Sąsiedzi na początku nie zwrócili uwagi na zamieszanie wokół domu Amy Winehouse. Ambulanse i radiowozy często gościły na londyńskim Camden Square. Nawet w ciągu dnia. Tym razem jednak nie odjechały szybko. Wręcz przeciwnie. Parę minut po godzinie 16 funkcjonariusze otoczyli budynek taśmą. Niedługo później na miejsce zaczęli przyjeżdżać dziennikarze i fotoreporterzy. A w mediach pojawiła się informacja o śmierci piosenkarki.

Od początku kariery, czyli od 2003 roku, trwały spekulacje, kiedy uzależnienie Amy od narkotyków i alkoholu doprowadzi do tragedii. Komplementy dotyczące jej talentu przeplatały się z szokującymi opisami imprez, w których brała  udział. Fani swojej idolce wybaczali jednak wszystko. „Zdarzało się, że grała koncerty pod wpływem. Ludzie obrzucali ją wtedy wyzwiskami, gwizdali, a później i tak chcieli słuchać płyt Amy” – wspominali współpracownicy piosenkarki. „Spóźniała się na nagrania, często też cierpiała na twórczą niemoc. Menedżerowie z wytwórni wspominali, że praca z nią była udręką. Ale gdy w końcu udawało jej się nagrać kolejny kawałek, wszyscy byli zachwyceni. Nazywali ją geniuszem”.

O takich artystach mówi się, że nie są jednowymiarowi. „Nikt jej nie stworzył, to nie była gwiazdka ulepiona z showbiznesowej plasteliny. Amy żyła jak chciała. Nie oglądając się za siebie i nie myśląc o przyszłości” – pisali jej wielbiciele. Najbliżsi piosenkarki starali się wyciągnąć ją ze szponów nałogu. Doszło do tego, że ojciec Amy, Mitch, publicznie mówił o uzależnieniu córki. „To nasza ostatnia nadzieja. Jeżeli nie chcemy jej stracić, musimy przestać ukrywać ten dramat” – tłumaczył w wywiadzie telewizyjnym w jednej z brytyjskich stacji. Niestety, mimo ostrzeżeń – w 2007 roku trafiła na odwyk w stanie skrajnego wycieńczenia, rok później pojawiły się kłopoty z płucami – Amy nie odstawiła używek. A przynajmniej nie na długo.

Znajomi piosenkarki twierdzą, że to wynik presji otoczenia i braku szczęścia w miłości. Najważniejszy mężczyzna w jej życiu, były mąż Blake Fielder-Civil, okazał się także jej największą zgubą. Ich burzliwy związek stał pod znakiem picia i zażywania narkotyków. Nawet ucieczka na Karaiby, gdzie Amy przez kilka miesięcy pracowała nad no-wym materiałem, na niewiele się zdała. Po powrocie do Londynu znowu przypomniały o sobie jej demony. I tym razem, niestety, już sobie z nimi nie poradziła. Amy Winehouse odeszła 23 lipca. Przyczyną śmierci było najprawdopodobniej przedawkowanie ecstasy.

Nie chciał być „cool”

Nirvana praktycznie z dnia na dzień zdobyła światową popularność. Lider zespołu Kurt Cobain nie był jednak na to gotowy. Zamknięty w sobie, depresyjny, z niskim poczuciem własnej wartości nie rozumiał uwielbienia fanów. „Często powtarzał, że ludzie źle interpretują jego twórczość. Bawią się przy piosenkach, w których Kurt próbował ich zmusić do refleksji. Nie tak to sobie wyobrażał” – opowiadała jego żona, Courtney Love.

Frustracje próbował wyciszać narkotykami. Pierwszego jointa zapalił w wieku 13 lat. Dalej już poszło szybko. Znajomi muzyka wspominali, że zażywał praktycznie wszystko. Jednak nawet niezliczone ilości marihuany, kokainy, heroiny czy LSD nie sprawiły, że czuł się lepiej. Było znacznie gorzej. „Coraz częściej miewał myśli samobójcze. Czuł, że nie jest w stanie żyć na tym świecie” –  tłumaczył reżyser Nick Broomfield, autor filmu biograficznego o Kurcie.

Sytuacja znacznie pogorszyła się w 1994 roku, trzy lata po wielkim sukcesie albumu „Nevermind”. Ukochana córka Kurta, Frances Bean, miała już dwa lata, ale nawet jej obecność w życiu frontmana Nirvany nie sprawiła, że pozbył się depresji. „(...) za bardzo przypomina mi mnie samego kiedyś, pełnego miłości. Ona całuje każdą nową osobę, ponieważ dla niej wszyscy są dobrzy i wierzy, że nikt nie zrobi jej krzywdy. A to przeraża mnie do takiego stopnia, że ledwo funkcjonuję. Nie mogę wytrzymać myśli, że Frances stanie się tak nieszczęśliwa, destrukcyjna jak ja” – to fragment listu pożegnalnego, który muzyk napisał tuż przed samobójczą śmiercią w kwietniu 1994 roku. Wcześniej próbował skończyć ze sobą kilka razy. Jednak zawsze znalazł się ktoś, kto zdołał udaremnić te próby. „Bałam się zostawić go samego nawet na chwilę. Wciąż miałam poczucie, że jego dusza już dawno z niego uleciała” – zdradzała wtedy Courtney Love. Niestety, kiedy Kurt wziął strzelbę do rąk, nikogo przy nim nie było. „Proszę, żyj dalej, Courtney, dla Frances, dla jej życia, które będzie o wiele szczęśliwsze beze  mnie... Kocham Was. Kocham Was” – kończył swój list.

„Rozpal mój ogień”

Z takim ilorazem inteligencji mógł uchodzić za geniusza. Jim Morrison w teście na IQ zdobył 149 punktów. Nie był jednak ulubieńcem nauczycieli. Mimo że pochłaniał dzieła wielkich pisarzy i filozofów, nie przypominał klasowego kujona. „Jim był typowym buntownikiem. Próbował łamać wszelkie zasady. Ośmieszać je” – wspominali jego wykładowcy. Jednak już w tamtych czasach zauważali u niego talent do tworzenia poezji. Później wykorzystał go do pisana tekstów piosenek zespołu The Doors.

Zdarzało się, że Jim przez kilka miesięcy żył tylko na marihuanie i LSD. Ale im więcej brał, tym bardziej był twórczy. Tak mówili członkowie bohemy z Venice Beach, artystowskiej dzielnicy Los Angeles. Nie wspomnieli jednak, że po alkoholu i narkotykach Morrison stawał się też bardziej krnąbrny i agresywny.

 

Kolejne koncerty The Doors kończyły się skandalami. Jim albo spóźniał się na scenę (potrafił przyjeżdżać na występ dwie godziny po czasie), albo śpiewał pod wpływem. Często prowokował też widownię do obscenicznych zachowań i wywoływał burdy z policją. Przynajmniej tak twierdziły władze, bo fani nigdy się nie skarżyli. „Traktowali go jak swojego guru, bóstwo w ludzkiej skórze. Najbardziej było to widać po jego zagadkowej śmierci w lipcu 1971 roku. Miejsce spoczynku Jima stało się miejscem pielgrzymek ludzi z całego świata. Outsiderów i buntowników” – wspominali biografowie muzyka. Tak jest do dziś. Morrison zmarł w niewyjaśnionych okolicznościach w wannie swojego apartamentu w Paryżu. Podejrzewa się, że przedawkował heroinę, co spowodowało rozległy wylew krwi do mózgu.

Królowa psychodelicznej ery

Druzgocąco oryginalny głos” – tak pisał o niej historyk muzyki Tom Moon. Natomiast pisarka Megan Terry porównała Janis Joplin do Elvisa Presleya. „Umiała rozruszać publiczność jak on” – uzasadniała. Fani mogli podziwiać ją na scenie tylko przez parę lat. „Miała bardzo intensywną karierę. Długo próbowała się przebić. A kiedy w końcu jej wokal oczarował miliony, narkotyki zniszczyły wszystko” – tłumaczył Moon. Janis miała przydomek „fanatyczka speeda”, który wziął się od jej uzależnienia od amfetaminy. „Cały czas była na haju. Eksperymentowała ze wszystkimi prochami, jakie wpadły jej w ręce. Używała kwasów, po których miała psychodeliczne wizje, i heroiny” – pisała jej siostra Laura w biografii Janis. Kilka miesięcy przed śmiercią próbowała rzucić narkotyki. Wyjechała do Brazylii i tam walczyła z nałogiem. Jednak po powrocie do USA Janis znowu zaczęła brać. „Nie radziła sobie z normalnym życiem. Jego odcieniem szarości. Wszystko, co robiła, musiało być aż przesycone kolorami, emocjami. A tak nie da się funkcjonować bez wspomagaczy” – zdradzał anonimowo przyjaciel piosenkarki. Trzy dni po tym, jak nagrała w studiu jeden ze swoich najbardziej znanych kawałków, „Mercedes  Benz”, znaleziono ją martwą w mieszkaniu (październik 1970 roku). Sekcja wykazała, że Joplin przedawkowała heroinę. Był to jednak nieszczęśliwy wypadek. Okazało się, że diler sprzedał jej dużo silniejszy narkotyk. Kilkoro jego innych „klientów" również zmarło z tego powodu.

Wirtuoz gitary

Nie znał umiaru. Kiedy się bawił, zażywał olbrzymie ilości narkotyków, które zapijał hektolitrami alkoholu. Kiedy uprawiał seks, nie wystarczała mu jedna partnerka. Do legendy przeszły jego łóżkowe wyczyny. Tak jak talent do gry na gitarze. Jimi Hendrix na scenie robił cuda. Nawet teraz, 40 lat po śmierci, jest uważany za najwybitniejszego muzyka, wirtuoza gitary elektrycznej.

Pochodził z rozbitej, biednej rodziny. Jak pisał Ed Vulliamy z „The Observer”, Jimi miał trudność z odnalezieniem siebie – „był za biały na Harlem, a za czarny na Greenwich Village”. Jednak gdy zaczynał grać, zapominał o wszystkich frustracjach. Jego problemem były tylko używki. „Po alkoholu był strasznie agresywny. Bił swoje partnerki, demolował knajpy i pokoje hotelowe. Lubił też odlatywać po kwasach. Wtedy nie było z nim kontaktu. Zawalał terminy, spóźniał się na koncerty” – wspominali ludzie z ekipy Hendrixa. Gdy osiągnął sławę, wydawało mu się, że jest bogiem. Igrał z życiem, spożywając coraz bardziej skomplikowane  koktajle złożone z alkoholu, narkotyków i środków nasennych. Po jednej z takich mikstur – Jimi zażył dziewięć bardzo silnych tabletek na sen vesparax – nieprzytomny zadławił się własnymi wymiocinami. Zmarł we wrześniu 1970 roku.