Masz subtelną urodę. Sprawiasz wrażenie delikatnej kobiety. W twoim życiu było jednak kilka gwałtownych zwrotów.
Uroda i rodzaj delikatności pomagają mi w zawodzie. W życiu jestem jednak twardą babką. W końcu mam dwóch synów i muszę czasami grać z nimi w nogę. Niedawno nawet stojąc na bramce, złamałam rękę! A jeśli pytasz  o zwroty w moim życiu, to do tej pory najważniejszym był rozpad mojej rodziny.  Na szczęście moi synowie wiedzą, że rodzice bardzo ich kochają, chociaż nie są już razem. Jestem optymistką. Mam dzieci, przyjaciół, wszystko, czego dziś potrzebuję.

Z drugim mężem, Magnusem i dziećmi wyjechałaś do Norwegii.  To też był odważny krok w twoim życiu.
Oczywiście. To była spontaniczna decyzja i wymagała ode mnie wielkiej odwagi. Przecież zostawiałam tu wszystko. Ale liczyłam, że tam wszystko zbuduję od nowa. Że zbuduję prawdziwy dom. Po prostu się wtedy spakowałam, to było cztery lata temu. Tydzień wcześniej uprzedziłam w szkole, że zabieram dziecko, i wyjechałam. Mój mąż, Magnus (norweski reżyser, który studiował w Polsce) chciał wrócić do swojego kraju. Sama jestem z tzw. trudnego domu i dlatego zawsze miałam potrzebę zbudowania pełnej, silnej rodziny. Trochę symboliczna była też zmiana nazwiska. Przestałam być Sylwią Juszczak, zaczęłam być Sylwią Arnesen. 

Udało ci się w Norwegii zbudować ten wymarzony dom?
Nie. Przez pierwsze trzy miesiące w Oslo czułam się jak rzucona na głęboką wodę: nowy język, kultura, nowe miejsce. Grałam scenki rodzajowe dla cudzoziemców pracujących na platformach wiertniczych, robiłam kursy zawodowe i językowe, szukałam pracy. Zamieszkaliśmy z mężem w stuletnim domu, po babci. Naprzeciwko – teściowie. Nasz dom był ogromny i zimny. Na początku czułam się depresyjnie, okopałam się na sofie i spędzałam tak całe dnie. A potem zaczęłam wychodzić i okazało się, że wokół są niesamowite pejzaże. Wskakiwałam do morza, bo to czyściło mi dobrze głowę z niepotrzebnych myśli.

A jakie myśli ci do głowy przychodziły?
Norwegia mnie nauczyła, że mogę więcej, niż mi się wydaje. Kiedyś musiałam być pewna wszystkiego, co robię. Chciałam, żeby każda rzecz była w stu procentach perfekcyjna. W końcu nauczyłam się trudnego języka, jakim jest norweski. Zrozumiałam tam też, że pomyłka mnie nie wyklucza. Teraz do wszystkiego podchodzę z większym luzem. I czuję, że nie ma dla mnie sytuacji, których bym nie ogarnęła.

Postanowiłaś jednak zostawić Norwegię i wtedy znowu wydarzyło się coś ważnego.
Nie wiedziałam, czy dobrze robię, decydując się na powrót. To znowu było ryzyko. Gdy tylko znalazłam się w Polsce, zadzwonili do mnie z produkcji serialu „Alle sammen sammen”. Mówiłam: słuchajcie, ale ja już wróciłam do Polski! Nie szkodzi, przekonywali. Gram więc rolę polskiej emigrantki, zresztą bardzo lubianej. Latam regularnie między Oslo a Warszawą, z planu na plan. Zdarza się, że w ciągu tygodnia lecę do Oslo tam i z powrotem dwa razy. Dziećmi pod moją nieobecność zajmuje się mama. Przeprowadzając się do Norwegii, miałam nadzieję, że spotka mnie tam coś wielkiego. I w pewnym sensie spotkało, tylko musiałam na to poczekać.

W Norwegii biorą Cię czasem za Norweżkę z powodu twojej urody?
Tak! Mój serialowy „mąż” powiedział mi, że kilka osób pytało go, czy jestem norweską aktorką grającą imigrantkę z akcentem.

 

Jak o sobie myślisz: że masz szczęście do mężczyzn czy raczej że go nie masz?
Mam szczęście, ale jednocześnie zawsze przydarza się coś bardzo złego. Wiesz, co było w moim pierwszym związku? Niewyobrażalna rozpacz. Mój pierwszy chłopak, wielka licealna miłość, zmarł na zapalenie mięśnia sercowego. Przeżyłam to strasznie. Nie pamiętam, co się działo przez pół roku potem. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze spotkam taką miłość. Chyba nikogo już później tak mocno nie kochałam.

A swojego pierwszego małżeństwa żałujesz?
Nie mogę żałować, mam dwóch świetnych synów. Po rozwodzie zresztą byłam przekonana, że zawsze już będę matką samotnie wychowującą dwójkę dzieci. Ale pojawił się Magnus. To była niesamowita chemia, jesteśmy wręcz do siebie fizycznie podobni, wiele nas łączyło. Jednak życie nas poszarpało, nie zdaliśmy egzaminu z bycia razem. A ja nie miałam siły „dźwigać na ramionach” nas obojga i jeszcze swoich dzieci.

Ciężko Ci z dwójką dzieci, między Warszawą a Oslo, między wszystkimi tymi doświadczeniami?
Dużo dałam moim dzieciom, bo bardzo je kocham. Ale nawet teraz, gdy jestem na spotkaniu z tobą i dzwoni mój syn z pytaniem, kiedy będę, czuję się winna. Uświadomiłam sobie wiele rzeczy, np. to, że w którymś momencie zapomniałam o sobie, odeszłam w cień. W „Tańcu z Gwiazdami” odkryłam, czego mi brakowało. Wracam do siebie jako dziewczynki, widzę, jak dużo w sobie pozamykałam. Taniec działa trochę jak terapia. Wiem, wszyscy tak mówią, ale to prawda. Rzeczy niemożliwe nagle są w zasięgu ręki. A jeszcze ważniejsze, że przy okazji poznałam naprawdę fantastycznych ludzi.

Dlaczego w ogóle zostałaś aktorką?
Do teatru we Wrocławiu chodziłam od dziecka. To był świat fantazji, w którym mogłam się schować, a byłam bardzo nieśmiała. Za rolą, którą gramy, możemy się ukryć, być przez chwilę kimś innym. No i miałam ogromny temperament...

Co będzie dalej?
To zależy tylko ode mnie. Jak śpiewał Maanam: „Stoję, stoję, czuję się świetnie”. Tak, właśnie teraz czuję się świetnie.