Spotykamy się na lotnisku. To miejsce, które jest dla Ciebie drugim domem. Żyjesz na walizkach – między Warszawą, Los Angeles a Miami. Nie czujesz się tym zmęczona?

Nieraz chciałabym się zaszyć w małym domku na wsi i zapomnieć o moich obowiązkach. (śmiech) Ale wiem, że nie umiałabym tak funkcjonować.

Ile czasu zajmuje Ci spakowanie się na kilkudniowy wyjazd?

Przyznam się do czegoś: nienawidzę pakowania! To chyba reakcja obronna organizmu na sposób, w jaki żyłam przez ostatnie lata.

Naprawdę? Myślałem, że robisz to perfekcyjnie!

(śmiech) Chciałabym, ale niedawno prawie spóźniłam się na samolot do Polski, bo zaczęłam pakować się dwie godziny przed odlotem… Kiedy wyjeżdżam na plan „Top Model”, nie zabieram wielu ubrań – o to, jak wyglądam, dbają styliści. Prawdziwy koszmar zaczyna się przed wakacjami – wyrzucam wszystko z szafy i próbuję to upchnąć do walizki! (śmiech)

Na co dzień jesteś chyba lepiej zorganizowana?

W pracy – konkretna, sumienna i w stu procentach profesjonalna. Lubię mieć wszystko pod kontrolą, staram się nikim nie wyręczać. Nie jestem kapryśna, czasem na planie źle się czuję, ale nie mówię o tym głośno. Nie chcę zawodzić producentów, więc zachowuję się tak, jakby wszystko było w porządku.

A prywatnie?

Mam problem z utrzymywaniem porządku w domu. (śmiech) Nie chciałbyś zobaczyć, jak wygląda moja garderoba.

Przed Tobą kolejna edycja programu „Top Model”. Zastanawiałaś się kiedyś, co daje Ci ta praca?

Kiedy otrzymałam propozycję prowadzenia polskiej edycji „Top Model”, nie byłam pewna, czy ją przyjąć. Nie chciałam już tak dużo podróżować, poza tym bałam się, że nie sprostam roli prowadzącej. Od wielu lat nie bywałam w Polsce i – co zresztą słychać do dziś – kaleczyłam język. Bałam się, że ludzie wezmą mnie za dziewczynę, która wyjechała z kraju i udaje wielką Amerykankę… W podjęciu decyzji pomogli mi jednak moja agentka i rodzina, czyli ludzie, na których zawsze mogę liczyć.

Pamiętam, że po pierwszym odcinku „Top Model” w internecie pojawiło się wiele negatywnych komentarzy na Twój temat. Przejęłaś się nimi?

Mam dystans do siebie – umiem się śmiać z błędów językowych, które popełniam. W Hollywood nauczyłam się, że lepiej jeśli cokolwiek o tobie mówią, niż mieliby zapomnieć. Praca w tym biznesie wymaga twardej skóry – nie można przejmować się krytyką.

Wtedy w Twojej obronie stanęła mama, Jolanta. W jednym z wywiadów mówiła: „Joasia nigdy nie zapomniała, skąd pochodzi, i bardzo kocha Polskę”. To prawda?

Kiedy słyszę „Polska”, myślę „moja ojczyzna”, czyli miejsce, w którym się urodziłam i z którym się identyfikuję. W Stanach zawsze podkreślam, że jestem Polką. To naturalne, że z mamą czy siostrą rozmawiałam w domu po polsku. Znałam wiele rodzin, które tak jak nasza wyjechały z kraju i zapomniały o swoim pochodzeniu. Dla mnie bycie Polką jest powodem do dumy. Tak zostałam wychowana.

 

Dlaczego wyjechaliście do USA?

W Chicago mieszkała moja babcia Krystyna i ciocia Marta. Mama tęskniła za rodziną, dlatego zdecydowała się wyjechać tam ze mną na stałe w 1981 roku. Półtora roku później przeprowadził się także ojciec.

Jak wyglądały Wasze początki?

 

Miałyśmy przy sobie około 200 dolarów. Mieszkałyśmy kątem u babci i cioci. Mama pracowała wtedy 
w fabryce kubków jednorazowych. Była w ciąży z moją siostrą i dwanaście godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu spędzała w hali, w której temperatura przekraczała 35 stopni Celsjusza. Nigdy nie dawała po sobie poznać, że jest zmęczona. Robiła wszystko, abyśmy mogli jak najszybciej przeprowadzić się do własnego mieszkania.

 

Masz z Martą, swoją młodszą siostrą, dobre relacje?

Marta urodziła się, kiedy miałam sześć lat. Uwielbiamy się, mimo że się od siebie różnimy. 

Na czym polegają te różnice?

W dzieciństwie byłam typową księżniczką, Marta z kolei chłopczycą – grała w piłkę nożną, wspinała się po drzewach. Zamiast biegać po sklepach, wolała chodzić z chłopakami na boisko. Potem jako starsza siostra trochę jej matkowałam – zajmowałam się Martą, kiedy rodzice pracowali. Przez wiele lat nawet mieszkałyśmy razem w Los Angeles, ale teraz Marta przeprowadziła się już do swojego chłopaka, Marco Andretti, znanego rajdowca, i mieszkają na Wschodnim Wybrzeżu Stanów.

Z wyglądu jesteście do siebie podobne?

Chyba nie. Marta bardziej przypomina mamę, a ja swojego dziadka – blondyna o niebieskich oczach. 

Marta w jednym z wywiadów mówiła: „Nie jestem taka sexy jak Joasia i bardzo tego żałuję”. 

Bzdura, jest przepiękną kobietą! Namawiałam ją nawet na sesję zdjęciową do jednego z amerykańskich magazynów, bo uważam, że ma niezwykłą urodę. Jedyne, czego jej brakuje, to pewność siebie. Marta jest spokojna, trochę wycofana, nie wierzy w swoje możliwości. 

A Ty? Podobasz się sobie?

Mam wrażenie, że z wiekiem wyglądam coraz lepiej! (śmiech) Kiedy patrzę na zdjęcia sprzed dziesięciu lat, widzę, że nie byłam wcale taka seksowna, za jaką się uważałam. Teraz bardziej o siebie dbam – nie opalam się, regularnie chodzę na fitness, uważam na dietę. Chociaż zdarzają mi się małe grzechy, zwłaszcza kiedy jestem w Polsce podczas nagrań do „Top Model”. 

Podobno masz dużą słabość do polskiej kuchni?

I to jaką! (śmiech) Nie mogę odmówić sobie polskich pierogów. Niedawno odkryłam też jagodzianki. Są takie pyszne!

Czujesz się lepsza od innych z powodu wyglądu?

Nigdy nie myślałam, że jestem od kogoś lepsza. Nie oceniam ludzi po wyglądzie. Dla mnie ważne jest to, jak traktują bliskich i zwierzęta. 

 

Kariera modelki to było marzenie Twoje czy mamy? 

Od dziecka chciałam występować na scenie. Rodzice wspierali mnie w realizacji tych marzeń. Jako mała dziewczynka uwielbiałam przymierzać sukienki mamy i się malować. W wieku 13 lat znalazłam 
w szkole ogłoszenie dotyczące rekrutacji do szkoły modelek! 

Było Was stać na opłacenie zajęć w prywatnej szkole?

No właśnie nie… Ale ponieważ rodzice wiedzieli, jak bardzo tego pragnę, pożyczyli pieniądze. Do dziś jestem im wdzięczna, że tak się dla mnie poświęcali. Bez ich wsparcia pewnie nie znalazłabym się w tym punkcie, w którym teraz jestem. 

Wtedy też poszłaś do swojej pierwszej pracy.

Nie miałam innego wyjścia. Pracowałam jako sekretarka w agencji reklamowej. Chodziłam na castingi, ale ciągle odprawiano mnie z kwitkiem – byłam albo za niska, albo zbyt sexy. Wszystko zmieniło się, kiedy pojawiłam się na okładce holenderskiego „Maxima”. Jedna ze znanych agentek zaproponowała mi wtedy współpracę – miałyśmy przygotować serię okładek z moją podobizną do różnych magazynów na całym świecie.

Brałaś udział w odważnych, rozbieranych sesjach. Co na to rodzice?

Byłam już dorosła, więc nie pytałam ich o zdanie. Mama zawsze mnie wspierała. Jest moją najwierniejszą fanką – do dziś zbiera wycinki prasowe na mój temat. Mamy w domu kilka pudeł wypełnionych po brzegi zdjęciami i fragmentami wywiadów, ale mama nie chce się ich pozbyć. (śmiech)

Masz kompleksy?

Moim jedynym kompleksem był i do dziś jest – wzrost. Ale trzeba akceptować siebie takim, jakim się jest. Nie ma sensu zajmować się słabościami, tylko szukać w życiu pozytywów! Nobody’s perfect! Pamiętajmy o tym i walczmy o swoje marzenia! 

Niektórzy myślą, że skoro świetnie wyglądasz, musisz być również zarozumiała. 

Naprawdę nie wiem, skąd się biorą takie stereotypy! (śmiech) Często słyszę od ludzi, których poznaję: „Ale ty jesteś miła. Zupełnie się tego nie spodziewałem!”. A dlaczego miałabym być inna? Jestem zwykłą dziewczyną z Polski. Przeszłam długą drogę do miejsca, w którym dzisiaj się znajduję. Uwielbiam swój zawód i cieszę się z możliwości, które mi daje – podróżowanie po świecie, poznawanie wspaniałych ludzi. Doceniam to każdego dnia i szczerze uśmiecham się do tych, z którymi pracuję. 

Jakimi ludźmi lubisz się otaczać?

Tymi, którzy mają dobre serca i pomagają innym. Nie znoszę nadęcia i snobizmu – nie interesują mnie dyskusje o stanie konta, biznesowych podbojach czy posiadłościach na Karaibach. Cieszę się, że mam wokół siebie bezpretensjonalne przyjaciółki, na spotkanie z którymi mogę przyjść w dresie i bez makijażu.

A co pomaga Ci przetrwać trudne momenty?

Większość kobiet powiedziałaby – zakupy, ale ja tego nie znoszę. Kiedy łapię „doła”, humor poprawia mi mój mąż. Zawsze ma w zanadrzu zabawną anegdotkę. Mogę też liczyć na ukochane psy i mamę, która z nami mieszka. Najbardziej doceniam te chwile, które spędzamy razem w domu. Siadamy na kanapie otoczeni całą gromadką psów, włączamy film i jemy przygotowaną wcześniej kolację. To mnie odpręża i pozwala naładować akumulatory. 

Romain, jak przystało na Francuza, jest romantyczny?

Och, historia Romaina jest jeszcze bardziej skomplikowana niż moja. Urodził się we Francji, ale w wieku 11 lat wyjechał do Brazylii. Dlatego, jak mówi, bardziej czuje się Brazylijczykiem niż Francuzem. Od romantyzmu dużo ważniejszy jest dla mnie sposób, w jaki traktuje moją mamę 
i zwierzęta. Chociaż chciałabym, żeby raz na jakiś czas zrobił mi niespodziankę i spontanicznie zabrał na wakacje. Szkoda, że nie zna polskiego i nie dowie się o tej sugestii z tego wywiadu. (śmiech)

 

W takim razie możemy o nim rozmawiać bez ograniczeń! To prawda, że to Ty go poderwałaś?

Mało romantycznie, prawda? (śmiech) Oglądałam w telewizji materiał o najlepszych klubach w Miami. Romain opowiadał o swojej dyskotece – ujął mnie jego uśmiech, cudowne dołeczki 
w policzkach i niesamowita energia, którą emanował. Akurat ukazał się numer „Ocean Drive” ze mną na okładce i planowałam zorganizowanie w Miami imprezy z tej okazji. Wybór miejsca był prosty: klub Romaina. Tydzień po tym wieczorze byliśmy już parą, więc chyba okazałam się skuteczna. 

A jak jest z zazdrością? Jak sobie z tym radzicie?

Dzięki Bogu, w naszym związku nie ma tego problemu. Romaina na co dzień otaczają setki pięknych dziewczyn. Oszalałabym, gdybym była zazdrosna o każdą z nich. Ja też jeżdżę po świecie, spotykam superprzystojnych facetów. Ale ufamy sobie i nie przekraczamy pewnych granic. Po tylu latach razem wciąż za sobą tęsknimy i dzwonimy do siebie kilka razy dziennie. Dbamy o nasz związek.

Dwa lata temu wzięliście ślub. Wpłynęło to na Wasz związek?

Dzięki temu jeszcze bardziej się szanujemy. Zaręczyliśmy się już po dziewięciu miesiącach znajomości, ale pobraliśmy sześć lat później. Przez ten czas żyliśmy razem jak małżeństwo: wspólnie podejmowaliśmy decyzje, mówiliśmy sobie o wszystkim. Ślub był tylko formalnością, ale nie żałuję – lubię o Romku mówić „mój mąż”.

Ten dzień wyglądał dokładnie tak, jak sobie to wymarzyłaś?

To był zdecydowanie najszczęśliwszy dzień mojego życia, czułam się jak prawdziwa księżniczka. Miejsce uroczystości udekorowano ponad 25 tysiącami róż, a z daleka roztaczały się bajkowe widoki. Nigdy nie tańczyłam tak długo jak tej nocy… 

Skoro ślub macie już za sobą, niebawem pewnie zdecydujecie się na dziecko. 

Chcemy mieć dwoje dzieci – chłopca i dziewczynkę – ale na razie nie jesteśmy na to gotowi. Może za 2-3 lata?

Dlaczego chcecie tak długo czekać?

Teraz w zasadzie mieszkamy osobno – ja w Los Angeles, gdzie pracuję, Romain w Miami. Dzieci powinny wychowywać się w domu, w którym każde z rodziców ma dla nich czas. 

Nie masz wrażenia, że zbyt wiele poświęcacie dla pracy?

Myślę, że zaakceptowaliśmy to, jak żyjemy. Romain ostatnio narzekał, że jest mu smutno, kiedy budzi się w pustym łóżku… Nieraz kłócimy się, że tak mało czasu spędzamy razem, ale cóż żadne z nas nie chciałoby zrezygnować ze swojej pracy. 

Lubisz być niezależna?

Oczywiście, w różnych dziedzinach życia. Pamiętam, jak mój pierwszy chłopak, z którym spotykałam się w wieku 20 lat, postawił mi warunek: albo on, albo kariera modelki. Nie wahałam się długo – rozstaliśmy się. 

Wystąpiliście z Romainem w popularnym reality show. Są jeszcze granice prywatności, których byś nie przekroczyła?

Nie, wydaje mi się, że przekroczyłam już wszystkie granice. (śmiech) Nikogo nie udaję. Na ekranie jestem taka sama jak na co dzień dla swoich najbliższych. Czuję się dumna ze swoich osiągnięć. Dlaczego miałabym tym nie dzielić się z innymi? Może moja historia kogoś zainspiruje.