Przeczytajcie fragmenty wywiadów z trenerami programu "The Voice of Poland 6"! Pełne rozmowy znajdziecie w najnowszej "Gali", dostępnej od poniedziałku, 31 sierpnia!

EDYTA GÓRNIAK
Piosenkarka

Pani debiut, „Stop” Sam Brown, to też był występ w „talent show” („Śpiewać każdy może”). Co Pani pamięta z tego pierwszego występu? Jakie emocje?
Pamiętam radość słuchania muzyków na żywo, pamiętam skrępowanie i strach przed wystąpieniem, a także obawę o pożyczone od serdecznej koleżanki ubrania, w których wystąpiłam.

Jak Pani, 17-letnia wówczas dziewczyna, wyobrażała sobie wtedy siebie za jakiś czas?
Moje życie przyniosło o wiele więcej, niż mieściło się wówczas w głowie małej dziewczynki. Moje wyobrażenia dotyczyły raczej muzyki podarowanej ludziom niż ambicji, rozwoju, zaszczytów czy uznania.

Jak wyobrażała sobie Pani sławę? Na wzór amerykański – popularność, bogactwo, limuzyny, a może bardziej na wzór francuski – niedostępność, tajemniczość, koncerty dla kilkudziesięciu osób?
Bogactwo nie jest w stanie zrobić na mnie wrażenia i nigdy mnie nie kusiło. Żyję innymi wartościami.

Co wtedy, na początku, ta niesamowita popularność Pani dała – szczęście, czy lęk?
Cieszyłam się bardzo, że mój głos zyskał sympatię i rozpoznawalność.

ANDRZEJ PIASECZNY
Piosenkarz

Dlaczego zdecydował się Pan wrócić do „The Voice of Poland” po czterech latach?
Z ciekawości. Dlatego że mam trochę czasu. Źle się czuję, kiedy muszę gonić. Staram się tak wszystko układać, by móc się przygotować ze spokojnym oddechem. W tej edycji będę inny. W pierwszej mia-łem poczucie misji, chciałem im na siłę coś przekazać, doradzić. Mówili, że jestem treserem, a nie trenerem – nie słuchali kompletnie. Dziś będę z uśmiechem słuchał, co sami mają do powiedzenia. Delikatnie sugerował, ale dawał wybór. Bo nie mogę przecież za nich wybrać drogi.

Pamięta Pan siebie z czasów, gdy zaczynał karierę w Mafii i potem występował z Robertem Chojnackim?
Byłem kompletnie innym człowiekiem! Byłem głodny, dziś jestem w połowie syty. Głodny sukcesu, sławy, pieniędzy, sukcesu towarzyskiego. Kariera nie zaczyna się nagle, poprzedza ją ciężka praca, czasem pełna upokorzeń. Pamiętam koncert Mai w Sandomierzu, na który nikt nie przyszedł. Musieliśmy zagrać, żeby dostać zwrot kosztów podróży. Graliśmy do pustej sali i sprzątaczki, która zmywała podłogę.

Czy pierwszy sukces przyniósł duże pieniądze?
Pracowałem na nie bardzo długo. Miałem moment opamiętania, kiedy kupiłem swój pierwszy dobry samochód i tego samego dnia go rozbiłem. W ciągu tygodnia kupiłem więc drugi, taki sam. A potem pomyślałem, jeśli ten rozbiję, to kupię trzeci? Zrobiłem projekt wymarzonego domu, sama sypialnia miała mieć sto metrów. Ale pomyślałem: po co mi to? Dom, w którym mieszkam dziś, to miał być domek dla gości. I jestem tam najszczęśliwszy. Kiedy się budzę, robię sobie dzbanek zielonej herbaty i idę pod las, gdzie stoją krzesełka. Dzień zaczynam od oddechu. Może rezygnacja z „gigantyzmu” była pierwszym takim oddechem?

 

MARIA SADOWSKA
Piosenkarka, reżyserka

Wracasz do „The Voice of Poland” cztery miesiące po urodzeniu synka. Ale patrząc na Ciebie, widzę zrelaksowaną, uśmiechniętą kobietę. Żadnych trudności, tęsknot, kryzysów?
Nie mam z tym problemu. Dzieci pojawiły się późno, miałam 35 lat. Wszystkiego już popróbowałam, wszystko przeżyłam, nabalowałam się. Bardzo chciałam prze-żyć coś nowego, pogłębić siebie jako osobę. Co ciekawe, macierzyństwo mnie wzbogaciło jako artystkę. Najbardziej bałam się, że przestanę być kreatywna. Że dziecko jest takim projektem twórczym i wymaga takiej energii, że nie zostanie jej już na nic innego. W pierwszej ciąży nie miałam w ogóle ochoty pracować, najchętniej smażyłam konfitury. Nasmażyłam tyle, że zostało do dziś, nigdy więcej nie usmażę konfitur! Okazało się, że moja kariera ruszyła z miejsca właśnie wtedy, gdy zostałam matką. Dokonałam w tym czasie cztery razy więcej niż wówczas, gdy nie miałam dziecka. Im więcej obowiązków, tym więcej udaje się zrobić. Bardzo kocham moje dzieci, Lilę i Iwo, lubię być matką i zawsze marzyłam, żeby mieć dużą rodzinę, bo sama jestem jedynaczką. Ale nie ma też co ukrywać, że daję radę realizować się zawodowo głównie dzięki mojemu facetowi, rodzicom i teściom, którzy bardzo mnie wspierają. Cała rodzina stoi za mną, dzięki temu mogę się rozwijać. Bardzo im jestem za to wdzięczna.

Półtora roku temu odeszłaś z „The Voice of Poland”. Co się wtedy stało?
Naprawdę musiałam już z czegoś zrezygnować. Grałam dużo koncertów, płyta „Jazz na ulicach” okazała się sukcesem. Zdałam też sobie sprawę, że najwyższy czas na kolejny film, bardzo tęskniłam za planem filmowym. I udało się, właśnie przygotowuję adaptację „Cwaniar” Sylwii Chutnik. Poza tym poczułam, że zbliża się rutyna, musiałam więc to przerwać. Nie lubię bycia zaszufladkowanym, pół życia zajęło mi wydobywanie się z niektórych.

A może nie trzeba było wydobywać się z tych szufladek? Wystarczyło odcinać kupony od tamtych doświadczeń, kiedy jako dziewczynka śpiewałaś w telewizji.
Miałam całe życie śpiewać piosenki dla dzieci? Dojrzałam, zmieniłam się, jestem kimś innym, niż gdy miałam 13 lat. Nie mogę cały czas stać w miejscu skazana na infantylizm. Ale to nie znaczy, że odcinam się, wypieram się siebie. Nadal jestem Marysią, dostałam hulajnogę na urodziny i ja – prawie 40-letnia matka dwójki dzieci – jeżdżę na niej po ulicach. Lubię być Marysią, ale równocześnie jestem Marią, która robi filmy, nagrywa płyty z muzyką Komedy.

TOMSON I BARON
Muzycy Afromental

W jury „The Voice of Poland” występujecie jako duet. Czy to dodaje Wam pewności siebie?
Tomson: Zdecydowanie.
Baron: Zresztą od 11 lat gramy w siedmioosobowym zespole Afromental, takie grupowe występy to dla nas nic nowego. Podczas wszystkich edycji „The Voice” nie zdarzyła się sytuacja, abyśmy mieli inne zdanie. Ani razu.
T.: sukces lepiej odnosić w grupie, bo wtedy łatwiej kontrolować jego pozytywne i negatywne skutki. Kiedy artysta jest sam, łatwiej go zniszczyć.

Co Wam daje popularność?
B.: Nie skupiam się na popularności, lecz na możliwości robienia tego, co kocham. Dla mnie ta przygoda to prawdziwe szczęście. Kiedy miałem pięć lat i oglądałem „Mini Playback show”, już wtedy chcieliśmy z bratem przygotować „November rain” Guns’n’roses. Ja miałem być slashem. Zostało mi to w głowie. Dziś mam świetny zespół. spełniłem swoje marzenie z dzieciństwa.
T.: Dla mnie popularność to złota klatka i złota kula u nogi. I choć złota, ciąży. rozpoznawalność męczy przeokrutnie.
B.: Zwłaszcza gdy ktoś przypadkowo napotkany oczekuje, że zawsze, niezależnie od wszystkiego, będziesz supermiły. Zdjęcie, jeszcze jedno, bo nie wyszło, autograf, rozmowa... Jesteś własnością wszystkich, kukiełką z teledysku. Nie możesz powiedzieć komuś, że nie zrobisz sobie z nim zdjęcia. Musimy być na to przygotowani, taka jest cena popularności.
T.: Popularność nie buduje mojego ego, ja tego nie chciałem, nie marzyłem, żeby być rozpoznawalnym. Chciałem grać.

Zaczynałeś w „Idolu”. Przypominają Ci się te czasy, kiedy patrzysz na uczestników „The Voice of Poland”?
T.: To mnie z nimi łączy. Poznałem smak porażki, która wynikała z mojej głupoty i bardzo bolała. Wolałem śpiewać kilkagodzin z całą muzykującą zgrają ludzi, którzy czekali na występ, niż siedzieć cichutko w kąciku i oszczędzać głos. Zdar-łem się. Dziś staram się dawać zawodnikom rady. Widzę w nich siebie, jestem bardzo empatyczny.