Na festiwal filmowy w Gdyni przyleciałaś z Los Angeles. Mam wrażenie, że przebywasz tam teraz więcej niż w Polsce. Zmieniłaś miejsce zamieszkania?

Tak się ułożyło, że miałam tam więcej pracy. W ciągu ostatniego roku zagrałam w Stanach w czterech produkcjach, a w Polsce w jednej. Ale to nie wynika z tego, że chcę tam być na stałe. W Stanach pomieszkuję od wielu lat, ale często tu przyjeżdżam. Moje życie jest nieprzewidywalne, nie wiem, gdzie będę jutro.

Lubisz tę nieprzewidywalność?

Lubię, ale lubię też dyscyplinę. Odczuwam potrzebę zorganizowanego życia. Nie da się tego przeprowadzić, bo w moim zawodzie propozycje pojawiają się nagle albo przeciwnie – nagle znikają. Film zostaje skasowany z powodu braku pieniędzy lub produkcja przesunięta. Zdarzają się też absurdalne historie, na które nie mam wpływu. Dlatego o swoich rolach mówię dopiero wtedy, gdy jestem już po zdjęciach.

To skąd zamieszanie wokół komedii „Stand Up Guys”? Jednego dnia czytamy, że grasz w tym filmie, a drugiego Wirtualna Polska, powołując się na serwis The Internet Movie Database, podaje, że nie ma Ciebie w obsadzie. A notka jest napastliwa w tonie.

Zdjęcia do tego filmu skończyłam w zeszłym tygodniu. IMDb nie jest oficjalną stroną produkcji, dane do tego serwisu podają agenci lub menedżerowie aktorów. W tym wypadku to moja wina, bo nie powiedziałam menedżerowi, żeby uzupełnił tę lukę. Wyjeżdżałam akurat do Polski i było zamieszanie. Za parę dni taka informacja się pojawi (tak też się stało – Weronika gra w tym filmie Irenę – przyp. aut.). Ale w moim przypadku zawsze szuka się dziury w całym. Widzę w tym dużą złośliwość.

To prawda, stałaś się takim chłopcem do bicia.

W połowie mieszkam w kraju, w którym sukces jest podziwiany. Kiedy w Stanach mówię znajomym: „Sorry, nie mogę dziś się spotkać, bo mam zdjęcia z Alem Pacino”, wszyscy mówią: „Wow! Gratulujemy!”. A kiedy w Polsce pojawia się taka informacja, wychodzi na to, że coś ściemniam i że to porażka. Tak samo było z „Luck” – skasowanie drugiej serii uznano za moją porażkę. To absurd! Bo po pierwsze – zagrałam w pierwszej części, a po drugie – serial zamknięto z przyczyn wyższych.

Wiadomo z jakich: na planie zginęły trzy konie. Zaprotestowały organizacje ochrony zwierząt.

A mnie nikt z tego serialu nie wyciął. Stawianie takich tez bardzo mnie dziwi. Ale coraz mniej je przeżywam. Jestem lojalna wobec Polski, staram się tu być, grać, nie odcinam się. A są tacy, którzy coś zrobili w Ameryce i z krajem w ogóle nie chcą mieć do czynienia. Cokolwiek powiem, jest obracane przeciwko mnie. To staje się już śmieszne. Jak można zrobić negatywny news ze zdjęć z filmowego planu?! A okazuje się, że można.

Opowiedz o swojej roli w „Stand Up Guys”.

To epizod. Zgodziłam się na niego, ponieważ wiedziałam, że mam zagrać sceny z Christopherem Walkenem i Alem Pacino. Chyba nikt się nie dziwi, że chciałam się znaleźć z nimi na planie. To najmniejszy epizod, jaki grałam od lat. Ale nie taki, że mignę na ekranie.

A w takim właśnie wystąpiłaś u Agnieszki Holland. W filmie „W ciemności” na ekranie jesteś przez sekundę, ale wiem, jak ważna była dla Ciebie obecność na tym planie.

Dla mnie najważniejsze jest, z kim pracuję. W Polsce cały czas jest źle odbierane, jak postrzegam swoją karierę: każdego dnia chcę mieć do czynienia z aktorstwem. Grać, poznawać ludzi, których podziwiam, pracować z nimi. Dlatego nie ma znaczenia, że gram epizod, jeśli on jest u Agnieszki Holland albo u boku Ala Pacino. A zapewniam cię, że było mnóstwo kandydatek nawet do epizodów i brano znane nazwiska. Ucieszyłam się, kiedy Agnieszka po castingu mnie zaakceptowała. Dzień na planie u niej był dla mnie dużym przeżyciem. Ostrożnie wybieram epizody, staram się grać  w filmach na wysokim poziomie. W końcu „W ciemności” był nominowany do Oscara… A kiedy ten epizod włożyłam do swojego résumé, castingowcy w Ameryce zareagowali entuzjazmem, bo nazwisko Agnieszki jest tam szanowane. „Nieważne, że to epizod. Agnieszka Holland jest wymagająca, jak ciebie przyjęła, to znaczy, że jesteś dobra” – mówili. Dlatego chcę pracować z takimi osobami, bo oni wiedzą, kogo przyjmują. To perfekcjoniści.

Na gdyńskim festiwalu obok filmu „W ciemności” nagrodzono również thriller wojenny z Twoim udziałem – „Obławę” Marcina Krzyształowicza. Grasz tam wbrew swojemu wizerunkowi glamour – bez makijażu, skromnie ubrana, niekobieca. Jak trafiłaś do tego filmu?

 

Mój agent na prośbę reżysera przesłał mi scenariusz. Był świetny. Zaskoczyła mnie ta propozycja. „Czy aby reżyser właściwie kojarzy osobę z nazwiskiem?” – myślałam. Byłam zdziwiona, że ktoś wierzy w to, że może mnie kompletnie zmienić. Uwielbiam sytuacje, kiedy reżyser mnie chce, kiedy taką właśnie ma wizję postaci. Przed zdjęciami dużo z nim rozmawiałam o mojej bohaterce. Usiłowałam ją sobie wyobrazić: jest biedna, ma nieciekawą sytuację rodzinną, nie tylko nie ma makijażu, ale wręcz surowo wygląda. Było zabawnie, kiedy podeszłam do charakteryzatorki Ewy Drobiec i stwierdziłam: „Powiem ci, jak chcę wyglądać”, a jej zrzedła mina. Pewnie pomyślała o czarnych kreskach na powiekach albo czerwonych ustach...

I eleganckiej sukience. W partyzanckim obozie.

Myślę, że tego właśnie każdy się po mnie spodziewał. A ja powiedziałam: „Chciałabym nie mieć NIC na twarzy. Nawet jak mi wyjdzie pryszcz, opryszczka, cokolwiek, nie będę tego zakrywać”. Ewa powiedziała: „Mieliśmy taki sam pomysł, ale baliśmy się, że się na to nie zgodzisz”. Pestka jest jedyną kobietą w oddziale, więc nieważne, jak wygląda, i tak będzie obiektem pożądania dla mężczyzn. Dlatego moja Pestka jest wyzbyta seksualności. Ale kiedy trzy dni przed produkcją rano zobaczyłam w lustrze swoją twarz bez makijażu i pomyślałam, że tak będę grać, poczułam się niepewnie. Postanowiłam przez te trzy dni przed zdjęciami nie malować się. Najtrudniejszy był pierwszy: okulary, przemykanie się. Drugiego dnia już było lepiej. A trzeci – zupełny spokój. A kiedy pojawiłam się na planie z warkoczykami, w skromnym ubraniu, z „nagą” twarzą, ludzie mnie nie poznali. Byłam zachwycona! Potem mówili: „Ona była bez makijażu? I ona się zgodziła?!” (śmiech). Myśleli, że nie mam na to odwagi. A ja miałam nie tylko ją, ale i satysfakcję, że w końcu dostałam rolę, w której mogę się pokazać z jak najbardziej surowej strony. Bo zazwyczaj gram jakieś manipulatorki, kobiety atrakcyjne. Również w „Luck”.

Ale dla aktorki wygląd zewnętrzny to też atut. Prawdziwa gwiazda to talent plus uroda.

Chciałam pokazać, że nie tylko o urodę chodzi, i tak się zmienić, żeby ludzie widzieli na ekranie nie mnie, tylko Pestkę.

I wypadłaś bardzo wiarygodnie. Twoja Pestka to postać niejednoznaczna moralnie. Żeby ją obronić, musiałaś ją zrozumieć. To chyba nie było łatwe.

Niezwykle mocno weszłam w świat tego filmu. Nie wychodziłam wieczorami, nie bawiłam się, nie spotykałam ze znajomymi. Siedziałam w domu w samotności. Oglądałam wojenne filmy z lat 40., podpatrywałam mimikę aktorów – była inna niż dzisiaj, a ludzie mówili też wolniej. Potem musiałam polecieć na zdjęcia do Francji. Miałam grać współczesną dziewczynę, najbanalniejszą w świecie, a w ogóle nie mogłam się skupić. Cały czas siedziała we mnie Pestka.

To była jakaś znacząca rola?

Nie, bardzo mała, ale oznaczała dwa tygodnie pobytu w Montpellier. Wszystko było opłacone. Pomyślałam, że pojadę tam z mamą na wakacje. Film kręcono w technice 3D, też byłam tego ciekawa.

W „Obławie” ponownie spotkałaś się z Marcinem Dorocińskim. Czy miało znaczenie to, że już razem pracowaliście?

Ogromne. Bo kiedy wchodzisz na plan i tam dopiero poznajesz partnera, pojawia się onieśmielenie, stres. Zastanawiasz się, co on o tobie myśli. Ta druga osoba przeżywa to samo. Więc najpierw jest docieranie się na poziomie ogólnoludzkim, a potem wzajemne badanie energii aktorskiej. A z Marcinem wszystko było jasne. Świetnie się rozumieliśmy. Było śmiesznie, bo pierwszego dnia na planie Marcin powiedział: „Widzę Ciebie i mam ochotę mówić: «Dżemma»” (śmiech). Pracowaliśmy w trudnych warunkach – było zimno, kręciliśmy na zewnątrz, w lasach. Tempo też było zawrotne. Dzięki temu, że się tak dobrze z Marcinem znamy, wystarczała jedna próba, szliśmy do ujęcia i osiągaliśmy zamierzony efekt. Kiedy w „Stand Up Guys” Al Pacino i Christopher Walken weszli do sali na próbę, stresowałam się, jacy będą. Najpierw prywatnie, a potem, jak będą grać i jak się do nich dostosować.

Weroniko, do tej pory odmawiałaś ról, które wymagały od Ciebie rozbierania. A tu nagle naga sylwetka w „Obławie”, nagość w „Luck”...

W „Obławie” prawie nic nie widać, a na „Luck” złożyło się wiele rzeczy. Po pierwsze – dojrzałam do tego jako kobieta. To może dziwnie zabrzmi, ale wcześniej strasznie się bałam rozebrać. Bałam się, że stanie się to, co się stało. Że zaraz będę w tych wszystkich portalach. Ale doszłam do momentu, w którym dołożono mi już tak mocno, że bardziej nie można, kiedy przekroczono granice nienawiści i kłamstw, więc stwierdziłam: „Koniec, przestaję się tym sugerować. Nie ma znaczenia, czy się rozbiorę, czy nie, bo i tak wszystko się obraca przeciwko mnie”. W „Luck” mogłam odmówić, bo nagości nie miałam w umowie. Produkcji zależało na tej scenie – w bieliźnie lub bez, ale do niczego nie mogli mnie zmusić.

Podobno radziłaś się rodziców.

Zadzwoniłam do nich, żeby to skonsultować, ale decyzję podjęłam sama. Zapytałam: „Co o tym myślicie?”. A oni: „To czwarty odcinek, w którym grasz. Czwarty i ostatni. Ale nie pierwszy. Rola przewija się przez parę odcinków, produkcja świetna. Jeśli scenariusz wymaga od ciebie pokazania się topless, to o co ten hałas?! Oczywiście, że powinnaś to zrobić”. Nie na mawiali mnie, tylko uznali, że to właściwy moment.  A mój tata spytał: „A kiedy masz to zrobić? Za 20 lat?! (śmiech)”. Też mi tym dał dużo do myślenia. Wszystko to się złożyło na moją decyzję. Postanowiłam pójść na całość. Żeby mieć to już za sobą i więcej się tym nie stresować. Żeby w trakcie czytania scenariusza, gdy natrafię na nagą scenę, nie myśleć: „Boże, a czy musi być ta scena?”.

Twoja najlepsza i najgorsza decyzja w życiu?

 

Żałuję, że nie wzięłam roli w polskim serialu, który okazał się dobry i otworzył drzwi jednej z naszych topowych aktorek. Wystraszyłam się scen rozbieranych, ale byłam wtedy przed maturą i w szkole już miałam problemy z powodu grania. A najlepsza decyzja? Może wyjazd do szkoły Lee Strasberga do Stanów, bo te dwa lata nauki przyniosły mi to, co mam teraz. Wczoraj na festiwalowej premierze „Obławy”, którą oglądałam  w towarzystwie mamy i którą tak świetnie odebrano, byłam szczęśliwa. To wspaniałe, że mogę pracować i potem dzielić się efektami tej pracy z najbliższymi. W ogóle mam szczęśliwy okres – bo stałam przed kamerą razem z Pacino i Walkenem, bo przyleciałam do Polski i spotkałam się z najbliższymi, bo byłam na pokazie mojej mamy, z której jestem dumna. Wiem, że w Polsce nie mówi się o szczęściu, bo to jest źle odbierane. Trzeba mówić o nieszczęściach.

Ale chyba tak wiele do szczęścia nie potrzebujesz. Ostatnio mi mówiłaś, że czujesz się najszczęśliwsza, kiedy siedzisz w domu i oglądasz stare filmy.

Potrzebuję kilku takich dni dla siebie, kiedy kończę jakiś film. Jak zeszłam z planu „Stand Up Guys”, mimo że to był mój ostatni dzień w LA, nie chciałam się z nikim widzieć. Byłam zaproszona na superimprezę. Kiedyś pomyślałabym, że powinnam pójść, a ja zostałam w domu i zupełnie się tym nie stresowałam. Może się starzeję, ale już się nie katuję wyrzutami z tego powodu, że czegoś nie zrobiłam lub gdzieś mnie nie było. Zaczęłam robić to, na co mam ochotę. To ważne – dojść do momentu, w którym kontrolujesz swoje życie.

A nawet dwa równoległe życia, bo wciąż jesteś w podróży między Polską a Stanami.

To prawda, mam dwa życia, ale one się ze sobą zazębiają, bo wśród moich znajomych w Stanach jest wielu Polaków. Myślę, że dojdzie do tego jeszcze Francja, bo stamtąd też przychodzą propozycje. A ja już się tak przyzwyczaiłam do tej podwójności, że odbieram ją jako normalność.

Samotność jeszcze jest dla Ciebie problemem?

Samotność, nie osamotnienie, odbieram jako coś niezwykle pozytywnego, bo tylko wtedy może się spełniać nasza kreatywność. Ja w takich chwilach piszę.

O czym teraz napisałaś?

O historii skandalu w kontekście związku Elizabeth Taylor i Richarda Burtona. Przy okazji wydarzyło się coś dziwnego. Pisałam ten tekst w LA, siedziałam nad nim całą noc. Skończyłam w południe, byłam półprzytomna. A tu dzwoni znajomy, bym poszła z nim na urodziny jego kolegi. Nie miałam ochoty, ale pomyślałam, że można dzięki temu wyrzucić z siebie napięcie towarzyszące pisaniu. Bo ja przeżywam losy ludzi, o których piszę. I jest wieczór, jedziemy do Bel Air, wchodzimy do domu. Jest przepiękny, a ja wiem, że skądś go znam. Pytam o właściciela. „Dom wynajęliśmy na przyjęcie. A należał do Elizabeth Taylor” – odpowiada jubilat.

Brzmi nieprawdopodobnie.

Miałam ciarki na plecach. Na przyjęcia wynajmowane jest tylko dół domu. Wejścia na górę pilnowali jacyś ludzie. Wykorzystałam moment, kiedy śpiewali jubilatowi „Sto lat”, i „włamałam się” do sypialni, o której jeszcze kilka godzin wcześniej pisałam. Usiadłam na łóżku. Wiem już, że pewne rzeczy dzieją się nie bez powodu. Nawet się z tego śmiałam: „Elizabeth, chyba spodobał ci się mój artykuł, skoro mnie zaprosiłaś do domu, tak?”. Przeszłam do jej garderoby, zwiedziłam dom. Podłogi są pokryte fiołkowymi – dobranymi do jej oczu – dywanami. Byłam w jej ulubionym saloniku umeblowanym w kolorze błękitu. Niesamowite chwile! Pasja do starego kina daje mi tak dużo emocji, że to sprowadza nieprawdopodobne wydarzenia w realnym życiu.

Może urodziłaś się za późno? Może powinnaś żyć w czasach kultu gwiazd – Rity Hayworth, Joan Crawford, Jean Harlow czy Vivien Leigh?

Może tak, a może nie. Ja bym się świetnie odnalazła i w latach 30., i w 40., 50., 60., ale z jakiegoś powodu urodziłam się w obecnych czasach. Może dlatego, by przywracać  pamięć o tamtych gwiazdach? Bardzo się nimi inspiruję, tamten świat jest dla mnie niezwykle ważny. Ale nim nie żyję.

Co Ci daje tamten świat?

Szybkie bicie serca, gdy oglądam film, aktorkę, czytam książkę lub słucham muzyki.

A co z Twoim sercem? Znalazłaś swojego Burtona?

(śmiech) To moja tajemnica.

Odnoszę wrażenie, że zachłannie patrzysz nie na mężczyzn, tylko na role, choćby to były epizody. To o nie walczysz, o nie zabiegasz. Nie obawiasz się, że życie minie, a Ty wciąż na castingach, oczekująca na wymarzoną rolę?

To jest właśnie moje życie! Ono mija w taki sposób, w jaki chcę, żeby mijało. Nie opowiadam o swoim życiu prywatnym, ale zapewniam, że ono mi nie mija kosztem kariery. Ktoś mi kiedyś powiedział, że życie jest mądrzejsze od nas. Tego się trzymam. Wiem, do czego dążę, na jaką rolę czekam. I ona kiedyś do mnie przyjdzie.