Lubisz dzieci?

Uwielbiam, zresztą chyba z wzajemnością. (śmiech) Jestem wyrozumiałym gościem. Mam dużą wytrzymałość, jeśli chodzi o nadmiar bodźców zewnętrznych, a przy dzieciach jest to szczególnie ważne. Ich towarzystwo bardzo mi odpowiada. Dzieci nie ściemniają, nikogo nie udają, mówią wprost o swoich uczuciach. Jeśli coś im się podoba, chwalą to. Kiedy mają czegoś dość, protestują. Ja też żyję według takich zasad – jestem szczery i bezpośredni. Nie lubię nadęcia i intryg, które w świecie ludzi dorosłych są na porządku dziennym. 

Jako prowadzący program „SuperDzieciak” masz kontakt z wyjątkowo utalentowanymi dziećmi. 

To niesamowite, ale wśród uczestników programu są mistrzowie Europy i świata w różnych dziedzinach – akrobaci, tancerze, gimnastycy, młodzi piosenkarze… Kiedy oglądałem ich występy, byłem w szoku, że w tak młodym wieku udało im się wspiąć na wyżyny profesjonalizmu
w swojej dziedzinie. Podoba mi się podejście rodziców tych dzieci – dają im wolną rękę i pozwalają realizować swoje marzenia. Za naszych czasów było inaczej: poddawano nas presji, musieliśmy być skoncentrowani na tym, żeby skończyć dobre studia, najlepiej prawo lub medycynę, i dostać pracę 
w korporacji. Teraz dzieci mają więcej luzu i możliwość wyboru ścieżki, którą chcą podążać.

Zawsze marzyłeś o popularności?

Nie chodziło o popularność – chciałem osiągnąć sukces. Chociaż tłum skandujących fanów też do
mnie przemawiał. (śmiech) Mój ojciec był bardzo ambitnym facetem, odziedziczyłem to po nim.
Kiedy umierał, miałem 10 lat. Obiecałem mu, że zrobię w życiu coś wielkiego. Lubię uczyć się nowych rzeczy, ciągle szukam wyzwań i bodźców, które mnie stymulują. 

Wychowywała Cię mama. Byliście zgranym duetem?

Mama, chociaż zawsze chciała dla mnie jak najlepiej, nie do końca rozumiała moje pasje. Traktowała aktorstwo, a potem muzykę jak hobby. Chciała, żebym skończył porządne studia i przejął rodzinny biznes. Taki miała plan, a kiedy ja zacząłem się temu sprzeciwiać, nasze drogi troszkę się rozeszły. W naszej rodzinie nie było nikogo, kto żyłby z muzyki, dlatego mój plan wydawał się jej abstrakcyjny. Mamcia po latach jednak zaakceptowała to co robię i teraz mamy dużo lepszy kontakt. Po śmierci ojca zamieszkał z nami dziadek – to on zajmował się mną, podczas gdy mama była w pracy. Żył z nami również mój ojczym. Byłem nadpobudliwym dzieckiem, przechodziłem okres buntu, dlatego przydała mi się męska ręka. Pod koniec liceum wyjechałem na wymianę do Stanów. Nauczyłem się języka i myślałem, czy nie zostać tam, by studiować aktorstwo. 

 

Dlaczego więc wróciłeś do Polski?

Studia w Stanach dla obcokrajowców są bardzo drogie, a mnie nie było na to stać. Postanowiłem więc przyjechać do Polski, by zarobić na przyszłą naukę w Stanach. Przyjechałem pod koniec sierpnia. Rekrutacje na studia na większości uniwersytetów zostały zamknięte. Jedynym kierunkiem, na który udało mi się dostać, był wydział zarządzania i marketingu na Uniwersytecie w Olsztynie. Wytrzymałem tam rok. (śmiech) W tym czasie założyłem zespół Afromental. Potem rzuciłem szkołę i pojechałem do Warszawy studiować muzykę. Poszedłem do Wyższej Szkoły Muzyki Rozrywkowej i Jazzu im. Krzysztofa Komedy, ale też zrezygnowałem zaledwie po dwóch semestrach! (śmiech)

Niepokorny z Ciebie facet. 

Stwierdziłem, że dosyć tej nauki, ale mama znowu nalegała, żebym jednak skończył studia. Przeniosłem papiery z Olsztyna do Warszawy – wróciłem na studia ekonomiczne, ale wciąż marzyłem, że od stolicy zacznę podbój świata. W tamtym czasie poszedłem na casting na prowadzącego w telewizji, a po trzech miesiącach organizatorzy zaprosili mnie na zdjęcia próbne. Tak zacząłem pracę w MTV. 

Miałeś wtedy 22 lata. Woda sodowa nie uderzyła Ci do głowy?

Każdy, kto odnosi sukces, nagle dostaje takiego „ogromnego łba”. Wtedy trzeba szybko zejść na ziemię. Ja też tego doświadczyłem. Afromental odnosił coraz większe sukcesy, wziąłem udział w „Tańcu z gwiazdami”, który przyniósł mi wymierną popularność. Ludzie zaczynali oglądać się za mną na ulicy i prosić o autografy... Przybijałem piątkę z osobami, które wcześniej znałem tylko z telewizji! To było niesamowite. Przekonałem się jednak, że popularność ma też ciemną stronę: utrata anonimowości bywa męcząca.

Jak znajomi zareagowali na Twoją popularność?

To dziwne, ale zaczęli traktować mnie z dystansem. Musiałem się z tym zmierzyć – wiele znanych osób próbuje sobie radzić, uciekając w alkohol, narkotyki lub psychotropy. Mnie pomogło kilka życiowych wstrząsów: ciężka choroba, problemy rodzinne i kryzys w związku. Zrozumiałem, co tak naprawdę jest ważne, i trochę przewartościowałem sobie życie.

Dobrych stron popularności nie dostrzegasz?

Nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak, jakbym miał okropne życie, wręcz przeciwnie! Dostałem od losu naprawdę dużo. Często siadam w oknie i myślę, jak to się stało, że zwyczajny chłopak z Olsztyna, który miał marzenie i wbrew woli otoczenia wyjechał do stolicy, przeżył te wszystkie przygody i zarobił na mieszkanie w Warszawie. No i panie w urzędach zawsze obsługują mnie bez kolejki… (śmiech) 

 

Kilka lat temu mówiłeś, że chciałbyś pracować w Hollywood. To aktualne?

Robię wszystko, by sfinalizować mój przyszły wyjazd. Bardzo lubię Stany. Stamtąd pochodzą artyści, którzy mnie inspirowali. Gdy dorastałem – jeszcze nie było internetu – największą rozrywkę stanowiły filmy i muzyka. Uwielbiałem Michaela Jacksona czy Phila Collinsa, którego 
nałogowo słuchał mój ojciec. Oglądałem ich teledyski i naśladowałem ruchy sceniczne. Myślałem sobie wtedy: „kurczę, jak ja bym chciał coś takiego robić!”.

Aktorstwo pozostanie Twoim niezrealizowanym marzeniem?

Dwa lata temu pomyślałem, że wciąż nie spełniłem głównego marzenia z dzieciństwa. Pojechałem więc na kilka miesięcy do Nowego Jorku, żeby uczyć się w szkole aktorskiej. Nie dość, że mi się to na maksa spodobało, to jeszcze usłyszałem, że jestem utalentowany i powinienem się rozwijać w tym kierunku. Powiedzieli, że mam szansę, by tam zaistnieć – bo w przeciwieństwie do wielu polskich aktorów – nie mówię z akcentem.

A nie chcesz grać w Polsce?

Udało mi się zagrać w Stanach! Poznałem fajnych ludzi, z którymi współpracowałem. Pół roku temu byliśmy w San Francisco, gdzie nakręciliśmy półgodzinny film. Po drugie, debiutuję też w Polsce. Zagram epizodyczną rólkę w filmie „Planeta Singli”. To nic wielkiego, ale powoli chcę poinformować świat filmowy, że jest taki młody aktor jak ja. (śmiech)

Rok temu skończyłeś 30 lat. To był dla Ciebie ważny moment?

O trzydziestce na poważnie myślałem, kiedy miałem 27 lat. Wtedy wprowadziłem w swoim życiu sporo zmian. Przestałem być rockandrollowym młodzieńcem z MTV i zacząłem analizować rzeczywistość. Nabrałem pokory, zrezygnowałem ze znajomości, które niczego mnie nie uczyły, i skupiłem się na tym, co naprawdę sprawia mi przyjemność. To był duży krok. 

Jak widzisz Swoje życie za dziesięć lat?

Chyba będę jakimś radosnym podróżnikiem. A tak serio – mam nadzieję, że zostanę już ojcem, bo powoli dojrzewam do tej roli. Najpierw jednak trzeba znaleźć odpowiednią partnerkę. No i mam nadzieję, że uda mi się popracować też w Stanach.

A co, jeśli ten plan nie wypali?

Za dużo przeżyłem, żeby się załamać. Zawsze mogę wrócić do Polski i dalej grać, śpiewać, występować.