Przez kilka lat grałeś w serialach przystojnych chłopców: miły uśmiech, dwudniowy zarost, zadbana fryzura. W „Pitbullu” nie można Cię poznać: gęsta broda, irokez, groźne spojrzenie. I widzę, że ta zmiana dobrze Ci zrobiła – zmężniałeś. 

Prywatnie irokeza już nie noszę, ale rzeczywiście, mocno zmieniłem wizerunek. Tak się stało dzięki „Pitbullowi”. Moją postać wymyślił reżyser – Patryk Vega. I ten wizerunek jest mi zdecydowanie bliższy. W serialach męski wygląd tak łatwo nie przechodzi. Żadnej brody czy tatuaży, ma być gładko i ślicznie. No i było. Czekałem na rolę, w której będę mógł grać silnego faceta i tak wyglądać. Ona wpisała się w czas ważnych zmian w moim życiu.

Od czego zaczęły się te zmiany?

Trzy lata temu miałem trudniejszy moment. Przypadkiem odkryłem, że nieźle mi robią ćwiczenia na siłowni. Mogłem się tam wyładować, zapomnieć o problemach i poczuć się pewniej. To był początek. Bo największy wpływ na mnie ma związek z moją narzeczoną, aktorką Kasią Warnke – przy niej odżyłem, poczułem w sobie męską siłę. Miłość chyba tak działa. Doskonale się rozumiemy i bardzo kochamy. Oboje jesteśmy silnymi osobowościami, nasza relacja jest zbudowana na różnicach. Każde z nas coś wnosi. Ona buduje moją pewność siebie, ja staram się dać jej to, czego ona potrzebuje. Świetnie się uzupełniamy.

A różnica wieku? Kasia jest starsza od Ciebie o 10 lat.

Nie czuję jej. Jesteśmy różnymi ludźmi, z różnym doświadczeniem, Kasia ma go więcej. Dla nas wiek nie jest najważniejszy, nie uważamy, że nasze zachowania są zależne od tego, ile mamy lat. Oczywiście na początku ludzie pytali o tę różnicę, i Kasię, i mnie. Ale wreszcie już przestali. 

Jak się poznaliście?

Na castingu do filmu „W spirali”, w którym gramy parę. To było półtora roku temu. Kasia od razu mnie zafascynowała, jako kobieta i jako aktorka. Kiedy zaczęły się zdjęcia, wyjechaliśmy z ekipą na kilka tygodni z Warszawy. Czuliśmy się trochę jak dzieci na koloniach, oderwani od rzeczywistości. Byliśmy już wtedy parą, ale nie wszyscy o tym wiedzieli, chcieliśmy oddzielić naszą prywatną relację od relacji postaci. Zwłaszcza że graliśmy rozpadające się małżeństwo! 

Na dodatek Twój bohater jest aktorem. Jak udało się Wam ochronić tak świeży związek przed emocjami granych postaci?

Żyliśmy w dwóch światach naraz. Nawet nie do końca zdawaliśmy sobie z tego sprawę. Dopiero po powrocie ze zdjęć, któregoś ranka jedząc razem śniadanie, uświadomiliśmy sobie, że wszystko musimy dopiero zacząć. Że nie byliśmy jeszcze na randce, że dopiero musimy poznać naszych znajomych, środowiska, światy. Bardzo ciekawe doświadczenie. Śmieję się, że na samym początku związku przerobiliśmy sytuację małżeńskiego kryzysu. 

 

Twój policjant z „Pitbulla” to silny macho. Kobiety traktuje przedmiotowo, romanse szybko kończy. Jakie Ty masz podejście do kobiet?

W związku cenię partnerstwo, to jest wzór, który wyniosłem z domu. Nigdy nie patrzę na kobietę z góry, potrafię się od niej uczyć i dawać dużo w zamian. Najważniejsze, żebyśmy się słuchali i mieli do siebie szacunek. Ale Majamiego będę bronił. Za jego pozorną siłą macho stoi wielka wrażliwość, na którą nie może sobie pozwolić, bo wykonuje ciężką pracę. Musi odłączyć emocje, żeby móc walczyć z bandytami. Brutalne sceny w filmie są inspirowane autentycznymi sytuacjami. Historia Majamiego jest oparta na losach kilku prawdziwych policjantów. To nie są fantazje, ci ludzie naprawdę przelewają krew. 

Uczestniczyłeś w jakiejś policyjnej akcji?

Spędziłem kilka dni z policjantami z wydziału realizacji – to ci w czarnych kominiarkach, którzy zatrzymują przestępców. Uczestniczyłem w ich ćwiczeniach, ubrali mnie w „graty”, jak nazywają swój rynsztunek. Idąc z nimi w konwoju, poczułem się, jakbym był w akcji. Polubiłem się z nimi, dopuścili mnie do swojej grupy. 

Może masz w sobie coś takiego, co ich do Ciebie przekonało? Jakie Twoje cechy ma Majami?

Determinację i wrażliwość. Zbudowałem rolę Majamiego na swoich cechach, tylko rozłożyłem je w innych proporcjach. 

A brutalność?

Tak, mam też taką stronę swojej osobowości, pewien rodzaj bezwzględności. Kiedyś bałem się swojej ciemnej strony. Myliłem ją ze złem. I chowałem głęboko, bo bałem się wywoływać konflikty. Teraz, kiedy zacząłem pokazywać swoją siłę, okazuje się, że ona wcale ich nie wywołuje, bywa nawet konstruktywna. Dzięki roli Majamiego przerobiłem cechy, które ukrywałem i których się obawiałem.

Bardzo rozrabiałeś w dzieciństwie?

Nie, przeciwnie. Byłem pogodnym, kontaktowym dzieckiem, może nawet zbyt miłym, za co czasem mi się obrywało. Zawsze wszystkich usprawiedliwiałem. Miałem bezpieczny dom, od rodziców dostałem dużo miłości. Wychowywałem się ze starszą o 9 lat siostrą, ale chodziliśmy różnymi ścieżkami. Tata jest informatykiem, mama konserwatorką zabytków po ASP, przez lata pracowała jako główny konserwator w Pałacu w Wilanowie. Mama nauczyła mnie radości i beztroski. Z tatą doskonale się wyczuwamy, wystarczy, że spojrzymy na siebie i obaj wiemy, o czym myślimy. Próbował ostudzić moje marzenia o aktorstwie, miałem dwóje z polskiego, obawiał się, że to mi przeszkodzi.

 

Dlaczego chciałeś być aktorem?

Nigdy do niczego się tak nie zapaliłem jak do aktorstwa. Jeszcze w podstawówce uwielbiałem Cezarego Pazurę, „13. posterunek” i „Kilera”. Potem przeczytałem, że Pazura za pierwszym razem nie dostał się do szkoły aktorskiej, i pomyślałem, że skoro mimo problemów został świetnym aktorem, to znaczy, że można. W liceum najlepiej ze wszystkich kolegów parodiowałem wykładowców. Nagle poczułem jakąś dziwną pewność siebie. Pomyślałem, że skoro jestem taki świetny, wystarczy, że pójdę na egzaminy do szkoły teatralnej i na pewno się dostanę. Ale się nie dostałem (śmiech). Strasznie się wkurzyłem i całą energię skierowałem na to, żeby mi się udało. W kolejnym roku zdawałem już do czterech szkół, dostałem się do PWST w Krakowie. Nasz rok był mocny: Dawid Ogrodnik, Kuba Gierszał, Mateusz Kościukiewicz, Marcin Kowalczyk, Maciek Nawrocki, Daniel Szczypa i inni. Wszyscy dziś coś robią. 

Dla Ciebie przepustką do sławy dopiero teraz będzie „Pitbull”. Nie zazdrościłeś bardziej znanym kolegom z roku?

Oni bardzo szybko wystartowali, Marcin zagrał w filmie „Jesteś bogiem”, kiedy byliśmy na czwartym roku. Traktowałem to jako perspektywę dla siebie, cieszyłem się, że tak dobrze im idzie, i grzecznie czekałem na swoją kolej. Nie bardzo w to wierzę. Myślałem: fajnie, że im się udało, bo to znaczy, że mi też się uda. Zawsze się wspieraliśmy, jesteśmy z tego samego gniazda. Ale minął pierwszy rok po szkole, potem drugi. Wyjechałem do Bydgoszczy, grałem tam w teatrze, premiera za premierą. Czasem zagrałem w serialu, ale w filmie nie dostawałem żadnej roli. Pomyślałem: a jeśli jednak to się nie wydarzy? I wtedy poczułem lekką zazdrość. Koledzy mieli kolejne role, mogli już wybierać, a ja ciągle nie wszedłem na pierwszy poziom. Zacząłem trochę wątpić w swoje szczęście. Zwyciężył jednak mój wyniesiony z domu optymizm. 

Grasz przeciwnika Bogusława Lindy, całujesz się z Mają Ostaszewską, masz główną rolę w kultowym „Pitbullu”. Czy to było duże wyzwanie?

Bardzo duże. Zagrać w „Pitbullu”, który wraca po 10 latach, zmierzyć się z tym, że moja rola będzie porównywana do roli Marcina Dorocińskiego. Bałem się tych oczekiwań. Musiałem skoncentrować się na pracy, nie emocjonować sytuacją. W pewnej chwili nawet trochę się zagalopowałem. Kiedy czytałem scenariusz, wyobrażałem sobie postać, którą gra Bogusław Linda. Na próbach okazało się, że on widzi ją zupełnie inaczej. Automatycznie zacząłem z nim dyskutować: „A może twoja postać powinna zrobić to tak i tak”. Zareagował: „To moja postać, pozwolisz, że zagram, jak uważam”. Otrząsnąłem się: „Co ja robię! Mówię Lindzie, jak ma grać?” 

Zmyłeś już tatuaże Majamiego? 

Tak, ale jeden mi został, mój. Przedstawia kotwicę. Zrobiłem sobie ten tatuaż, kiedy zaczynałem „Pitbulla”. Symbolizuje przypieczętowanie pewnego etapu. I to, że czas rozpocząć nowy.