W serialu „Skazane” grasz Arka, który siedzi w areszcie, ale odwiedzającemu go synkowi mówi, że jest budowniczym wielkiego stadionu. Zdarzyło Ci się tworzyć takie fantazje we własnym życiu, by przetrwać trudne chwile?

Mając 16 lat, zacząłem pracować. Myłem nocami wagony kolejowe, głównie toalety. Właśnie wtedy tworzyłem sobie w głowie inną rzeczywistość: żeby nie za dokładnie przyglądać się zasyfionemu taborowi PKP z lat 80., wyobrażałem sobie, co kupię za te pieniądze. Najpierw był motor, który wkrótce zamieniłem w wyobraźni na auto. A potem pojawiła myśl, dokąd jechać tym autem. I zrodził się pomysł Anglii. Uzbierałem na wizę, bilety, kurs językowy.

I te tak ciężko zarobione pieniądze przeznaczyłeś na naukę?

Po trzech dniach zrezygnowałem ze szkoły i znalazłem sobie pracę w pizzerii prowadzonej przez Irańczyka. A potem w okolicach Cambridge mieszkałem w przyczepie ze studentami z Nowej Zelandii i pracowałem w polu. Sortowałem ziemniaki – zgniłe na bok, dobre taśmą jechały dalej. Osiem godzin dziennie. Wszystko mi się wtedy w głowie poukładało. Już wiedziałem, czego chcę. Zanim wyjechałem do Anglii, dostałem się na politechnikę, ale też zdawałem do szkoły teatralnej.

Wyjaśnij, jak chłopak wychowywany na Śląsku wpada na pomysł, żeby zostać aktorem?

Kiedy jeszcze byłem w technikum, zobaczyłem w Krakowie spektakl w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Zachwycił mnie i jakoś we mnie zapadł. Po maturze poszedłem na Politechnikę Śląską, na wydział transportu. Bo było blisko domu, bo byłem po szkole technicznej, bo musiałem uciekać przed wojskiem. Ale marzyłem o teatrze, pojechałem więc do Krakowa, żeby się dowiedzieć o przygotowaniach do egzaminów na przyszły rok. To był koniec maja. Pani w sekretariacie wyjaśniła, że dopiero od października trzeba pytać o konsultacje. Ale do jutra można składać papiery jeszcze na ten rok, może pan spróbuje? O dziwo, przeszedłem do ostatniego etapu. Nie dostałem się, byłem pod kreską. W końcu zdałem do Wrocławia na wydział lalkarski, a rok później do Warszawy, skąd po roku wyleciałem. Wreszcie przyjęli mnie do Krakowa. Na trzecim roku trafiłem na Mikołaja Grabowskiego, dzięki któremu po raz pierwszy pomyślałem o teatrze. Koło się zamknęło.

 

Od początku grywasz w teatrach i w serialach. Chyba nikt nie ma w dorobku tylu ról i tu, i tu. Masz przyjaciół w branży?

Mam, i to od czasu studiów, nadal pracujemy razem w Teatrze IMKA. Po szkole graliśmy ekipą w Teatrze Nowym w Łodzi. Mieszkaliśmy wtedy na jednym piętrze. Mieliśmy wielki wspólny stół, jedliśmy przy nim kurczaki odwijane ze srebrnej folii i piliśmy wódkę. Trwały niekończące się próby, głowa pracowała cały czas. W teatrze grałem dużo, sporo ważnych ról, „Plebanię” zacząłem równolegle, w 2000 roku. Wtedy panował schemat, że granie w serialu dla aktora teatralnego to obciach. Za dwa dni zdjęciowe w serialu dostawałem wypłatę równą gaży za 26 spektakli, a nie miałem wygórowanej stawki. Więc w teatrze to ode mnie pożyczano pieniądze. Temat mojego grania w telewizji był trochę omijany, czasem żartowali: chodź tu, „mendo serialowa”, ale z czułością. Moje życie nie składa się wyłącznie z aktorstwa. Gdybym pracował tylko w teatrze, za grosze, bo miałbym misję, zaburzyłyby się pozostałe sfery mojego życia. Tu się przydaje moje śląskie wychowanie, czyli mocne trzymanie się ziemi.

Urodziłeś się w Katowicach i mówisz po śląsku. Dlaczego więc chciałeś stamtąd uciec?

Nie mam śląskich korzeni. Moja babcia przyjechała ze Lwowa. Brat mamy mieszkał w Szwecji. Czasem przyjeżdżał, jak z innego świata. Kiedyś to ja pojechałem do wujka, miałem osiem lat. Już prom był przeżyciem, wyglądał jak pływający Pewex. Miałem kolorowe klocki Lego, a rzeczywistość śląska była wtedy koszmarnie szara. Widzisz? Ciągle rozmawiamy o tych dwóch światach – tym, w którym żyłem, i tym, o którym marzyłem. I czułem, że ten drugi, kolorowy, mi się należy. Nie chciałem uniknąć schematu: Śląsk, więc górnik, technik – generalnie chłop z fachem w ręce. Ale nie zdziwię się, jeśli mój syn widząc życie swoich rodziców, aktorów, ludzi wolnych zawodów, wybierze coś bardzo poukładanego.

Twoi rodzice pracowali na etatach?

Mama była kierowniczką działu kadr i szkolenia, ojciec dyrektorem w spółdzielni mieszkaniowej. Byłem na czwartym roku, kiedy zmarł, nie zdążył mnie zobaczyć w przedstawieniu dyplomowym. Mama do dziś przyjeżdża na moje premiery teatralne, dwa lata temu przeprowadziła się do Warszawy, żeby być bliżej wnuka.

Jak narodziny syna zmieniły Twoje dwa światy: marzeń i rzeczywistości?

Do ojcostwa przygotowywałem się od wielu lat. Więc narodziny syna uzupełniły mi świat realny, dodały prawdziwego życia temu, co nierealne i zniwelowały to, co niepotrzebne. Na pewno nie wywróciły świata do góry nogami, jak to piszą prawie w każdym poradniku dla ojca.

 

Zbudowałeś dom i posadziłeś drzewo?

Tak. Zaraz po szkole kupiłem i wyremontowałem dom. Jeszcze na studiach dorabiałem w dyskotekach, promując papierosy. Albo alkohol. Stałem na plaży i mówiłem do mikrofonu uwodzącym głosem: Malibu Malibu Malibu, zapraszamy do naszej kokosowej wioski. Zarobiłem na pół domu w jedne wakacje, resztę spłaciłem po kolejnych. Dzikość lat 90. Dom jest naszą bazą, nadal jeździ tam cała moja rodzina.

Przez trzy lata od narodzin syna to Ty się nim opiekowałeś. Nie żałowałeś kariery?

Przez kilka lat w Teatrze Nowym zdążyłem sobie sporo udowodnić. Dostałem kilka nagród. Od dawna wiedziałem, że dziecko będzie najważniejsze. Miałem za sobą masę przemyśleń, doświadczeń zawodowych, podróży, kiedy spędzałem całe miesiące w Chinach czy Tybecie. Wiedziałem, że najcenniejsza rzecz, jaką mogę dać synowi, to moja obecność.

Rozstaliście się z Kamillą Baar, mamą Bruna. Jak dzielicie się teraz opieką nad synem?

Bruno w styczniu skończy pięć lat. Ma dwoje rodziców, ma dwa domy, ma dwa nazwiska, Kamilli i moje. Mieszka u niej i u mnie.

Teraz jesteś zakochany?

Tak-:).