Czy jesteś kobietą-wojownikiem?

Jestem matką dwóch synów, więc nie mam wyjścia. (śmiech) Ale nie tylko z powodu macierzyństwa mogę tak o sobie powiedzieć. Nie boję się ryzyka i lubię – w umownym sensie – wychodzić z jaskini w nieznane. Gdyby było inaczej, to ponad 20 lat temu nie włożyłabym plecaka, nie poszłabym na przystanek autobusowy w Lubsku, gdzie się wychowałam, i nie wsiadłabym do autobusu z tabliczką: Zielona Góra, a kilka lat później do pociągu, trzymając w ręku bilet z napisem: Warszawa Centralna. Jestem typem, który lubi wyzwania. Dobrze się sprawdzam w sytuacjach kryzysowych. Nie tracę wtedy głowy. Potrafię zachować zimną krew i wybrać najrozsądniejsze wyjście. Ktoś powie: idealna na wojnę! Może, ale uchowaj nas Panie od jakiejkolwiek! Uspokajam, że moja wojownicza natura nie objawia się tym, że mam skłonność do wszczynania bójek w miejscach publicznych.

O co w swoim życiu najmocniej walczyłaś? Tak do krwi ostatniej?

O marzenia! Te, które zawierały się w chęci, pragnieniu bycia gdzieś, gdzie dzieją się rzeczy, które nie pozwolą mi na stagnację, marazm i zbyt wczesną wegetację. Marzyłam, aby zobaczyć „kraniec świata” i tam się znalazłam. Walczyłam o marzenia związane z tym, żebym mogła robić to, co kocham, i jeszcze otrzymywać za to wynagrodzenie. Marzyłam, że kiedy będę już dorosła, to zbuduję pełny, szczęśliwy dom,   bo jako dziecko z niepełnej rodziny wiedziałam, jak bardzo jest to ważne. To najważniejsza bitwa, w której do tej pory przyszło mi brać udział. Zwycięska!

Dużo tej walki było, ale postrzegam Cię jako typ cichego wojownika. Nie pamiętam i nie kojarzę medialnych burz, zawodowych awantur czy prywatnych wojenek z Twoim udziałem.

A nie uważasz, że najmądrzejsi wojownicy to tacy, którzy potrafią wygrywać wojny bez rozlewu krwi i bezsensownych ofiar?

Czasami tak się nie da.

To prawda. Ale dopóki to się udaje, będę pozostawać takim wojownikiem zen. On jest mi chyba najbliższy. Nie jestem typem awanturnicy, tylko staram się zarówno w pracy, jak i w życiu dążyć do takiego rozwiązania spraw, które nie powoduje rozlewu krwi. W dążeniu do celu bywam niezwykle konsekwentna. A mam to i przy gotowaniu bigosu, i przy wychowywaniu dzieci, i nowej roli. Czasami myślę nawet, że jest to dosyć męczące dla bliskich. Bo kiedy jest cel, to właśnie   na nim się koncentruję, i bywa, że umyka mi zwyczajne życie oraz czas... Płyną dni, miesiące, a ja tego nie zauważam. Staram się jednak działać czujnie i wszystkich sobą obdzielać sprawiedliwie. W uczciwy sposób zakończyłam swój – co słusznie zauważyłeś – przedłużony urlop macierzyński. Ale nie potrafiłam inaczej. Mnie najwidoczniej potrzebne było tyle czasu, żebym mogła zyskać poczucie odzyskanej w pełni tożsamości zawodowej i być gotową na to, by zająć się sobą. Potrzebowałam tych sześciu lat.

Jaka Joanna już odeszła, a jaka się zaczęła. Kim jesteś dzisiaj?

Przez ostatnie lata byłam maksymalnie skupiona na rozwoju i bezpieczeństwie moich synów. Obudziła się we mnie taka „archetypiczna pramatka”. Dawniej tak przecież bywało, że wypuszczała ona swo­je dziecko „z gniazda” mniej więcej mię­dzy szóstym a siódmym rokiem życia. Jestem pewna, że chłopcy sąjuż bezpiecz­ni, stabilni. Bez poczucia winy odpuści­łam totalne skupienie na dzieciach i po­zwoliłam sobie, po raz pierwszy, odkąd obaj pojawili się na świecie, odwrócić to szkło powiększające i znowu przyjrzeć się sobie. Czego potrzebuje mój umysł? Czego pragnie moje ciało? Co jeszcze mo­gę zrobić w życiu, a czego już nie?...

Do tej pory, kiedy byłaś po pierwsze, po dru­gie i po trzecie mamą, nie mogłaś sobie pozwolić, tak jak dzisiaj, na lekcje boksu czy próby w teatrze, które trwają do późna.

Takie pomysły nawet nie przychodziły mi do głowy. Jak się ma dwóch raczkujących półtorarocznych bliźniaków, którzy wychodzą z kojca, to zapewniam cię, że żaden boks nie jest potrzebny. W ciągu godziny robisz tyle przysiadów i skłonów, że ostatnią rzeczą, o jakiej marzysz, jest to, żeby jeszcze gdzieś pójść i coś robić. Na szczęście, bardzo dobrze to wtedy rozumiałam i dawałam sama sobie przyzwolenie na taki stan. Nie miałam dylematów czy żalu, że coś mi ucieka, że jakiś pociąg odjeżdża. Dzisiaj, dzięki takiej postawie, nie mam sobie nic do za­rzucenia, zrobiłam dokładnie tak, jak chciałam. Nasi synowie, Jan i Franciszek, są pewni siebie, wylulani, wykochani, wytuleni. Wręcz przesyceni obecnością matki. (śmiech) Teraz z ciekawością wyglądają zza drzwi domu i śmiało idą w świat. Wiedzą, że ja tutaj jestem i zawsze będę. Są gotowi, żeby wyskoczyć z gniaz­da. A ja mogę zająć się sobą.

Już to robisz. Przy okazji prób do sztuki ,,Di, Viv i Rose” w warszawskim Teatrze Capitol, na potrzeby swojej roli zaczęłaś trenować boks. Przez telefon powiedziałaś z dumą: „Maciek, do tej pory nie wiedziałam, że posia­dam niektóre mięśnie!”. Które?

Na przykład te (przyp. red. - Joanna podnosi rękę, podwija rękaw bluzki i na­pina lewe przedramię). Dariusz Mróz, mój trener, pod życzliwym okiem Pawła Nastuli i w jego świetnym klubie, nauczył mnie wielu mądrych rzeczy na temat ciała oraz dawał mi sporo fajnych wska­zówek. Na przykład, że boks to przede wszystkim nogi, a dopiero potem ręce. I kazał trenować do kubańskiej muzyki. Powiedział, że Kubańczycy, którzy bar­dzo dużo tańczą, a ich taniec opiera się na ruchu bioder, są najlepszymi bokse­rami, bo wyprowadzają cios z nogi do biodra i robią to doskonale. A moje nowe mięśnie są skutkiem ubocznym, ale niezwykle przyjemnym. Za sprawą treningów uświadomiłam sobie, że sport, a boks w szczególności, jest cu­downą maszyną do produkcji dobrego samopoczucia. Tak samo poranny jog­ging, który uprawiam od jakiegoś czasu. Godzina boksowania się z workiem to wspaniały sposób, aby pozbyć się agresji, stresów oraz poczuć swoją moc! Oddycham głębiej i czuję mocniej.

Na worku treningowym możesz powiesić sobie czyjąś twarz. Tak robisz?

Dysponuję bogatą wyobraźnią, więc zda­rza mi się, że na worku „przyklejam” wybrany wizerunek... (śmiech)

Rola, którą grasz w sztuce, przeniknęła Ciebie, tę prywatną?

Otworzyła przede mną nowe perspekty­wy: pozazawodowe i pozateatralne. Tak jak to spotkanie ze swoją fizycznością, a dzięki niemu przeistoczenie się w ko­goś innego. Nazwałam to przeistoczenie: Brodzik postmacierzyńska.(śmiech)

Di ze sztuki jest lesbijką. W takiej roli nikt Cię jeszcze w kinie ani serialu nie obsadzał, zawsze byłaś ultraheteroseksualną dziewczy­ną. Sztampa wreszcie została przełamana.

Wielka w tym zasługa reżysera Maćka Kowalewskiego. To on, obsadzając mnie w roli Di, dał mi szansę na tak ciekawe poszukiwania. W tym spektaklu jestem kobietą, która w świecie heteroseksual­nym jest tą stroną, nazwijmy, silniejszą, dominującą. Ale i jej kobiecość zostaje boleśnie doświadczona. To piekielnie trudne do zagrania. Przeżycia Di muszę przepuścić przez swoją wrażliwość, my­śleć, jak ja bym się zachowywała, jak reagowałabym na rzeczywistość, gdybym była lesbijką. Dla mnie jest to niezwykle odkrywcze i wzbogacające.

A gdybyś była lesbijką, to jaki typ kobiety był­by dla Ciebie pociągający?

Dokładnie takie pytanie sobie zadałam: „Jaki typ kobiet by mi się podobał, gdyby podobały mi się kobiety?”.

I?

Typ Milli Jovovich - szatynki z błękitny­mi oczami. Tak by wyglądała moja dziewczyna.

Okej, to pozwól, że to będzie już Wasza kolej­na okładka.

Przyznaj, że niezły wybór, prawda? Pa­sowałaby do mnie?

Mogłabyś stawać w jej obronie. Ten boks...

Tak i zachowywać się wtedy jak prawdzi­wy, rasowy mężczyzna. Biorąc pod uwa­gę moją postać w sztuce, byłoby to zu­pełnie naturalne.

Fajnie, że Twoja dziewczyna byłaby wyższa od Ciebie. Dobrze byście razem wyglądały.

Uważasz, że musiałabym karmić swoje ego wyższą dziewczyną?

Jestem tego pewien.

Tylko moje nienaganne wychowanie sprawia, że jeszcze nie wstałam od stolika. (śmiech) Wróćmy do Di, którą gram. Kie­dy zastanawiałam się, jak mogłaby wyglą­dać moja postać, pierwszą osobą, która przyszła mi na myśl była Franęoise Sagan: jej sposób bycia, fizyczność i takie totalne nieskrępowanie. Utkwiło mi w pamięci jej czarno-białe zdjęcie, na którym ubra­na była w kraciastą koszulę, miała fajkę w zębach, a na twarzy wyraz absolutnego poczucia wolności. Mówię o atrybutach kobiecości - od przyklejanych rzęs do malowanych cieni. Ale siła płynąca z ta­kiego nieskrępowania może pochodzić też ze stawianego w trampkach kroku, różniącego się od tego stawianego w szpil­kach. Ten pierwszy ma swoją wielką moc, totalnie działającą na facetów. Śmiem na­wet twierdzić, że czasami bardziej niż ten w szpilkach... Bezustannie wkładamy róż­nego rodzaju gorsety. I o tym również jest nasza sztuka. Natomiast kobiety, które nie koncentrują się wyłącznie na uwadze oraz pożądaniu mężczyzn, są od nich wolne. Wróciłaś do pracy w teatrze.

Ale nie bez wal­ki. Wszyscy zabiegali o Ciebie: od szefowej teatru Capitol do przyjaciółek, z którymi grasz - Darii Widawskiej i Małgorzaty Lipmann. Było wojowanie o wojownika zen.

Który najpierw powiedział: „Nie”.

Dlaczego? Bałaś się?

Z Anią Gornostaj, która jest szefem teatru, dawno temu grałyśmy w serialu ,Więzy krwi”. Tam się poznałyśmy. A ja­kiś czas temu ona zaprosiła mnie na roz­mowę. Spytała, czy nie chciałabym pra­cować w Capitolu. Powiedziałam jej wtedy, zgodnie z prawdą, że nie widzę teraz w teatrze takiej przestrzeni, która byłaby dla mnie interesująca. Grać klasyczne komedie farsowe? To nie był dla mnie priorytet. Mam wrażenie, że przez ostatnie dziesięć lat, zdobywa­jąc wiedzę na temat swoich warunków, upewniłam się, że interesuje mnie po­ruszanie trochę innych strun w aktor­stwie. Można je nazwać delikatniejszymi, „Gwiezdne wojny”? Właśnie zaczęli zdjęcia. Księżniczka Leia będzie miała siwe włosy.

To jest wyjątek potwierdzający regułę! Kocham „Star Wars” i nie mogę się doczekać najnowszej części! Ale wiesz, że teraz i nasi synowie są fanami „Gwiezd­nych wojen”? Bardzo czekałam na ten moment, kiedy będziemy mogli z Paw­łem pokazać im stare części. Jesteśmy po wspólnych projekcjach. Chłopcy już bawią się w rycerzy Jedi.

To może jednak ta ,,Magda M.” już z Tobą jako siwą babcią będzie możliwa?

Byłabym zawiedziona, jeśli musiałabym wchodzić do tej samej rzeki, zamiast czer­pać z czegoś nowego. Chyba że byłby to taki fajny splot wydarzeń i okoliczności jak w przypadku kampanii „SmartDOM”. Przy tej okazji, po dziesięciu latach od se­rialu „Kasia i Tomek”, ponow­nie stanęłam razem z Pawłem przed kamerą. W tych rekla­mach wykorzystaliśmy tamten potencjał oraz nasze 10-letnie doświadczenie jako pary i sze­ścioletnie jako rodziców. Świetnie nam razem na planie.

Wszyscy pytają: „A czy to są ich synowie?”.

Negocjacje z naszymi chłop­cami trwały długo, ale się nie powiodły. Grają z nami za to bardzo utalentowani młodzi artyści: Antek i Kajtek. Wspa­niale się z nimi pracuje.

W sztuce grasz lesbijkę, chodzisz na boks... Paweł czuje, że wzrasta u Ciebie po­ziom testosteronu?

Na szczęście tak się składa, że moim part­nerem jest bardzo mądry mężczyzna, który rozwój swojej kobiety, każdą zmia­nę w jej życiu, przyjmuje z ogromną otwartością. Dzięki temu czuję się abso­lutnie bezpiecznie.

To rękawice bokserskie mogą po treningu leżeć w Waszym w domu czy nie?

Są tylko bandaże, które trzeba wrzucić do pralki. Bo boksuję się w bandażach.

Paweł widział Cię, kiedy uderzasz w worek?

Nie, bo to, co robię w czasie treningu, nad czym tam pracuję, jest bardzo moc­no związane ze sztuką. Dlatego chciała­bym, żeby zobaczył moją pracę dopiero na scenie, kiedy już rola będzie gotowa. domu zaprezentowałam tylko odro­binę tego, czego się nauczyłam od trene­ra. (śmiech)

A, teraz już wiem, dlaczego Paweł nie mógł być z nami podczas tej rozmowy. Bracie, jestem z Tobą. Trzymaj się!

I tę wersję zachowajmy. Dlatego nie mógł dzisiaj przyjechać, bo nie jest w stanie wyjść z domu o własnych siłach. A tak serio: widzę, że on ma duży szacunek do pracy, którą teraz wykonuję. Bardzo mi w tym pomaga. Tak samo jak we wdraża­niu nowej organizacji życia naszej rodzi­ny. Jestem mu za to ogromnie wdzięczna.

Po tym, jak zadzwonił, powiedziałaś, że jest ,,Kurem domowym”.

To jego określenie. Świadczy o tym, jaki wspaniały ma do siebie dystans. Dyspen­sę na nowe życie dostałam również od naszych synów. Zgodzili się, by okres prób w teatrze był dla mnie czasem wiel­kiego skupienia. Dzięki temu liczę go podwójnie, a nawet potrójnie. Szanuję bardzo ten mój czas przeznaczony na tworzenie i staram się nie zmarnować ani minuty. Wychodzenie do pra­cy znaczy dla mnie dzisiaj coś innego niż dziesięć lat temu.

Coś jeszcze się zmieniło?

Jestem w takim momencie, kiedy „przestałam grać w ka­synie, a zaczęłam je budować”

  • trawestując cytat z Ala Capo- ne’a. Wspólnie z Pawłem i grupą fantastycznych, uta­lentowanych ludzi od półtora roku pracujemy nad nowym projektem serialowym, który

  • mamy nadzieję - wkrótce ujrzy światło dzienne. Przy pracy nad nim czerpiemy z ca­łego naszego doświadczenia.

Tę drugą czterdziestkę chcę przeżyć mą­drze. Nie „wyprzedawać”, nie spekulować, nie konsumować powtórnie czy rozmie­niać się na drobne, co byłoby najgorsze.

Na Twoim fanpage’u jest zdjęcie z dzieciństwa: aniołeczka w białym płaszczyku. Sama roz­kosz. Dzisiaj ten aniołeczek wali w worek bok­serski, wychowuje bliźniaki, jest na aktorskim topie i ,,buduje kasyno”. Kto by pomyślał.

Kto by pomyślał... (śmiech)