W każdy weekend będziemy przypominać Wam jeden słynny wywiad, pochodzący z przepastnego archiwum "Gali". Tym razem wracamy do rudnia 2012 roku i wyjątkowej rozmowy, jaką odbyliśmy z Beatą kozidrak.

Tylko "Gali" liderka Bajmu zdradziła, czy poza sceną także jest takim wulkanem energii i jak udało się jej utrzymać wysoką temperaturę uczuć w małżeństwie z trzydziestoletnim stażem.

Przeczytajcie fragment wywiadu:

Wyobrażacie sobie Beatę, jak biegnie ulicami Chicago, trzymając 10-centymetrowe szpilki w rękach? Albo jak rano przy śniadaniu czyta mężowi nowy tekst piosenki: „Piję kawę i nic właściwie mi do szczęścia nie trzeba”? Królowa polskiej sceny swój pierwszy przebój napisała na nudnej lekcji polskiego w... trzeciej klasie liceum. To było 35 lat temu. Właśnie ukazała się książka opisująca historię Bajmu „Płynie w nas gorąca krew”. A jaka krew płynie w Beacie? Czy prywatnie jest takim wulkanem energii jak na scenie?

To już 35 lat wspólnego grania – kawał życia. A w nim tysiące koncertów, setki tysięcy przejechanych kilometrów, mnóstwo miast i miasteczek, setki hoteli, tłumy fanów... Pani Beato, jest Pani królową sceny!

Sami dochodziliśmy do tego, co w tej chwili mamy i jaki poziom reprezentujemy. Trzeba było zebrać całą tę naszą historię do kupy, zawrzeć w jednym materiale...

...żeby zobaczyć, ile Was to kosztowało...

...wysiłku, pracy, wyrzeczeń, poświęceń, ale też talentu, ambicji, wytrwałości, bo w tamtych czasach, komunistycznych, nie było łatwo. O tym wszystkim można przeczytać w książce „Płynie w nas gorąca krew”. Jestem szalenie dumna, że znalazłam się w takim momencie życia, kiedy nie muszę niczego nikomu udowadniać. Wiem, w jakiej przestrzeni muzycznej lubię się poruszać, i nikt mi niczego na siłę nie wciśnie.

Nikt nigdy nie mógł niczego Pani wcisnąć na siłę – takie mam wrażenie po przeczytaniu książki.

Bo miałam zawsze Andrzeja obok siebie. Mężczyznę, który na to nie pozwalał, który zawsze bronił mojej osobowości, tego, kim chciałam być, do czego muzycznie chciałam dążyć. On stał na straży mojej wolności artystycznej.

I nie tylko. 35 lat temu w Krakowie, przy okazji Studenckiego Festiwalu Piosenki, wymieniliście też pierwsze pocałunki. Był rok 1977.

Jeszcze nie było Bajmu, a Andrzej miał narzeczoną! (śmiech)

Już nie! Porzucił ją po pięciu latach, bo zrozumiał, że kocha Panią.

Może tak. Może pamięć mnie myli, bo to jednak było dawno temu. (śmiech) Ale pamiętam tamtą magię Krakowa, urocze kafejki, niepowtarzalny klimat. Nie chciało się spać. Zwiedzaliśmy, spacerowaliśmy, rozmawialiśmy...

...no i zakochaliście się w sobie. Słynny krakowski kolega po fachu Marek Grechuta pytał, śpiewając: „Czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”.

Myślę, że przyjaźń, że miłość. Dziś na pewno już nie zauroczenie, bo ten etap mamy za sobą. Na pewno łączy nas wielka przyjaźń, uczucie, którego żadna siła nie zniszczy, bo nie ma takiej siły na świecie.

Czego mąż Panią nauczył, co Pani, może czasami nawet bezwiednie, od niego przejęła?

» PEŁEN WYWIAD ZNAJDZIECIE TUTAJ