Każdy, kto obejrzał przynajmniej jeden jego film, na pewno rozpozna ten głos. Lekko nosowy, z charakterystycznym akcentem. Już kiedy Tom Hanks pojawił się przed drzwiami apartamentu w luksusowym londyńskim hotelu Claridge, wiedziałem, że to on. Pierwsze wrażenie? Nawet w świetnym garniturze i z drogim zegarkiem na ręku nie wygląda na niedostępnego. Wręcz przeciwnie. To facet, którego można zapytać o drogę, z którym można wdać się w pogawędkę o pogodzie czy kupić od niego ubezpieczenie. Wielu krytyków właśnie wrodzoną naturalnością tłumaczy jego sukces. W komedii „Larry Crowne: Uśmiech losu” wciela się w pracownika marketu, który po latach dobrej pracy zostaje zredukowany z powodu braku wykształcenia. I kiedy myśli, że już nic dobrego go nie spotka, za namową sąsiada rozpoczyna naukę w college’u. To odmienia jego życie.

Niedługo skończysz 55 lat. Dałbyś radę zacząć wszystko od nowa?

Wciąż to robię. Poważnie! Myślę, że wszyscy aktorzy mają takie poczucie. Każdy kolejny film to tak naprawdę nowy rozdział w życiu. Wiele razy, kiedy miałem już wymarzoną rolę, nagle ktoś mówił: „Nie będziesz tego robił”. Byłem odrzucany setki razy. W tym zawodzie to norma. Szczególnie gdy jest się młodym. I wtedy trzeba nauczyć się zaczynać od nowa.

Pamiętasz jeszcze te castingi?

Oczywiście. Zastanawiałem się wtedy, jak po kolejnych niepowodzeniach mam znaleźć w sobie entuzjazm. Jak pójść na 18. przesłuchanie i wierzyć w sukces, skoro 17 poprzednich zakończyło się klęską? Teraz, po latach, już wiem, jak to działa. Najważniejszy jest optymizm. Jak mantrę powtarzałem sobie: „Jestem lepszy niż 50 procent obecnych tutaj, przynajmniej tak samo dobry jak kolejne 49 procent. Jeżeli będę miał szczęście, znajdę się w tym jednym procencie, który ma właściwy dla tej roli... kolor włosów”. I jak tu nie być cynicznym?

W „Larrym Crowne...” udowadniasz, że nie można być cynikiem, kiedy życie nie układa się tak, jak tego chcemy.

Cynizm wywołany poczuciem beznadziei może wykończyć człowieka. Największym wyzwaniem jest pokonanie tej apatii. Przekonanie samego siebie, że nie można się poddawać złym myślom. Tylko te osoby, które są w stanie podnieść się z dna, powiedzieć sobie: „Hej, dziś wymyślę coś, żeby posunąć się krok dalej”, poradzą sobie w czasie kryzysu. Larry Crowne nie wie, co ma robić. Na szczęście sąsiad podsuwa mu broszurę miejscowego college'u. Decyzja o rozpoczęciu nauki daje mu nowe perspektywy. On wyszedł z założenia, że jedną rzeczą jest utrata pracy, a drugą, o wiele poważniejszą, utrata psychicznego komfortu. Jeżeli stracisz sens wstawania rano z łóżka, to cię to zniszczy. Larry był blisko, ale mały impuls sprawił, że znowu wziął sprawy w swoje ręce.

Ty też nie wyglądasz na cynika.

Nie mam powodu do narzekania. Wiesz, moje życie się trochę zmieniło od czasu, gdy zaczynałem. Teraz jestem spełnionym facetem, mam wspaniałą żonę i świetne dzieciaki. Mogę podziękować za to losowi.

Za wspaniałą karierę też?

Jestem chyba największym szczęściarzem w branży. Dzięki sukcesowi nie muszę się teraz o nic martwić.

Dlatego zostałeś aktorem?

Nie brałem pod uwagę wielkiej kariery. Skusiły mnie inne rzeczy. Ten zawód daje możliwość współpracowania z wieloma bardzo różnymi osobami. Nie da się też oszukać czasu. Łapiąc wszystkie propozycje jak popadnie, nie sprawisz, że twoja kariera nabierze tempa. Nie możesz się kierować względami finansowymi czy perspektywą zdjęć w egzotycznych zakątkach świata. Bo jeżeli film będzie zły, zostaną ci tylko fajne wspomnienia czy kilka tysięcy dolarów więcej na koncie. A to na dłuższą metę nic ci nie da.

Czyli trzeba być cierpliwym i rozważnym.

To największe cnoty aktora. O projekcie „Larry Crowne...” zacząłem myśleć kilka lat temu. Nikt nie był nim zainteresowany. Nie ma tam superbohaterów ani efektów specjalnych. Film ma mały budżet. Najbardziej wymagającą sceną w produkcji była ta, w której banda dzieciaków przejeżdża na skuterach po głównych ulicach miasta. „Larry Crowne...” powstał tylko dlatego, że mój entuzjazm był silniejszy niż cynizm osób z wytwórni.

Szkoda, że nie miał premiery w czasach największego kryzysu. Takich historii było wtedy mnóstwo.

Nawet teraz się zdarzają częściej, niż powinny. Czytałem wiele opowieści o ludziach, którzy z dnia na dzień tracili pracę. A to był początek lawiny nieszczęśliwych wydarzeń. Z braku pieniędzy przestali spłacać hipoteki, co z kolei prowadziło do przymusowej eksmisji. Wiele rodzin rozpadło się w obliczu problemów. Ludzie myśleli, że kryzys dotknie tylko najbogatszych – rekinów finansjery na szczycie łańcucha. To nie była prawda. Najbardziej ucierpieli normalni obywatele. „Larry Crowne...” jest historią takiego zwykłego człowieka doświadczonego przez sytuację ekonomiczną.

Pojawia się też dość zaskakujący wątek miłosny. „Na prawdziwe uczucie nigdy nie jest za późno” – to kolejny morał płynący z filmu.

Starałem się, by „love story” nie wyszła na pierwszy plan. Żeby to nie była kolejna komedia romantyczna. Kiedy po raz pierwszy opowiadałem o filmie Julii Roberts (gra nauczycielkę Toma – przyp. red.), nazwałem go „komedią autentyczną”. Wciąż tak o nim myślę. Wszystko jest prawdziwe. Nawet to, że ponad 50-letni mężczyzna idzie na studia. I zakochuje się w swojej nauczycielce. Przecież takie rzeczy się zdarzają.

 

O Tobie też można powiedzieć, że jesteś autentyczny. Nie wykreowali Cię specjaliści od PR-u, a mimo to jesteś jednym z najbardziej rozpoznawalnych i cenionych artystów w biznesie filmowym.

Byłem. Kiedyś... Oscary dostałem w czasach, gdy nie było jeszcze systemu jakości HD (High Definition). Dla wielu osób to prehistoria. A tak na poważnie robię to, co kocham, i jeszcze dostaję za to sowite wynagrodzenie. Stać mnie na garnitury od Toma Forda (ma na sobie granatowy). Ludzie, których kocham, też nie muszą się martwić o swoją przyszłość. To prawdziwe błogosławieństwo. Jeżeli autentycznym nazywasz to, że nie krępuję się tym cieszyć i mówić otwarcie o swoim szczęściu, to masz rację. Jestem cholernie autentyczny!

Oprah Winfrey nazwała Cię kiedyś „zwyczajnie nadzwyczajnym”. Jak taka sympatyczna osoba jak Ty przetrwała w show-biznesie?

Bardziej podoba mi się określenie „przeciętny koleś”, które też słyszałem o sobie. Te wszystkie celebryckie akcje potrafią ostro pomieszać w głowie osobie nieprzygotowanej na sławę. Moja kariera rozwijała się powoli. Pamiętam czasy, jak zarabiałem 256 dolarów tygodniowo. Zagrałem chyba w dziewięciu filmach, zanim poczułem, że zaczynam być rozpoznawalny. Zauważałem poszczególne symptomy. Większe zainteresowanie ze strony dziennikarzy, wyjazdy na premiery do innych krajów, większe gaże za role. Miałem czas, żeby się przygotować na to, co stanie się z moim życiem. Teraz tak się nie dzieje. Wystarczy, że w jakikolwiek sposób zaistniejesz i od razu zwala się na ciebie cały ciężar popularności. Ze wszystkimi jej ujemnymi skutkami. Poza tym żyjemy w erze telefonów z kamerami i dostępem do internetu. Każdy może zostać celebrytą.

Czujesz jeszcze presję kolejnych ról?

Nie. Albo inaczej. W tym biznesie zawsze jest presja. Nieważne, ile czasu w nim siedzisz. Chyba się już do niej przyzwyczaiłem. Zmieniają się też czasy. Pokolenie, które uwielbiało chodzić do kina, powoli ustępuje miejsca młodszym. Oni, mając pod ręką komputer i setki kanałów w telewizji, nie muszą wychodzić z domu, żeby obejrzeć coś fajnego. Dla nich aktorzy z mojego rocznika stają się anonimowi. Ale nie frustruje mnie to.

Twoje filmy stają się klasyką. Ludzie raczej o nich nie zapomną. Z których jesteś naprawdę dumny?

To ciężkie pytanie... Grałem w różnych rodzajach filmów. Do niektórych, jak „Szeregowiec Ryan”, byłem zatrudniany. W innych, jak „Cast Away: Poza światem”, pracowałem od początku. Współtworzyłem je. Zrobiłem też coś tak niemożliwego do opisania jednym słowem, jak „Forrest Gump”. Kiedy przeczytałem scenariusz, pomyślałem sobie tylko: „Wow! To będzie coś wyjątkowego”. Zdarzało mi się świetnie bawić na planie. Na przykład przy „Apollo 13” marzyłem, by zdjęcia nigdy się nie skończyły... Uzbierało się tego trochę przez te wszystkie lata. Najlepsza trójka to: „Cast Away: Poza światem” – złamaliśmy kilka reguł, robiąc ten projekt. „Szeregowiec Ryan” powstał w czasie, kiedy nikt nie robił tego rodzaju produkcji. Można powiedzieć, że prawie był to historyczny dokument. Często wracam też do „Szaleństw młodości”.

Specjalnie wybierasz miłych bohaterów do grania?

Mam teorię dotyczącą aktorstwa. Każdy z nas najlepiej czuje postać, którą najbardziej przypomina w rzeczywistości. I tak też, podświadomie, lub nie, jesteśmy obsadzani. Zauważ, że Robert De Niro zawsze gra facetów, którzy cię przerażają. Dlaczego? Bo Robert De Niro jest przerażającym facetem. Julia Roberts wciela się w role pięknych kobiet. Czemu? Bo naprawdę jest piękną kobietą. W „Drodze do zatracenia” grałem płatnego zabójcę. Gościa, który strzela ludziom w głowę. A wszyscy mówili: „Dobra, dobra, i tak wzbudzałeś naszą sympatię. Fajny gość z ciebie”. W „Zielonej mili” obsługiwałem krzesło elektryczne. Odpowiadałem za egzekucje. „Tak, tak, jasne. Ale i tak byłeś milusi” – słyszałem później. Więc sam widzisz, jak to jest.

Niedawno zostałeś dziadkiem. W przeciwieństwie do De Niro będziesz mógł pokazać wnuczce większość swoich filmów...

Trochę będę musiał jeszcze na to poczekać. Olivia ma pięć miesięcy. I jest urocza. Przyznam, że nasze spotkanie, tutaj w Londynie, trochę pokrzyżowało mi plany. Właśnie dziś moja wnuczka spędza dzień w naszym domu. Jej rodzice musieli wyjechać i od rana zajmuje się nią moja żona. Mają dla siebie tyle czasu. Zazdroszczę jej. I szczerze mówiąc wolałbym być tam z nimi...