raz pierwszy pojechałaś w tym roku. Dlaczego tak długo zwlekałaś z tą podróżą?

W latach 90. było tam po prostu niebezpiecznie, a później nie mogliśmy sobie pozwolić na tak kosztowną podróż. Dopiero w zeszłym roku zaprosili mnie tam organizatorzy Bilily Awards, imprezy, na której nagradzane są najlepsze teledyski. To było duże wyróżnienie, bo artystów zgłaszali słuchacze, więc ucieszyłam się, że ktoś w Kongu zna moją muzykę. Dostałam nagrodę w kategorii „Odkrycie roku” i co więcej, mogłam zaśpiewać na scenie ze swoim idolem z dzieciństwa Papa Wemba. 

Mama jest dumna z Twoich sukcesów?

Myślę, że tak, sama też kocha muzykę. Kiedy byłam mała, prowadziła w Pałacu Młodzieży zajęcia z rytmiki i gry na instrumencie. Zajmowała się mną wtedy babcia, a ona dojeżdżała do Łukowa, gdzie mieszkałam, na weekendy. Sama razem z ojcem, który robił wtedy magisterium, mieszkała w jednym pokoju w akademiku, gdzie nie było warunków do wychowywania małego dziecka. 

Przyjaźnisz się z mamą?

Miałyśmy swoje wzloty i upadki, ale się dotarłyśmy i wypracowałyśmy zdrową relację. Kochamy się i możemy na sobie polegać. W dzieciństwie byłam typem samotnika i nie lubiłam rozmawiać z nikim o problemach. To się zmieniło i teraz, kiedy jest mi źle, dzwonię do mamy. Chodzimy razem do kina, teatru, dbamy, by mieć dla siebie czas.

Na zdjęciach wyglądacie nie jak matka z córką, ale jak koleżanki!

Kiedy urodził się młodszy brat, William, wszyscy myśleli, że to mój syn! (śmiech) Czasem zdarza się, że jak gdzieś idziemy, ludzie pytają mamę, czy jest moją przyjaciółką. Są zdziwieni, kiedy poznają prawdę.

To ona odkryła Twój talent?

Moja mama jest typową kobietą, która uwielbia zakupy. Pewnego razu zabrała mnie do sklepu z buta-
mi. Godzinami szukała idealnej pary, a ja trochę się nudziłam... Usłyszałam muzykę, zaczęłam tańczyć i bawić się zasłoną w przymierzalni. Jedną z klientek była pani, która prowadziła muzyczny teatr dziecięcy. Poprosiła mamę, żeby przyprowadziła mnie na casting. Wygrałam go i pół roku później zagrałam już w swoim pierwszym teledysku. Miałam wtedy niecałe 3 lata.

Mama była Twoją menedżerką?

(śmiech) Nie, ona zawsze traktowała moją karierę z przymrużeniem oka. Razem z ojcem mieli zupełnie inne plany wobec mnie – stąd studia na SGH. Walczyli do końca – chcieli, żebym zdobyła porządny zawód.

Sprzeciwiałaś im się?

Chciałam udowodnić, że zawód artysty nie oznacza, że nie będę miała porządnego wykształcenia. Uczyłam się nocami, zbierałam materiały do referatów, pilnowałam terminów zaliczeń. Wszystko zmieniło się, kiedy skończyłam 21 lat, bo już fizycznie nie dawałam rady. Żałuję, że rzuciłam studia na trzecim roku, ale wierzę, że jeszcze wrócę na uczelnię. Chcę to zrobić dla siebie, a nie po to, żeby komuś coś dowodnić. Masz młodszego brata i siostrę Victorię.

Jaką jesteś dla nich siostrą?

Mam nadzieję, że dobrą. Staram się nadawać z nimi na tych samych falach, mimo że jest między nami przepaść pokoleniowa (śmiech). Od czasu do czasu muszę zachowywać się jak starsza siostra, ale ogólnie chyba jestem „cool”. 

Podobno bardzo przeżywałaś narodziny swojego brata. Bałaś się, że przestaniesz być oczkiem w głowie rodziców?

Brat był na moje specjalne zamówienie (śmiech). Powiedziałam rodzicom, że muszę mieć rodzeństwo, i codziennie się o nie modliłam! Szukałam kompana do zabawy, ale minęło dużo czasu, zanim zaczęliśmy się wspólnie bawić. W relacjach z rodzeństwem jesteś opiekuńcza. 

A w związkach?

Też, ale zawsze staram się, żeby akcenty były równo rozłożone. 

Czego szukasz w mężczyznach?

Męskości i poczucia humoru.

A poza tym?

Pociąga mnie inteligencja, barwa głosu i charyzma. No i... wzrost. Lubię wysokich mężczyzn. Dobrze też, jeśli facet ma swoją pasję i jest pewny siebie. 

Co czujesz, kiedy media rozpisują się o Twoich nieudanych związkach?

Jest mi to obojętne, bo zazwyczaj reagują z dużym opóźnieniem. Bardzo skrzętnie dbam o swoją prywatność. 

Jak Ty to robisz?

To nie jest zbyt skomplikowane. Nauczyłam się mylić tropy. Kiedy chciałam się gdzieś pojawić ze swoim chłopakiem, bywało, że wchodziliśmy innymi wejściami. 

Co Twoim zdaniem jest podstawą udanego związku?

Partnerstwo i przyjaźń.

Ostatnio mówiłaś, że chcesz zacząć „żyć chwilą”. Udało Ci się to?

Teraz więcej uwagi poświęcam zabawie, nie zaniedbując przy tym swoich zawodowych obowiązków. Nie jestem już tak surowa i konsekwentna – staram się być bardziej spontaniczna i po prostu cieszyć się życiem.