Przypominamy słynne wywiady

W każdy weekend będziemy przypominać Wam jeden słynny wywiad, pochodzący z przepastnego archiwum "Gali". Tym razem wracamy do 2012 roku i nietypowej rozmowy, jaką przeprowadziliśmy z Małgorzatą Kożuchowską.

Specjalnie dla "Gali" aktorka opisała wszystkie litery swojego nazwiska, zdradzając o sobie więcej, niż podczas wielu "tradycyjnych" wywiadów!

Przeczytajcie fragment wywiadu:

Postanowiliśmy prześwietlić każdą z liter nazwiska jednej z najbardziej pożądanych aktorek ostatniej dekady. I dzięki temu dowiedzieć się o niej jak najwięcej, stworzyć jej portret – filmowy, sceniczny, intymny. Opowiada nam o zawodowych i życiowych wyborach, o czwartej rocznicy ślubu, o tym, że choć jest topową aktorką, nie spoczęła na laurach, i... o Sycylii, gdzie powstała niezwykła sesja.

KOLEDZY

Lubię być w grupie, przynależeć. Dlatego tak ważne miejsce w moim życiu zajmuje teatr. Lubię w przerwie zajrzeć do bufetu, pogadać, pośmiać się. Spotykam kolegów z różnych pokoleń, one się w teatrze miksują. Przyjaźnię się z Grześkiem Małeckim i Jankiem Fryczem, obaj są mi bardzo bliscy. Świetni aktorzy i wrażliwi ludzie. Dwa lata temu poznałam Tomka Karolaka i szybko okazało się, że to bratnia dusza. Spędzamy świetnie czas, ale też słucham ich zawodowych rad, nikt przecież nie jest obiektywny na swój temat. Zawsze dobrze dogadywałam się z facetami, ale skłamałabym, mówiąc, że dobre układy mam wyłącznie z nimi. Od lat przyjaźnię się z wieloma świetnymi dziewczynami. W ogóle jestem otwarta na ludzi. Jeśli z kimś mi nie po drodze, to go omijam. Mam wrażenie, że zyskuję przy bliższym poznaniu. Zdarza się, że ludzie mają o mnie jakieś wyobrażenie, a później słyszę: „Ojej, a ja myślałem, że jesteś taka niedostępna, zimna”. Z kolei inni czasami sądzą, że nie mam poczucia humoru, nie potrafię śmiać się z siebie itd. Wierzę, że szybko to weryfikują, bo nie tworzę dystansu. I myślę, że mimo lekkiego szaleństwa w sercu jestem dość... normalna, tzn. taka, z którą da się pogadać, dogadać i pracować. Nie gwiazdorzę.


OBAWA

Jest nieodłącznie związana z moim zawodem, niezależnie od czasu i zajmowanej pozycji. Kiedy teraz się nad tym zastanawiam, to widzę, że towarzyszy każdej mojej zawodowej decyzji. Nikt mi bowiem nie zagwarantuje, że z projektu wyjdzie coś dobrego. I nigdy nie ma stuprocentowej pewności, że wybrałam dobrze. Jestem typem stratega, który zanim podejmie ostateczną decyzję, chce mieć jak najwięcej danych, żeby dobrze rozegrać partię. Obawa targa mną przed każdą premierą w teatrze. „Czy to jest na pewno rola dla mnie?”. A potem próby – zawsze powstają wątpliwości, czy idziemy w dobrą stronę. Ale to są obawy twórcze, to mnie napędza, zmusza do myślenia. Mistrz Jerzy Jarocki nauczył mnie, że premiera nie jest końcem twórczych poszukiwań, od premiery zaczyna się po prostu ich kolejny etap...

W życiu prywatnym staram się nie dopuszczać do siebie obaw. Jeśli pytasz mnie o obawy związane z miłością, związkiem, to jeśli już, dotyczą one raczej natury ludzkiej niż braku wiary w uczucia męża. Chciałabym, żeby zawsze było dobrze, żebyśmy się sobą nie znudzili, nie stali się dwojgiem ludzi, którzy są tak zaangażowani w pracę, że staje się ona jedynym tematem. Jasne, po powrocie wymieniamy się doświadczeniami minionego dnia, ta sfera jest ważna, ale nie chciałabym, żeby nasz świat był wyłącznie światem pracy i codziennych obowiązków. Dlatego od czasu do czasu pakujemy walizki i dokądś razem uciekamy.

Mój zawód nie gwarantuje stałości. Nie wiem, co będzie za dziesięć, dwadzieścia lat. Staram się na to przygotować, żeby potem nic mnie nie zaskoczyło, nie zwaliło z nóg. Nie jestem lekkoduchem, który myśli: „Dziś jest dobrze, miło, żyję chwilą i nie zastanawiam się, co będzie dalej”. Zdaję sobie sprawę, że kiedyś może nastąpić taki moment, że telefonów z zawodowymi propozycjami będzie mniej. I trzeba będzie to przyjąć. Czy sobie poradzę? Wiem, że są w życiu większe problemy. Pewnie, że lepiej przebierać w scenariuszach, brać udział w ciekawych projektach, zarabiać dobre pieniądze. Ale życie różnie się toczy. W moim rodzinnym domu pieniądze nigdy nie były najważniejsze. Kieszonkowe? Dopiero na studiach. W szkole podstawowej zbierałam butelki i makulaturę, żeby coś odłożyć na książeczkę SKO. Jak chciałam jakiś ciuch, mama sama mi szyła. Takie były czasy. Teraz sprawia mi ogromną frajdę, jeśli mogę podzielić się tym, na co sama zapracowałam. Mam wtedy poczucie, że mój wysiłek ma sens.

» PEŁEN WYWIAD ZNAJDZIECIE TUTAJ