W każdy weekend będziemy przypominać Wam jeden słynny wywiad, pochodzący z przepastnego archiwum "Gali". Tym razem cofamy się o listopada zeszłego roku i ostatniego wywiadu, jakiego udzieliła "Gali" Anna Przybylska.

Wczorajsze wieści o śmierci pięknej aktorki wstrząsnęły całą Polską. Przypomnijmy więc jeszcze raz naszą wyjątkową rozmowę z gwiazdą, w której tak pięknie opowiadała o roli w filmie "Bilet na Księżyc", która okazała się jej ostatnią.

Przeczytajcie fragment wywiadu:

Odkąd wypłynęła informacja, że trafiła do szpitala, paparazzi zamienili jej życie w piekło, a w tabloidach rozpoczął się festiwal doniesień na temat jej stanu zdrowia i tego, ile czasu jej zostało. Pogoń za newsem „o chorobie Przybylskiej” usprawiedliwiał zawsze ten sam argument: „bo ludzie muszą wiedzieć”... A ona nie chce być chwytliwym headline’em i nie może bezczynnie patrzeć, jak tabloidy urządzają sobie igrzyska kosztem jej życia. Bo jak każdy człowiek, ma prawo do prywatności. I będzie o nie walczyć.

Aniu, ostatnie miesiące nie były dla Ciebie łatwe. W prasie brukowej i portalach plotkarskich trwał festiwal doniesień na temat Twojego stanu zdrowia i rokowań. Tabloidy same stawiały diagnozy i projektowały Twoją przyszłość. Tymczasem w cieniu tych sensacji do kin wszedł właśnie film „Bilet na Księżyc”, w którym zagrałaś jedną z głównych ról. Historia rozgrywa się w 1969 roku, Ty grasz tam piękną kobietę, striptizerkę. U Twojego boku pojawia się Twój syn Szymon. Film zdobył na festiwalu filmowym w Gdyni nagrodę za najlepszy scenariusz, był drugi w głosowaniu publiczności, krytyka bardzo Cię chwali…

Niestety, przez niektóre gazety mój udział w tym filmie został spłycony do poziomu: „Przybylska gra w filmie striptizerkę, pokazuje się nago i jeszcze wcisnęła do filmu swojego syna”. (śmiech) Tym bardziej się cieszę, że ten film się podoba. Ja też go bardzo lubię. I pracę na planie wspominam cudownie. Uwielbiam reżysera Jacka Bromskiego, to jest człowiek omnibus.

Podobno ta rola została przez niego napisana specjalnie dla Ciebie.

Podobno. (śmiech) Jacek zawsze stawiał na moją naturalność: szybkie mówienie, szybkie chodzenie, energię. On kupuje mnie taką, jaka jestem. I bardzo jestem mu wdzięczna za tę rolę. Uwielbiam z nim pracować. Co prawda nie jest jakoś szczególnie wylewny na planie, ale często wystarczy jedna celna uwaga, jedno słowo i już wiem, jak mam zagrać. Tak było i tym razem.

Czy rola Twojego filmowego syna też została napisana z myślą o Twoim Szymonie?

Nie, w ostatniej chwili wycofało się dziecko, które miało zagrać. Chociaż nie będę ukrywać, że na początku, kiedy rozmawialiśmy z reżyserem o mojej roli, padł pomysł, żebym zagrała z synem. Jednak uznaliśmy, że lepiej odpuścić, żeby potem nie pisali, że próbuję lansować dziecko, wcisnąć je na siłę do show-biznesu. Ale potem, w ostatniej chwili, kiedy wsiadałam do taksówki i jechałam na lotnisko, zadzwonili producenci, że nie mają aktora do roli mojego syna. Więc wróciłam do domu i spakowałam Szymona. Bardzo się ucieszył, to była dla niego wielka przygoda.

Dawałaś mu wskazówki na planie?

Absolutnie nie. Ja go na planie traktowałam jak aktora. A kiedy w czasie zdjęć próbowali mnie namawiać, żebym powiedziała mu to czy tamto, rzuciłam tylko: „O, nieee! Reżyserujcie go, to jest wasz aktor”. (śmiech) I wyszło naprawdę nieźle. Szymon nie rozumiał tylko, po co robi się duble. Przejmował się, że coś źle zrobił i dlatego trzeba powtarzać. Musiałam mu tłumaczyć: „To są sprawy techniczne, ty grasz dobrze. Tak jest w filmie, że powtarza się sceny dla bezpieczeństwa albo żeby sprawdzić inne ustawienie kamery”. Bardzo fajnie się zżył z Filipem Pławiakiem, który gra główną rolę. Zresztą Filip w ogóle jest dla mnie objawieniem w tym filmie. Świetny aktor, cudowny. Duża pokora z jednoczesną świadomością własnego talentu, warsztatu. Praca z nim to była czysta przyjemność.

A nie było nerwów? W końcu mieliście do zagrania dużą scenę erotyczną.

Bałam się trochę, że go jakoś będę onieśmielać, jako ta „seksbomba i matka Polka w jednym”, jak ochrzciły mnie media. Do tego na planie był przecież mój syn. Nie było mowy, żebym grała, przy nim. Musieliśmy poczekać do dziesiątej, aż pójdzie spać. (śmiech) Poszedł. I daliśmy radę. Było bardzo profesjonalnie i scena wyszła pięknie. Dzięki pomocy i wrażliwości Michała Englerta – wspaniałego operatora.

» PEŁEN WYWIAD ZNAJDZIECIE TUTAJ