Tomasz Cimoszewicz, syn byłego premiera, zaprasza nas do swojego domu pod Białymstokiem. To z tego okręgu startuje do Sejmu w jesiennych wyborach. Każdego wieczoru robi okrążenie wokół ogromnego ogrodu z dwoma ukochanymi psami – Chmurką i Timkiem. „Wreszcie jestem u siebie”, mówi Cimoszewicz.

Pijemy kawę w ogrodzie posiadłości w Ogrodnikach 
koło Kalinówki Kościelnej pod Białymstokiem. To pana dom rodzinny?

Urodziłem się w Warszawie. Pierwsze pięć lat życia spędziłem na Sadybie, ale mam stamtąd tylko jedno wspomnienie: mam trzy lata, otwieram sobie sam drzwi wejściowe i uciekam z domu. Potem przechodziłem ciężką chorobę układu oddechowego i miejski smog bardzo mi dokuczał, więc za radą lekarzy rodzice przeprowadzili się na wieś. Był 1985 rok, a ojciec, po latach spędzonych na uczelni, nie planując jeszcze kariery politycznej, chciał tu prowadzić gospodarstwo i hodowlę szynszyli. 

Przeprowadzka ze stolicy do wsi z jednym kościołem 
i jedną szkołą. To musiała być rewolucja w życiu rodziny.

Ojciec chciał zamknąć za sobą etap kariery naukowej, która dawała mu satysfakcję, ale niekoniecznie przyzwoite utrzymanie. Rodzicom przejadło się miejskie życie, a oboje kochali wieś. Moja mama pochodzi z Goniądza, oddalonego kilkanaście kilometrów od Kalinówki. Na początku wieś przyjęła nas dobrze. Ale gdy tata wszedł to polityki, dzieci biegały za mną, wołając „komuch”. Od tego czasu rodzice spędzali tu tylko weekendy. Wychowałem się pod okiem dziadków, rodziców mamy, którzy zmarli kilka lat temu. Bardzo szybko stałem się samodzielny.

Co dali Panu rodzice?

Ojciec nauczył mnie, że trzeba być uczciwym, nawet wtedy gdy można za to oberwać po głowie. Mama dała mi głęboką wrażliwość – na ludzi, naturę, cały świat. 

Ojciec na wsi odpoczywał?

Miał za mało czasu, żeby się wyciszyć. Nie potrafił się resetować, relaksować. Po odejściu z polityki cierpiał na bezsenność

Dla Pana ojca polityka była służbą. 

Tak, od pierwszego do ostatniego dnia. Niedawno ktoś zamieścił na twitterze listę osób, które właśnie odchodzą z polityki. Mój ojciec, jako jedyny z nich, był krystalicznie czysty. To mi imponuje.

Jaki był w domu?

W domu go nie było. Kiedyś zapytałem go, czy cena, którą za jego karierę zapłaciła cała rodzina, była tego warta. Odpowiedział, że ma poczucie, że zrobił rzeczy ważniejsze niż jego własne życie osobiste – wprowadził Polskę do Unii, pracował nad nową konstytucją, dbał o bezpieczeństwo kraju.

Teraz macie dobrą relację?

Nie taką, jak bym chciał. Dla mnie normalne stosunki w rodzinie opierają się na bliskości, a my z ojcem mamy trudność w codziennych kontaktach. Za dużo jest w naszym życiu luk, których nie wypełniliśmy swoją obecnością.

 

Gdy rozmawiacie, spotykają się dwie silne osobowości?

W dyskusji w końcu odpuszczam. Wychodzę z założenia, że jak się nie zgadzamy, nie ma sensu naciskać. Niezgoda prowadzi do debaty, a to już coś.

Ojciec skrytykował Pana pomysł wejścia do polityki, sugerując, żeby najpierw zapracował Pan na swoją pozycję, a nie wykorzystywał jego nazwiska. Czuł się Pan uprzywilejowany jako syn Cimoszewicza?

Nigdy nie korzystałem z protekcji ojca ani moja starsza o pięć lat siostra, Natasza, nigdy tego nie robiliśmy. Ona ułożyła sobie życie w Ameryce. Chciała jak najszybciej uciec od tego, co przynosiła praca ojca. 

A Pan?

Ja zawsze chciałem być samodzielny. Zawsze miałem smykałkę do biznesu. W wieku 14 lat, gdy nikt nie wiedział, co to jest pop-corn, ja go prażyłem i sprzedawałem w papierowych rożkach dzieciakom we wsi. Zawsze chciałem coś zrobić sam, po swojemu. Po liceum planowałem założenie biznesu, ale nazwisko mi w tym przeszkadzało, a nie pomagało. Szło za łatwo, ludzie za chętnie wchodzili ze mną w układy, wiedziałem, że to nie moja zasługa. A od najmłodszych lat było nam wpajane, że nie możemy zrobić niczego, co będzie źle wpływało na nasze nazwisko, na ojca. Przerosła mnie ta sytuacja. Chciałem wyjechać.

Potrzebował Pan spokoju?

I prywatności. O nią było najtrudniej. Gdy tata był premierem, w rogu posesji stała budka BOR-owców, obserwowali nas 24 godziny na dobę, wszędzie były kamery, mieliśmy laserowe czujniki wokół domu. BOR był też odpowiedzialny za przeglądanie poczty, która przychodziła do nas na wieś, ale i tak dotarła do mnie seria pogróżek. Byłem nastolatkiem, czułem się osaczony. 

Jeszcze w liceum wyjechał Pan po raz pierwszy do Stanów Zjednoczonych. 

W połowie lat 90., gdy byłem w I klasie liceum, zacząłem spotykać się z dwa lata starszą Jasią, moją przyszłą żoną. Jej matka mieszkała w Chicago, więc mieliśmy ułatwiony start w Stanach. Parałem się różnymi pracami, od pracy na zmywaku po opiekę nad ludźmi starszymi w domu spokojnej starości. To było dostępne jako wakacyjna praca.

Później, w 2001 roku wyjechał Pan na stałe. Czuł się Pan Amerykaninem?

Po drugim roku studiów na wydziale dziennikarstwa i politologii na uczelni im. M. Wańkowicza podjęliśmy decyzję o wyjeździe. Jasia ukończyła studia magisterskie na UW. To był dobry moment. Mieliśmy zostać tylko dwa lata, ale bardzo polubiłem swój zawód budowlańca. Bardzo szybko się uczyłem. Po roku prowadziłem swoją pierwszą firmę. Była dobra koniunktura, mój biznes szybko się rozwinął. Jak większość emigrantów, wciąż myślałem o tym, że kiedyś w końcu wrócę do domu. Ale znajdowałem nowe wytłumaczenia, dlaczego przedłużam pobyt. 

Bycie emigrantem działało na Pana niekorzyść?

Na północy USA, ze względu na dużą liczbę imigrantów, dało się odczuć wykorzystywanie płacowe. A my podcinaliśmy gałąź, na której siedzieliśmy, obniżając stawki w walce o zlecenia. Rynek chicagowski był trudny, długo budowałem bazę klientów. Po kilku latach przeprowadziliśmy się do Charleston w Karolinie Południowej. Tam było dużo łatwiej. 

 

Jakim Pan był szefem?

We krwi mam ciężką pracę, więc wymagałem od pracowników, żeby poświęcali się tak samo jak ja. Tych najlepszych nagradzałem. A wielu nauczyło się ode mnie tak dużo, że sami założyli biznesy i z powodzeniem do dziś czerpią z wiedzy, jaką im przekazałem.

Ameryka premiuje pracowitość?

Tam ludzie dzielą się na liderów i followersów. Na tych, którzy wykonują zadania, i tych, którzy tworzą coś własnego. W Ameryce nawet po recesji ci, którzy chcieli pracować, znajdowali pracę. Jedna z moich firm, która specjalizowała się w zabezpieczaniu domów pod kątem energooszczędności, mocno ucierpiała, bo oszczędności wielu moich klientów stopniały po krachu na giełdzie i w ciągu tygodnia wycofali się z projektów gwarantujących rok pracy. Uratowałem się, bo moja działalność remontowa miała pole do popisu. 

Wrócił Pan do Polski, żeby zająć się polityką. Ale w Charleston została Pana córka. Jaki macie kontakt?

Victoria ma osiem lat, w tym roku pójdzie do trzeciej klasy. Jest w sześciu procentach najzdolniejszych uczniów w Stanach. Chciałaby zostać weterynarzem, ale pewnie zmieni jej się to jeszcze wiele razy. Jestem z niej dumny, rozmawiamy prawie codziennie na Skypie. Z jej mamą rozwiodłem się sześć lat temu po 15 latach związku i czterech latach małżeństwa. To była moja pierwsza miłość. Chodziliśmy razem do szkoły. Ja byłem w pierwszej klasie liceum, ona w trzeciej. W Stanach wzięliśmy ślub. Po rozwodzie mieszkaliśmy dziesięć minut drogi samochodem od siebie, aby dzielić się obowiązkami związanymi z wychowaniem Victorii.

Czego nauczyło Pana ojcostwo?

Odpowiedzialności za drugiego człowieka. To wywraca życie do góry nogami. Moment zwrotny przychodzi, gdy dziecko choruje. Gdy Victoria miała dwa latka, po Stanach krążyła świńska grypa. Victoria rozchorowała się w ciągu jednego dnia. Mdlała, miała bardzo wysoką gorączkę. Nigdy nie byłem tak przerażony. Pojechaliśmy do szpitala, na szczęście po dwóch godzinach okazało się, że to mocny wirus, ale nie ten wirus. Wracając do Polski, wiedziałem, że będę widywać się z córką rzadziej. To była trudna decyzja. Teraz zamierzam zrobić dla niej zaczarowany ogród. Była już w Ogrodnikach, zakochała się w tym miejscu i bardzo dobrze się tu czuje. Teraz codziennie pyta mnie 
o kocięta, które właśnie się tu urodziły.

Założy Pan kiedyś nową rodzinę?

Niczego nie wykluczam. 

Wchodzi Pan do polityki, bo w biznesie osiągnął Pan już swoje cele?

Tak, zacząłem od zera, a doszedłem do zarządzania stuosobowym zespołem. Zarządzanie kryzysowe mam we krwi i myślę, że to mój duży atut. Prowadząc firmę, decydujesz nie tylko o pracy innych, ale też masz wpływ na ich życie. Tak widzę też politykę – jako odpowiedzialność za innych, a wielu parlamentarzystów o tym zapomina. Wiele decyzji polityków może ograniczyć prawa innych. Z przerażeniem obserwowałem debatę o in vitro w Senacie. To był kabaret, który ośmieszył tę instytucję. Rozmawiając o in vitro, mówimy o wartościach. Kto przy zdrowych zmysłach może chcieć pozbawić rodziców wolności decyzji? A to właśnie robią senatorzy PiS-u. Wydaje mi się, że osoby, tworzące polską politykę przez ostatnie 26 lat, mają problem z odnalezieniem się we współczesnym świecie. Czas na młodych.

A nie chciał Pan startować z ramienia SLD, partii, do której należał Pana ojciec?

Przyznaję, że bardzo dawno temu byłem ich wyborcą, lecz notorycznie testowali moją cierpliwość i wiarę w tę formację. Dali wiele dowodów na brak demokracji w tej partii. Niechęć odejścia jej lidera na polityczną emeryturę ostatecznie zniechęca mnie. W polityce ważna jest skuteczność, a oni ją kompletnie utracili.

Polityka ma być bliska ludziom?

Poza obowiązkami w parlamencie polityk powinien znać swoich wyborców. Ludzie, którzy nadużywają władzy, powodują u mnie wolę walki o zmiany. Przyglądałem się polityce od małego. Pokoleniem dzisiejszych 60-latków kierowała idea i konieczność przemiany systemowej w Polsce. Teraz tych wartości w polityce jest coraz mniej.

Jest Pan patriotą?

Tak, ale nie szalonym. Jest mi daleko do obozu narodowego, w którym patriotyzm jest wciąż postrzegany przez pryzmat polityki historycznej. Przecież nasze Święto Niepodległości, 11 listopada mogłoby wyglądać jak amerykański 4 lipca. Z fajerwerkami, piknikami, imprezami, a nie wyrywaniem kostki brukowej.

Ale Polska zmieniła się na lepsze?

Tak, bardzo. To widać gołym okiem, teraz jest czas na inwestycję w normalnego człowieka, pomoc w rozwijaniu małych biznesów. Objechałem już kawał Polski, żeby na własną rękę przekonać się, co jeszcze jest do zrobienia. Moim celem jest walka o lepsze lokalne drogi, ulgi podatkowe dla początkujących przedsiębiorców, ułatwienia w biurokracji. Bez infrastruktury nie ma biznesu. Jeśli wyborcy mnie poprą, postaram się skończyć to, co zacząłem. Moja praca nie będzie kończyła się po posiedzeniach parlamentu. Z Warszawy będę wracać do regionu, kontynuować pracę w terenie. Podlasie to mój dom.