W każdy weekend będziemy przypominać Wam jeden słynny wywiad, pochodzący z przepastnego archiwum "Gali". Tym razem cofamy się aż do 2011 roku i naszej wyjątkowej rozmowy z Agatą Kuleszą.

Tylko nam gwiazda, która stała wtedy na progu wielkiej kariery, opowiedziała, dlaczego potrzebowała przerwy od pracy i o tym, czemu tak trudno zrozumieć jej dzisiejsze czasy.

Przeczytajcie fragment wywiadu:

Brawurowo zagrała Beatę w „Sali samobójców”, zaraz potem Różę z Mazur w najnowszym filmie Wojciecha Smarzowskiego. Dwie ciężkie, intensywne role, do których przygotowywała się wiele miesięcy i bardzo je przeżyła. Tak bardzo, że jak mówi, musi teraz poszukać nowych inspiracji i pobyć trochę sama ze sobą. Historia matki z filmu „Sala samobójców” jest pretekstem do rozmowy o macierzyństwie i lękach z nim związanych. Bo aktorkę przeraża świat, w którym każdy gdzieś pędzi i widzi drugiego człowieka tylko na ekranie komputera, a nie przy rodzinnym śniadaniu.

GALA: Czekała Pani na taką rolę, jak Beaty Santorskiej z „Sali samobójców”?

AGATA KULESZA: Bardzo, a jeszcze miałam wielkie szczęście, bo w krótkim czasie trafiły mi się dwie role, na które się czeka. Zaraz po Beacie zagrałam Różę z Mazur u Wojtka Smarzowskiego. W polskim filmie brakuje ciekawych ról dla kobiet w okolicach czterdziestki. U nas kobieta na ogół jest tylko ozdobnikiem. Najlepiej, żeby była piękną, długonogą i długowłosą blondynką. Rzadko trafia się scenariusz, gdzie jest materiał do zagrania, w którym o coś chodzi.

GALA: Do roli Beaty przygotowywała się Pani kilka miesięcy.

AGATA KULESZA: Reżyser Jan Komasa pomagał nam konstruować postaci, chciał, żebyśmy poczuli klimat. Beata pracuje w agencji reklamowej, ma męża, który jest doradcą ministra, syna w klasie maturalnej. Wydaje jej się, że jest silna, ważna, ma pieniądze, nad wszystkim panuje. I nagle jej świat się rozsypuje. Miałam spotkanie z panią, która pracowała na podobnym stanowisku w agencji reklamowej, czytałam gazety branżowe, w perfumerii wybieraliśmy zapachy dla postaci. Poszliśmy z Krzysztofem Pieczyńskim i Kubą Gierszałem na brunch w Sheratonie, żeby podpatrzeć, jak zachowują się takie rodziny. Dużo ze sobą przebywaliśmy i dużo rozmawialiśmy.

GALA: Beata Panią zmieniła?

AGATA KULESZA: Śmieję się, że trochę mi popsuła charakter na czas, kiedy ją grałam. Byłam bezwzględna, bezczelna, miałam potrzebę ciągłego dyrygowania. Wydawało mi się, że wszystko mogę załatwić. Kierowniczka kuli ziemskiej (śmiech).

GALA: A teraz zostało coś Pani z Beaty?

AGATA KULESZA: Oczywiście, że tak, bo dałam Beacie moje złe cechy, na przykład apodyktyczność czy brak słuchania. Skoro potrafiłam je w sobie znaleźć, to znaczy, że one gdzieś w środku cały czas siedzą. Moja siostra obejrzała film w Berlinie i powiedziała: „Beata jest okropną matką. Za to, co się stało, winię rodziców”. A ja zapytałam: „Czemu nie winisz rodziców Beaty?”. Tak można bez końca. Nie wiem, czy tu jest czyjaś wina... Wina jest w przegapieniu, w uległości wobec świata, który pędzi, w zatraceniu siebie.

GALA: Kiedy ostatnio rozmawiałyśmy, powiedziała Pani: „Boję się świata, w którym każdy siedzi przy swoim komputerze i widzi drugiego człowieka tylko na ekranie”. W takim świecie żyje Pani filmowy syn.

AGATA KULESZA: Nadal się tego świata boję. Bardzo uważnie obserwuję moją dorastającą córkę. Czasem mam wrażenie, że niektóre koleżanki mieszkają u niej w pokoju, bo tak często rozmawiają ze sobą przez Skype’a. Próbuję zrozumieć, że takie są czasy i taki jest ich sposób komunikowania się. Na razie namawiam Mariankę, żeby sama kontrolowała czas, który spędza przy komputerze. Ja też korzystam z Facebooka, ale nie jestem od tego uzależniona. Bacznie się przyglądam, czy z Marianką nie dzieje się nic złego. Jeżeli coś mnie zaniepokoi, to zdecydowanie wkroczę. Marianka jeszcze nie widziała „Sali samobójców”, ale na pewno z nią pójdę.

GALA: Wszyscy bohaterowie filmu rozpaczliwie próbują się porozumieć. I nie potrafią.

AGATA KULESZA: Wszyscy gdzieś pędzimy, czasem już nie wiemy, dokąd i po co. „Sala samobójców” to nie jest film o tym, że internet jest zły, ale o tym, że rodzina przestaje funkcjonować jako rodzina. Że ludzie przestają się słuchać, są egoistycznie nastawieni na swoje kariery. I przegapiają moment, w którym wszystko się rozpada. Uważam, że gdyby Beacie Santorskiej dać jeszcze dwa miesiące, to na pewno dogadałaby się z synem. I nie doszłoby do tragedii.

» PEŁEN WYWIAD ZNAJDZIECIE TUTAJ