Za dwa tygodnie masz 40. urodziny. Prawie udało Ci się to ukryć! Zresztą naprawdę trudno w to uwierzyć, kiedy się na Ciebie patrzy.

Przestań! Nie gadajmy o tym! Wszyscy mi wciskają tę „czterdziestkę” na każdym kroku, odkąd skończyłam 39 lat! Strasznie mnie denerwuje takie rocznicowe rozliczanie kobiet z wieku. Według mojego wewnętrznego zegara jeszcze nie mam tylu lat. Na początku roku, dla higieny psychicznej postanowiłam, że zniknę w tym czasie z Warszawy. Naprawdę chciałam uciec. Wszystkim mówiłam, że nikt mnie w okolicach tego dnia nie zobaczy, bo sama nie mam ochoty o nim pamiętać, ale tak się zdarzyło, że 27 listopada jest finał „Tańca z Gwiazdami” i każda para musi wystąpić. O godzinie 23 zaczyna się ostatnie after party dla całej naszej ekipy. Więc wychodzi na to, że będę obchodzić urodziny, i to hucznie. W tej sytuacji zaproszę też chyba moich przyjaciół i mam nadzieję, że wyjdzie z tego przynajmniej fajna bibka.

Na pewno! Poza tym nie rozumiem, dlaczego tak walczysz z tą czterdziestką. Widziałaś się dziś rano w lustrze?

Widziałam.

Trzeba było powiedzieć sobie coś krzepiącego!

(śmiech) Wiesz, ile czasu spędzam przed lustrem? Osiem godzin dziennie, bo cały czas ćwiczę, a w sali są ogromne lustra. Tyle się na siebie napatrzyłam, że niedobrze mi się robi na mój widok!

A jak myślisz o sobie, to – kobieta po przejściach czy – kobieta z przyszłością?

Oczywiście, że kobieta z przyszłością, ale też z ciekawą przeszłością, która jest moim wielkim kapitałem. Dwadzieścia lat żyłam w zupełnie innym świecie, innym kraju, wśród innych ludzi...

Potem przyjechałaś do Polski. Nie znałaś języka, nie miałaś prawa pobytu, nie wiedziałaś wiele o nowym kraju, o ludziach, ich mentalności. Ale zaryzykowałaś. Postawiłaś wszystko na jedną kartę.

Zaczęłam, w jakimś sensie, drugie życie. Tamto zostało tak daleko, jest tak odrębne i tak różni się od tego, co mam teraz, że czasami wydaje mi się nierealne. Wypomniałaś mi, że mam 40 lat... więc powiem ci, tak na poważnie, że z tą czterdziestką nie mam żadnych problemów...

...ale?

Jestem w Polsce już dwadzieścia lat i te lata czuję na karku. Czuję ich ciężar, gęstość wydarzeń, przeżyć, wszystkich radości i dramatów. Ostatnie wydarzenia w moim życiu spowodowały, że po 20 latach znowu zaczynam od początku. To jest niesamowite! Drugi raz mam carte blanche i mogę zapisać ją od nowa. Oczywiście, czasami zastanawiam się, czy tak musiało się stać? Nie wiem... Nikomu nie życzę takich doświadczeń, ale z drugiej strony przez to, co przeżyłam, musiałam wszystko przemyśleć jeszcze raz.

Ty się już mniej boisz?

Ja już się niczego nie boję. Ja już nie mam nic do stracenia, bo byłam na kompletnym dnie. Pamiętam, jak mojej kuzynce zmarło dziecko. Nikt nie potrafił jej pocieszyć, każdy bał się w ogóle  z nią rozmawiać, ale ja któregoś dnia zapytałam: „Natasza, jak ty teraz będziesz żyła?!”. A ona mi odpowiedziała: „Teraz dopiero będę żyła. Przeszłam piekło, już niczego się nie boję, nic gorszego mnie nie spotka”. Tak samo ja. Ja już przeszłam przez swoje piekło. Cóż może być gorszego niż to, co mnie spotkało? A nawet jak będzie, to już wiesz, że przetrwasz, że musisz przetrwać.

Kiedy było to dno?

Pierwsze chwile po zatrzymaniu. Myślałam, że to koniec. Siedziałam wiele godzin na korytarzu w prokuraturze, mijały mnie dziesiątki osób, nikt się do mnie nie odzywał, nie wiedziałam, co się tak naprawdę stało, o co chodzi. Zdałam sobie sprawę, że jeśli po 48 godzinach nie wrócę do domu, to będzie koniec, nie pozbieram się nigdy. Ale z drugiej strony ludzie wychodzą po 15 latach więzienia i żyją. Nie wiem, jak by to było ze mną i wolę o tym nie myśleć. Na pewno nikomu nie jest potrzebne takie doświadczenie. Poza tym ludzie bardzo płytko o tym myślą, nikt nie ma ani czasu, ani ochoty, żeby cię zrozumieć. Sam fakt, że powiedziano o tobie coś złego, sprawia, że jesteś naznaczony do końca życia. Kropka.

Wycofano zarzuty, oczyszczono Twoje imię. Po 20 latach drugi raz zaczynasz w Polsce nowe życie.

Po dwuletniej przymusowej przerwie pierwszy raz w życiu poczułam, co to znaczy nie robić nic na siłę. Nie chce mi się robić połowy rzeczy, które robiłam do tej pory. Na przykład tyle pracować mi się nie chce, bo po co? Żyję w minimalizmie, wynajmuję niecałe 60 metrów. 20 lat temu, kiedy przyjechałam do Polski, wynajmowałam mieszkanie i teraz też wynajmuję, to symboliczny znak! Co prawda rzeczy mi się nie mieszczą i leżą w kartonach, ale to jest super zmiana. Mam mało do sprzątania, jest przytulnie, ładnie i ciepło. W garażu stoi mały samochodzik, którym wszędzie jeżdżę. I mam poczucie, że...

... nic więcej nie potrzebujesz do życia?

 

Czuję się jak na najlepszych koloniach szkolnych z mojego dzieciństwa. Nie ma we mnie tego lęku – musisz pracować, musisz pracować, nie możesz sobie pozwolić na chwilę odpoczynku, bo coś ci ucieknie. Pracuję tak mało, jak się da, żeby tylko przetrwać, i nic mi nie ucieka. Jestem wolna jak ptak. Wszyscy znajomi zazdroszczą mi tego uczucia. Nie muszę nikomu się tłumaczyć, nie muszę od nikogo odbierać telefonów. Czegoś takiego nigdy nie doświadczyłam.

To co robisz?

Celebruję każdą chwilę. Bo na czym polega nowy etap w życiu? Mam zero i zaczynam robić to, czego nigdy dla siebie nie robiłam. Zaczęłam od tańca i motorów. Zawsze jeździłam z chłopakami na motorach, mieliśmy całe podwórko motorów, głównie Jawy i MZ-etki. Od lat mam w Polsce grupę przyjaciół harleyowców, ale dopiero teraz, pierwszy raz, wyprawiłam się z nimi w podróż. Bycie w związku czasami zamyka cię w kleszczach, bo musisz dostosować się do partnera. Przecież nie zostawisz go na tydzień w domu, żeby pojechać z przyjacielem na harleyu. Zresztą pewnie mało który facet by się na to zgodził. Ale wreszcie pojechałam i były to najpiękniejsze chwile, jakie mi się w życiu przytrafiły.

Co pamiętasz?

Pierwszą wyprawę, do Grecji. Polecieliśmy samolotem na Peloponez, motory przyjechały tirami, zostały zapakowane dużo wcześniej. Dwadzieścia pięć osób, piętnaście motorów, w osiem dni zrobiliśmy półtora tysiąca kilometrów, zwiedziliśmy każdy zakątek wyspy.

Widziałaś kozy kri-kri, które skaczą po drzewach?

Nie, ale tak pięknego i pustego krajobrazu nie wiedziałam nigdy. Z radości cały czas rżałam jak koń. Mam dwa razy więcej zmarszczek przez te motory, bo jak wsiadam na harleya, słyszę to wr, wr, wr, przytulam się do kolegi, to jestem w siódmym niebie. Siedzisz za prawdziwym facetem, czujesz zapach skóry, widzisz cały świat, możesz go dotknąć, wchłonąć, zanurzyć się w nim. Jak jedziesz w górach, możesz wszędzie zajrzeć, wszystkimi zmysłami dotykasz natury, ludzie się do ciebie uśmiechają, podajesz im rękę, gadasz. Wszystko jest zaplanowane, wymyślone, tu kawa, tam nocleg, tu zwiedzasz ruiny starego teatru, tam płyniesz łódką... frajda, jakiej nie znałam. Tego nie da się z niczym porównać.

Myślisz, że potrafisz zbudować fajny, bezpieczny związek? Masz na to jeszcze energię, wiarę?

Dopiero teraz jestem w stanie zbudować fantastyczny związek!

Lubię w kobietach taką stanowczość.

(śmiech) Ona przychodzi z wiekiem, z doświadczeniem. Teraz jestem dużo mądrzejsza, spokojniejsza, bardziej tolerancyjna. Myślę, że dziś mężczyzna mógłby być ze mną najszczęśliwszy, bo nie miałby typowych babskich kłopotów. Żadnych sprawdzianów, jak bardzo kocha, żadnych kontrolingów, zazdrości, podejrzeń, zakazów, żadnego mówienia, że jest do dupy przy kolegach i koleżankach, odstawiania fochów w domu i w miejscach publicznych.

Jesteś świetną partią, jednym słowem!

(śmiech) No, myślę, że tak...

Czy chcesz mi przez to coś powiedzieć?

Nie jestem jeszcze gotowa powiedzieć, że to ten mężczyzna. Ale czuję, że to jest mój czas. Zbieram siły, zbieram siebie. Jest dobrze, na tyle, żeby się nie śpieszyć i spać spokojnie.

Masz na razie sporo innych obowiązków. Jesteś takim ginącym gatunkiem matki chrzestnej, która całym sercem zajmuje się chrześniakami.

Ja to wyniosłam z domu, dopiero niedawno dotarło do mnie, że to jest tutaj dość nietypowe. Mnie uczono, że matka chrzestna to moja druga mama, zawsze jest przy mnie w każdej ważnej chwili, wspiera mnie, pomaga, kocha. I teraz ja oddaję to innym. Mam sześcioro chrześniaków, siódmy w drodze. Moja przyjaciółka zadzwoniła wczoraj i mówi: „Wera, będziesz miała córeczkę”. Myślę, że to jest tak, że rodzice tych dzieci muszą cię strasznie lubić, do tego stopnia, że nie wiedzą jak cię wchłonąć, jak cię przyjąć do siebie jeszcze bliżej. Jak mi ktoś „oddaje” swoje dziecko, to już „ma” mnie na zawsze.

Rozumiem, że jesteś na bieżąco z każdym dziecięcym problemem?

Oczywiście. Na przykład najstarsza Ania, ma 14 lat, żyje moim życiem, a ja jej. Rozmawiam z jej matką, moją przyjaciółką jeszcze z podwórka, ale drugie pytanie już brzmi: „A jak się czuje moja córka?”. Ania jest mądrą dziewczynką, gadamy razem na poważne tematy: o szkole, o przyszłości, o miłości. Była u mnie teraz tydzień w Warszawie, poszłyśmy pierwszy raz na dyskotekę, na after party po „Tańcu z Gwiazdami”. Mama pozwoliła, Ania była zachwycona. Kilka lat temu powiedziała swojej mamie, że marzy o tym, żeby jak podrośnie, zamieszkać ze mną. Zadzwoniła teraz do mamy i mówi: „Mama, już przyszedł ten moment! Już mogę się przeprowadzić!” (śmiech). Płakała jak bóbr, kiedy ustaliłyśmy z mamą, że wraca do domu. Albo Julcia, moja druga córeczka, uwielbiam ją, bo ma silną osobowość i jest charakterna. Dzwoni do mnie niedawno jej mama ze Szczecinka i mówi: „Wera, musisz z nią pogadać, bo znowu narozrabiała, ja już nie daję rady”. Sam fakt, że Julcia wie, że ja wiem o jej występkach, wystarcza,  żeby się poprawiła. Julcia tańczy w zespole Rebelia, pół Szczecinka jej dziękowało po tym, jak opowiadała o nich w programie na antenie TVN. Jest jeszcze Oleś, Wojtek, Helenka..., wszystko o nich wiem, mogę opowiadać godzinami.

Co Ci dają te dzieci?

Ogromną radość. Błogie uczucie, że ktoś jest mi bliski, że mnie potrzebuje, że muszę się nim opiekować. Zawsze lubiłam się kimś opiekować, to mi daje mnóstwo szczęścia. A te dzieci oddają miłość po stokroć. Kiedyś strasznie chciałam być pedagogiem, to kolejna moja pasja, która była i zniknęła.

Nie żal Ci, że żadne z tych dzieci nie jest Twoje, że nie Ty je urodziłaś?

 

Może gdyby obce dziecko, przypadkowo spotkane, bardzo mi się spodobało, to poczułabym ukłucie w sercu – szkoda, że nie jest moje. Ale ja kocham tych ludzi, którzy mi powierzyli swoje dzieci. Są mi bliscy jak rodzina, jesteśmy spleceni ze sobą na zawsze, dlatego nigdy nie miałam takich myśli. Moje przyjaciółki – mamy mówią: „Weronika, ty już nie musisz rodzić dzieci. My ci damy swoje, ile chcesz i na ile chcesz”.

Czułaś się kiedykolwiek gorsza, bo nie jesteś mamą?

Nie, bo zawsze byłam jakoś zaspokojona, najpierw miałam Nastkę, teraz moich chrześniaków. Myślę, że mam jeszcze pięć lat na to, żeby urodzić własne dziecko. Bardzo tego pragnę. Ale nie napinam się, nie stresuję. Już wiele przeszłam i wiem, że taki strach, że się nie uda, to ślepa uliczka. Nie mam absolutnie wątpliwości, że jak spotkam partnera, z którym będę chciała założyć rodzinę, od razu postaram się o własne dziecko. Mam wewnętrzne przekonanie, że będę je miała. Po prostu będę je miała.

A jak się nie uda? Jesteś gotowa na in vitro?

Jestem gotowa na wszystko. Nie boję się. Nauczyłam się jednej bardzo ważnej rzeczy. Trzeba to zrobić  mądrze. Trzeba przygotować się i fizycznie, i psychicznie. Zrozumiałam, jak psychika jest ważna. Musisz być na 100 proc. pewna, że to jest właściwy moment, musisz czuć, że się uda. Zobacz, dzieci poczęte w sposób naturalny zazwyczaj pojawiają się w momentach, kiedy jesteś szczęśliwa, dzieje się coś fajnego, oddajesz się emocjom, a nie główkujesz nerwowo: uda się czy nie uda. Z in vitro jest tak samo, musisz trafić na moment, kiedy ciało i psyche współgrają. Ja nie mam jednoznacznych wskazań na in vitro, bo tak naprawdę z moim ciałem wszystko jest OK. U mnie za dużo spraw rozgrywa się w głowie, w psychice, zawsze miałam mnóstwo blokad, lęków, strachu, stresu, niewiary w siebie.

Ale dlaczego?

Przede wszystkim ciężkie dzieciństwo. Nie znam nikogo, kto był tak tresowany w dzieciństwie jak ja: trzy szkoły,same piątki, kindersztuba, nie mogłam źle się odezwać, nic złego zrobić, żadnych potknięć, bo rodzice by mnie chyba zatłukli. Myślę, że jak człowiek na początku coś takiego przeżyje, to później bardzo się boi urodzić dziecko, bo czuje podświadomy strach, że to dziecko będzie musiało przeżywać to samo. Po drugie, jak przyjechałam do Polski, zaczęła się dla mnie totalna harówka: studia, jedne, drugie, córka męża, pięć etatów przez wiele lat, a tak się nie da zostać mamą. Nie wiem, która kobieta potrafiłaby w takich warunkach zajść w ciążę i ją donosić. Teraz, jak będę chciała poświęcić czas swojemu dziecku, nikt mnie nie zmusi, żeby było inaczej. Jestem na 100 proc. pewna, że umiem mówić nie – nie mogę, nie chcę, nie pójdę, nie zrobię. Pytałaś, co bym powiedziała tej 20-letniej dziewczynie, którą byłam, kiedy tu przyjechałam? Dzisiaj powiedziałabym jej: uwierz w siebie, rób swoje, nie bój się życia. Nie próbuj od razu wszystkiego poukładać, zaplanować, poustawiać. Nie bój się niespodzianek i pamiętaj, że strach jest najgorszy, zabije w tobie wszystko.

Jak myślisz o swoim nowym życiu, są to wielkie marzenia czy raczej proste pragnienia?

Nie wyobrażam sobie letnich uczuć, bo nie wierzę, że coś takiego długo potrwa. Chciałabym bardzo kochać. Nawet nie chodzi o to, żeby być kochaną, bo sama siebie już na tyle kocham, że ktoś inny nie musi. Ale ja chcę kochać! Ja po prostu lubię kochać, mnie to strasznie kręci. A jak coś mnie kręci, lubię to robić na maksa: jak tańczę, to nie godzinę, tylko osiem. Z miłością tak samo. A jeśli chodzi o życie, to cieszą mnie zwykłe rzeczy. Codzienność, takie żonglowanie zwykłymi, banalnymi sprawami daje mi ogromną frajdę. Coś się dzieje, mam zadanie i trzeba je wykonać. To do dzieła!