Wywiad z Weroniką Książkiewicz (aktorką)

Gala: Podczas sesji zdjęciowej powiedziałaś, że nie widziałaś się z mamą od dwóch lat. To chyba nie jest prawda?

Weronika Książkiewicz: To był żart. Widujemy się tak naprawdę dosyć często, ponieważ mama przyjeżdża pracować do Warszawy. No ale  i tak trochę się mijamy.

Rzadko się spotykacie?

Czas, który możemy tak w stu procentach razem spędzić, zdarza się w wakacje. Rodzice wyjeżdżają wtedy zazwyczaj na trzy tygodnie do Hiszpanii, a ja do nich z Borysem dołączam.

Nie potrzebujesz stałego kontaktu z mamą na co dzień?

Nie, zupełnie. Mam koleżanki, które dzień zaczynają od telefonu do mamy, jak do przyjaciółki, i pewnie takim telefonem też dzień kończą. Moja relacja  z mamą nie jest aż tak przyjacielska. To typowa relacja matka – córka. Nie musimy cały czas do siebie dzwonić,  bo wiem, że gdyby cokolwiek się działo i będę tej mamy naprawdę potrzebować, to ona wsiada w pociąg albo w samochód i jest za 2-3 godziny w War- szawie. Mam cały czas poczucie gdzieś z tyłu głowy, że mama jest na wyciągnięcie ręki.

Powiedziałaś, że to, co Was łączy jest typową relacją matka – córka. W takim przypadku córka w pewnym sensie powinna słuchać  mamy. Tymczasem Twoja mama powiedziała, że Ty nie słuchasz  jej rad, tylko robisz to, co Ci serce  dyktuje...

(śmiech) Tak powiedziała? Nie, no chyba nie jest aż tak źle. Wiesz, staram się już nie robić tak, jak serce dyktuje. Pracuję nad tym.

Dlaczego?

Bo zbyt wiele błędów już popełniłam przez to serce...

Źle Cię prowadzi?

Tak, jednak mnie źle prowadzi. Nawet ostatnio się nad tym zastanawiałam. Jest tak, że instynkt, czyli coś, co pozwala nam przetrwać, nie jest w sercu, tylko w mózgu. Nie chcę już kierować się sercem. Zauważyłam, że kilka decyzji, które ostatnio podjęłam, nie 

kierując się emocjami, tylko rozsądkiem, okazało się słusznych.

Powiedz, dokąd Cię kiedyś to serce zaprowadziło, że aż tak musisz  teraz nad sobą pracować?

O Jezu! Na bagna! (śmiech) Bardzo wiele błędów popełniłam! Przede wszystkim zawodowych. Zrobiłam wiele rzeczy, których nie powinnam była robić. Często od samego początku wiedziałam, że scenariusz jest zły, ale jako młoda aktorka chciałam jak najwięcej pracować. A jak się człowiek zaangażuje w dwie złe produkcje z rzędu, trudno potem wyjść z określonej szufladki. I to szufladki, w którą tak naprawdę sama siebie włożyłam!

A jak było z błędami w relacjach damsko-męskich?

Wiesz co, myślę, że w tym przypadku wszystko miało sens, bo było lekcją. Chyba nie mogę źle powiedzieć o żadnym z moich facetów. Wszyscy byli  fajni... tyle że nie dla mnie. Po prostu. Ze wszystkimi mam do dzisiaj kontakt.

W czym z mamą jesteście do siebie podobne?

Jesteśmy podobne fizycznie. Natomiast jeżeli chodzi o charakter, to ja  jestem trochę niegrzeczna po babci. Mama z kolei jest osobą bardzo zachowawczą, bardzo kulturalną, bardzo zważającą na maniery. Jest pedagogiem baletu, doktorem habilitowanym, profesorem nadzwyczajnym. Ona ma w sobie elegancję. To nie jest u niej udawane, ona po prostu taka jest.

A Ty jesteś podobna do babci.  Mama mówi też, że chętniej zwierzasz się babci i jeżeli chce się  czegoś o Tobie dowiedzieć, dzwoni właśnie do niej.

Tak. Wiesz, jak byłam mała, babcia mnie po części wychowywała. Mama urodziła mnie, gdy była młoda, kończyła wtedy studia w Moskwie. Część czasu spędzałam z rodzicami w Rosji,  a część z babcią w Polsce. Tak że babcia była mi bardzo bliska od pierwszych dni życia... A do tego jesteśmy do siebie podobne. Obydwie bywamy niegrzeczne. (śmiech)

Co masz na myśli?

Jesteśmy bardzo spontaniczne. Nie zważamy na to, co inni wokół pomyślą, na to, że coś wypada, a czegoś nie należy, bo takie są zasady. A mama bardzo zwraca uwagę na zasady, tak!

Mama też dużą wagę przywiązuje do tego, co je. A jada wyłącznie miksowane warzywa i potrawy wegańskie i dzieli się liściem  sałaty... (śmiech)

Tak, a ja potrafię zjeść dwa kilogramy krwistej wołowiny.

I do tego popalasz papierosy.

Nie ma się czym chwalić, nie lubię tego nałogu. Ale wiesz, kilka razy rozmawiałam z tatą i przyznał, że kiedy poznał mamę, ona wcale taka święta nie była. Tak naprawdę nie wiem, kiedy  się aż tak zmieniła.

Teraz jest wzorowa pod każdym względem?

Tak, ale może ja też mam to w sobie  i przyjdzie mi to z czasem?

Chciałabyś, aby przyszło?

Nie! (śmiech) Wystarczy, że mój Borys to jest cała babcia.

Też jest wzorowy?

Ma wewnętrzny porządek i zasady. Kiedy wchodzi się do nas do domu, to wszędzie jest totalny bałagan, a w pokoju  Borysa wszystko poustawiane – książki stoją równo na baczność. (śmiech)

Najwięcej dziedziczy się podobno po dziadkach.

Jeżeli mojej mamie trochę brakuje tak bliskiej relacji ze mną, jaką mam z babcią, to ona tworzy ją z Borysem.

Ty jesteś zupełnie inną matką, niż Twoja matka była dla Ciebie? Jaka jesteś dla Borysa?

Pracuję ostatnio nad naszą relacją, bo był taki moment, że trochę pozwoliłam mu wejść sobie na głowę. Nie widział już we mnie mamy, tylko kumpelę. Teraz staram się to zmienić. Wiem, że chłopiec potrzebuje ściśle określonych zasad. Musi wiedzieć, co może,  a czego nie, wtedy czuje się bezpiecznie i jest dużo grzeczniejszy.

Czego Ty nauczyłaś się od swojej mamy?

Myślę, że pracowitości. Jeśli mamy  jakiś cel, będziemy ciężko pracować.  I nie chodzi tu o fajne buty, tylko o głębokie, wewnętrzne pragnienie, by coś osiągnąć.

A jest coś, co Cię w mamie  denerwuje?

Czasami to, że jest taka porządna.  Na przykład wchodzę do niej do biura  i są tam jacyś ludzie. Zanim zdążę się odezwać, już słyszę, jak patrząc na mnie, mówi szeptem „dzień dobry”. Jakby się bała, że ja tego „dzień dobry” sama nie powiem. Cały czas traktuje mnie trochę jak uczennicę.

Kłócicie się czasem?

Nie, trudno się z mamą pokłócić.  Czasami dyskutujemy na jakiś temat  i mówię do niej: „Przestań na mnie krzyczeć!”. A ona mówi: „Weroniczko, przecież to ty podnosisz głos. Zobacz, jak do ciebie mówię”. I faktycznie po chwili to ja przyznaję: „No tak, to nie ty krzyczałaś”. (śmiech) Trudno ją  wyprowadzić z równowagi, bardzo  się kontroluje.

Czy kiedykolwiek się na Ciebie obraziła?

Nie. Raz przykro strasznie mamie  było, kiedy wstawiłam na Instagram zdjęcie, na którym stoję w jeziorze i mam do połowy pośladków wodę.  Zadzwoniła wtedy do mnie i powiedziała, że jest jej przykro, że to zrobiłam. A mnie było przykro, że zrobiłam przykrość mamie.

Dlaczego mamie było przykro z tego powodu?

Uznała, że niepotrzebnie podzieliłam się z ludźmi tak intymną chwilą. Tyle że to nie była jakaś intymna chwila.  Po prostu wygłupiałyśmy się z przyjaciółkami na Mazurach i jedna z nich zrobiła mi zdjęcie. Potem pomyślałam sobie, że może faktycznie nie powinnam była tego zdjęcia wrzucać – było mi smutno, że mama tak to przeżyła  i że sprawiłam jej zawód. Ale zdjęcia nie usunęłam. (śmiech)

Twoja młodsza siostra Kasia jest bardziej związana z mamą niż Ty?

Nie. Moja siostra bardzo długo studiowała za granicą. Liceum robiła w Cambridge, a potem kończyła studia w Barcelonie. Bardzo wcześnie wyjechała  z domu i jest zdecydowanie tą mądrzejszą siostrą. Ja częściej popadam  w tarapaty, ona jest bardziej ułożona. Jesteśmy ze sobą blisko, mimo że się bardzo różnimy. Ona jest trochę taką młodszą-starszą siostrą. Jest bardzo dojrzała.

Myślisz, że mama jest z Ciebie dumna?

Myślę, że tak. A ja jestem bardzo dumna z mamy – stworzyła własną szkołę tańca, która się w niesamowity sposób rozrosła. Mama wychowywała się  w domu, w którym się nie przelewało, jako młoda dziewczyna dostała stypendium za granicą. Pojechała do Rosji bez pieniędzy, było jej tam naprawdę ciężko. Żyła w strasznych warunkach.

Opowiadała Ci o tym?

Nie. Mieszkała w jakimś akademiku,  z karaluchami, pluskwami, sama,  bez rodziców. Mnie też urodziła  w Moskwie. W szpitalu, gdzie na sali było z nią 15 innych dziewczyn, i ona tam sama, bez rodziców. Aż się wzruszam, kiedy sobie o tym myślę... Mama jest bardzo dzielną kobietą i ma wielką pasję do tego, co robi. Rodzina zawsze jest dla niej ważna, ale w tym wszystkim potrafiła zawalczyć o siebie i o to, co kocha równie mocno,  czyli nauczanie tańca.

 

Wywiad z Beatą Ksiąkiewicz (tancerką baletową, wykładowczynią)

Gala: Agata Passent  w udzielonym mi niedawno wywiadzie powiedziała, że nie zna żadnej relacji matka – córka, która byłaby idealna czy też pozbawiona jakichś obciążeń. Czy Pani się  z tym zgadza?

Myślę, że tak. Każda matka chciałaby dziecka idealnego, (śmiech) co jest po prostu niemożliwe. Chcemy ustrzec je przed wszystkimi problemami, chcemy często za dziecko zrobić wszystko, swój cały bagaż doświadczeń przekazać w postaci dobrych rad.

A jak było z Panią i Weroniką? Też Pani ją pouczała?

Tak. Ja mam w domu przezwisko „profesor”. Fakt, jestem profesorem Uniwersytetu Muzycznego, ale...

Przenosi pani nawyki zawodowe do domu?

Kiedy mąż albo córki chcą mi dopiec, mówią: „No, profesor znowu tutaj  nami rządzi”. Mam, niestety, dydaktyczne zapędy...

W jakich sytuacjach poucza Pani Weronikę?

Teraz już w żadnych, raczej staram się dawać rady, a kiedyś to absolutnie we wszystkim. Dopóki była małą dziewczynką, poddawała mi się, a potem oczywiście nastąpił okres buntu i każda uwaga była przyjmowana już mniej sympatycznie. Odradzam innym mamom takie wchodzenie w życie dojrzewającej czy też dorosłej już osoby.  W tej chwili nabieram do tego coraz większego dystansu. Wiem, że Weronika fantastycznie sobie radzi bez moich uwag. Poza tym obydwie jesteśmy bardzo zapracowane, więc nie mam możliwości, by ją kontrolować, choćbym bardzo chciała wiedzieć o wszystkim, co się u niej dzieje. Przejęła tę rolę moja mama, zresztą od zawsze była bardzo blisko z Weroniką. Praktycznie codziennie do niej dzwoni. Często od niej się dowiaduję, co słychać u mojej córki. Babcia wie więcej niż ja.

Weronika jest z babcią bardzo związana i do niej podobna.  Bardzo Panie się różnicie?

Tak. Ja nie do końca potrafię być spontaniczna, a Weronika i moja mama są bardziej szalone, zwariowane. Myślę, że potrafią lepiej korzystać z życia. Ja muszę mieć wszystko poukładane, czas rozplanowany. Tak naprawdę chyba tylko podczas wakacji pozwalam sobie na drobne szaleństwa. Zazdroszczę im... Może kiedyś, jak już  będę na emeryturze, dołączę do tego grona? Na razie, niestety, nie widzę  na to szansy. Ale mimo że się różnimy, jest też wiele rzeczy, które nas łączą  i w których Weronika jest do mnie  bardzo podobna...

Na pewno jest do Pani bardzo  podobna z wyglądu.

Bardzo. Czasami też łapię się na tym, że mówię do niej: „Weroniko, no przecież nie możesz tak ciężko pracować, nie wystarczy zdrowia na to”. Na co ona mówi: „A ty spójrz na siebie. Pracujesz inaczej? Pracujesz dokładnie tak samo, jak ja”. I ma rację. Tego pracoholizmu nauczyła się ode mnie – jest bardzo solidna i profesjonalna, nigdy nie odpuszcza. Tym, co nas łączy, jest pasja, całkowite oddanie się temu,  co się kocha. Zawsze mówiłam moim dziewczynom: „Musicie wybrać”.  Miały takie rozterki w wieku 15-16 lat: „Ty jesteś szczęśliwa, bo od dziecka wiedziałaś, co chcesz w życiu robić,  a my nie wiemy”. Zdawałam sobie sprawę, że obydwie miały zdolności  artystyczne, ale mówiłam: „Róbcie to, co kochacie. I tylko to. Bo inaczej będziecie nieszczęśliwe”. Oczywiście  ważne jest też, by wybrać coś, w czym jest się dobrym...

Tylko wtedy jest szansa na osiągnięcie sukcesu.

Tak. Sukces jest ważny, na szczęście córkom się udało. Weronika jest pierwszą osobą w naszej rodzinie,  która wybrała aktorstwo. Od dziecka była otoczona muzyką, teatrem, spektaklami, razem z młodszą córką Kasią nieustająco organizowała w domu przedstawienia. Praktycznie nie było wieczoru, żeby czegoś nie wymyśliły. Aktorstwo tkwiło w Weronice od dziecka.

Zanim została Pani matką, marzyła Pani o córce?

Nie byłam osobą, która od najmłodszych lat marzyła o tym, żeby zostać mamą. Chodziłam do szkoły artystycznej, która pochłaniała cały mój czas, i trzeba było temu absolutnie się poświęcić. Moment urodzenia dziecka był oczywiście największym szczęściem, miałam wtedy 21 lat. Weronika urodziła się w Moskwie, gdy byłam  na ostatnim roku studiów. Moje dorosłe życie i rola mamy zbiegły się z rozpoczęciem pracy zawodowej jako nauczycielki w szkole baletowej.

Czasu na macierzyństwo musiała Pani mieć mało?

Tak. Ogromną pomocą w pierwszych latach życia córki, była moja mama,  dla której Weronika była pierwszą wnuczką i absolutnym oczkiem w głowie. Moja mama poświęcała jej każdą wolną chwilę.

Jaką Pani była matką dla małej Weroniki?

Kiedy Weroniczka była malutka, bardzo ją rozpieszczaliśmy, pozwalaliśmy jej na wiele. Myślę, że na pewno jako matka popełniłam wiele błędów, ale rezultat jest zadowalający, rewelacyjny. Na tym jednak właśnie polega  życie: są upadki i momenty radości, chwile żalu i sprzeczki.

O co najczęściej?

Właściwie teraz nie mamy już o co się sprzeczać. Tak bywało, gdy Weronika była młodsza.

Czy na temat mężczyzn, z którymi wiązała się Weronika, próbowała Pani z nią rozmawiać? Doradzać jej?

Zawsze jej szczerze mówiliśmy, co myślimy, ale oczywiście wszystkie decyzje życiowe Weronika podejmowała sama. Każdy jej wybór wspieraliśmy  i akceptowaliśmy. Po prostu jako matka chciałam ją ustrzec przed popełnieniem błędu, tylko tym się kierowałam.

Weronika nie słuchała Pani rad?

Myślę, że je wysłuchuje, ale zawsze robi tak, jak jej dyktuje serce. I jest w tym cudowna. A jeśli się sparzy, też wie, że to jej błąd. Chyba trzeba tak właśnie postępować, żeby nikogo nie obarczać potem winą za własne porażki.

Dużo tych porażek Weronika ma  za sobą?

Ona mówi, że w zasadzie niczego nie żałuje – każdą porażkę uważa za coś, od czego trzeba było się odbić, by pójść dalej i czerpać doświadczenie. Każda porażka to nauka, tak więc jeśli wyciąga się odpowiednie wnioski, to z trudnych sytuacji jesteśmy w stanie nauczyć się więcej niż z sytuacji, które są dla nas przyjemne. Trudno Weronikę nagiąć, by zrobiła coś wbrew własnej woli. Idzie swoją drogą i słucha serca. Tak bym to określiła. Czasem drogą trudną, choć być może dużo bardziej satysfakcjonującą, ale tego nie było  aż tak dużo w jej życiu.

Traktuje Pani córkę jak przyjaciółkę?

Bardzo się kochamy, ale nie jesteśmy przyjaciółkami, które mówią sobie  o wszystkim. Częściej ja zwierzam się jej niż ona mnie. Weronika jest bardzo  silną osobą, rzadko się zwierza.

Nawet matce?

Nawet mnie. Babci więcej mówi, ale  i tak moja mama ubolewa, że nie wie, co się u niej dzieje. Myślę, że Weronika czuje siłę własnego charakteru i wie, że sobie ze wszystkim poradzi. A radzi sobie doskonale – sama wychowując Boryska i pracując.

Ale kiedy rozstawała się z ojcem swojego synka, to chyba potrzebowała Pani wsparcia?

Zawsze mogła na nas liczyć. Być może popełniła wtedy jakiś błąd, ale minęło już od tamtej pory tyle lat... Z perspektywy czasu inaczej się na to patrzy. Borysek jest dla nas wielkim szczęściem.

Dzwonicie do siebie codziennie?

Nie. Jak któraś ma ochotę, to dzwoni. To nie są bardzo rzadkie telefony,  ale nie ma codziennego nagabywania  i dowiadywania się, jak minął dzień. Osiągnęłam stan wewnętrznego spokoju i już jej nie nękam telefonami. Zdarzało się, że z wyrzutem mówiła: „Przecież ty dzisiaj już raz dzwoniłaś, a babcia trzy razy”. (śmiech) Była zmęczona tą naszą nadopiekuńczością.  W tej chwili mamy do siebie absolutne zaufanie. Ona wie, że jeśli będzie chciała, może się przede mną otworzyć. Myślę jednak, że ma już swoje  dorosłe życie i przede wszystkim jest zaabsorbowana Borysem. On jest jej oczkiem w głowie, bycie matką to jej najważniejsza rola i doskonale się  z niej wywiązuje. Między Weroniką  i Borysem zauważam bardzo silną, przyjacielską relację.

Córka jest inną matką, niż Pani  była dla niej?

Zupełnie inną. Jest kumplem dla  Borysa, co nie zawsze wychodzi jej  na dobre. Ona to wie.

Podobno zdarza się, że Borys  do Pani dzwoni i mówi: „Twoja córka na mnie krzyczała”?

Tak, zdarzyło mu się raz lub dwa  poskarżyć na mamę, co nas bardzo rozbawiło.

A Pani? Jest już inną babcią, niż była matką?

Absolutnie inną. Byłam przy porodzie Borysa, a to buduje niesamowitą więź. Dodatkowo wzmocnił ją długi okres  po jego narodzinach, który spędzili  w rodzinnym domu w Poznaniu, a my mieliśmy szczęście uczestniczyć w wychowywaniu Boryska. Potrafię bardziej go wysłuchać niż pewnie kiedyś swoje córki.

Ma Pani do wnuka więcej cierpliwości?

Tak. I moją rolą jest w tej chwili spełnianie jego pasji. Borys to chłopiec, który zapala się i bardzo długo pozostaje w absolutnej euforii dotyczącej tematu, który go zafascynował. Kiedy miał pięć lat, zafascynował się Igorem Mitorajem, bo zobaczył w Starym Browarze w Poznaniu jego ogromną rzeźbę. Tak długo się nim interesował, aż poznał wszystkie jego prace. Weronika jeździła z nim po całej Warszawie, żeby je oglądać. I właściwie zdobył, można by powiedzieć, wiedzę akademicką na temat Mitoraja. Kiedy zafascynował się „Gwiezdnymi wojnami”, to stał się encyklopedią na ich temat.

Kiedy Weronika nagle odeszła  z „Tańca z Gwiazdami”, mówiło  się, że przez wykryty u niej nowotwór kręgosłupa. To musiał być bardzo trudny moment, nie tylko dla niej, ale i dla całej rodziny.

Weronika zaprosiła mnie na próby, które miała z Rafałem Maserakiem, bym podpowiedziała coś pod kątem choreografii. Próba przebiegała dobrze. W pewnym momencie zatrzymała się i powiedziała: „Mamo, mam taki problem już od jakiegoś czasu. Nie czuję tej łydki, jakby nie była moja”. Od razu wiedziałam, że to coś złego, związanego z nerwem obwodowym. Na szczęście uczestnicy „Tańca z Gwiazdami” mieli bardzo dobrą opiekę medyczną, lekarz, który zajmował się całą ekipą, szybko zareagował. W ciągu dwóch-trzech dni Weronika została zdiagnozowana. Trafiliśmy do najlepszego specjalisty, doktora Baranowskiego, który był wtedy – i jest nadal – ordynatorem na oddziale neurologii w szpitalu w Konstancinie. To on potwierdził, że to jest guz. Na szczęście okazało się, że niezłośliwy. To był nerwiak, który oplatał kręgosłup. Operacja była niezwykle niebezpieczna i skomplikowana – trwała około ośmiu godzin. Potem była długa rehabilitacja. Ale Weronika ma w sobie taką siłę... To jest coś niesamowitego, że im bardziej ją życie doświadcza, tym ona staje się silniejsza.

Czy te wszystkie przejścia sprawiły, że Pani jeszcze bardziej się o nią martwi?

Zawsze się o nią martwię. Zawsze będę się o nią martwiła, troszczyła i przeżywała. I na pewno się tego nigdy nie wyzbędę. (śmiech) Taka jest rola matki.

Ma Pani jakieś marzenia dotyczące Weroniki?

Zależy mi, by była szczęśliwa, również w swoim życiu prywatnym. Ma Boryska, jest spełnioną matką, ale też chcę, by znalazła bratnią duszę...

Jakiego partnera by Pani widziała u jej boku?

Wolę się nie wypowiadać. (śmiech)  Moje wymagania są absolutnie nieadekwatne do jej wymagań.

Możecie mieć przecież inne  zdanie...

Myślę, że wymagania Weroniki się zmieniają. Myślę, że teraz szuka przede wszystkim partnera godnego zaufania. Takiego, który będzie dobrym wzorem dla Borysa. I ja tego  samego sobie życzę. I jej. Chciałabym, żeby po prostu była w pełni szczęśliwa. Ma bardzo dużo pracy, ale to uwielbia – i im więcej ma pracy, tym bardziej jest zorganizowana, uwielbia życie  z adrenaliną. Ona się w tym świetnie odnajduje. Ze wszystkim zdąży, nigdzie się nie spóźni.

A jakie ma wady? Czy w ogóle  jakieś ma?

Tak, ale nie wiem, czy mogę głośno  o nich mówić, bo to byłoby obgadywanie własnej córki... Ma wadę taką,  o której mogłabym powiedzieć, że jest naszą wspólną, i myślę, że się nie obrazi, jeśli o tym powiem: nie potrafimy odpoczywać. Po prostu padamy i leżymy. Albo biorę tylko książkę, przy której zasypiam. Weronika ma dokładnie to samo. Jak ma jeden wolny dzień,  leży w łóżku. Chce się wyspać.

A co najbardziej podoba się Pani  w córce?

Weronika ma w sobie taki magnetyzm. Jeszcze będąc w wózeczku, przyciągała wszystkie oczy, nikt nie przechodził obok niej obojętnie. Moją mamę zawsze to denerwowało, że każdy zagląda do wózka i chce z dzieckiem porozmawiać. Wiązała jakieś czerwone kokardki, żeby uroku ktoś nie rzucił... Śmialiśmy się zawsze z tego oczywiście. Druga cecha Weroniki, z której  jestem bardzo dumna, to na pewno wielka siła w pokonywaniu przeciwności. Im więcej przeciwności, tym ona lepiej sobie z nimi radzi.

No i chyba to, że zawsze ma swoje zdanie...

To jest i wada, i ogromna zaleta. Tak, ma swoje zdanie i zawsze kieruje się sercem. Ma też intuicję – silny głos  wewnętrzny, i wie, których rzeczy nie powinna robić. I nie jest dyplomatką, przez co czasami traci, ale zawsze robi wszystko, aby być w zgodzie ze sobą. Nie wiem, czy to jest do końca pozytywna cecha, bo mówienie komuś prawdy prosto w oczy wychodziło jej częstokroć na niekorzyść. Kiedyś nie potrafiła się opanować i zawsze wyrażała swoje zdanie, teraz, jeśli nie chce czegoś powiedzieć, to po prostu milczy. No i jest wspaniałą matką. Kochającą, przyjazną dla swojego dziecka. Zbyt pobłażliwą czasami. Ale też, kiedy trzeba, zastępuje Borysowi tatę. Borys bardzo jej słucha, liczy się z jej zdaniem. Pani też ma syna, więc wie, że przy chłopakach trzeba jednak te granice mocno wyznaczać. Chociaż  to zależy pewnie także od dziecka,  od charakteru. Ale Borys, też przez  tę jego wielką ciekawość świata, chciałby przekraczać pewne granice, więc matka musi czuwać.