Joasiu, kiedy jechałem na wywiad z Tobą, koleżanki z redakcji mówiły: „To świetna kobieta, ma wspaniałe życie…”. Ludzie Ci zazdroszczą, wiesz o tym?
(śmiech) Uwielbiam swoje życie, ale ono tylko pozornie przypomina bajkę. Ciężko pracuję, jestem w ciągłych rozjazdach, z trudem znajduję czas dla siebie. Przyjaciółki, kiedy widzą, jak napięty jest mój grafik, mówią: „Jestem zmęczona samym patrzeniem na to. Jak ty dajesz radę?!”.

I co im wtedy odpowiadasz?
Jestem przyzwyczajona do takiego rytmu życia. Zdarza się, że śpię po 4-5 godzin dziennie. Dzisiaj wieczorem na przykład wylatuję do Londynu, wracam jutro po południu. Nie mam czasu myśleć o zmęczeniu. Uważam, że zmęczenie psychiczne lub emocjonalne spowodowane brakiem zajęć jest gorsze niż zmęczenie fizyczne. Gdybym nie miała co robić, czułabym się wykończona. (śmiech)

Masz teraz dwa domy – jeden z Polsce, drugi w Londynie.
Warszawa jest dla mnie ważniejsza, bo to moje rodzinne miasto. Tutaj również jest serce La Manii, którą cały czas rozwijam. Przez ostatnie kilka lat zbudowałam świetny zespół: pań krawcowych i konstruktorek, technologów, krojczych, studio projektowe i marketingowe. Nie wyobrażam sobie życia i pracy bez nich.

A w Londynie?
Tam od jakiegoś czasu mam nowe obowiązki. Zostałam członkiem British Fashion Council oraz wspólnikiem i konsultantem w amerykańskim funduszu inwestującym w najbardziej perspektywiczne marki na światowym rynku mody. Jest to dla mnie szczególnie ważne wyróżnienie ze względu na znakomite grono, w którym się znalazłam. Współpracują ze mną tacy geniusze branży, jak Tom Ford czy Domenico De Sole. To wielkie wyzwania, ale również niepowtarzalna szansa na zdobywanie doświadczenia i uczenia się od najlepszych.

Jako dyrektor kreatywna La Manii jesteś znana od kilku lat, ale telewizyjną popularność przyniósł Ci udział w „Project Runway”. Stałaś się rozpoznawalna, ludzie zaczepiają Cię na ulicy?
Nie jestem gwiazdą telewizji, tylko jurorką, która bardzo poważnie traktuje swoje zadanie. Cenię w tym programie między innymi to, że prawdziwymi bohaterami są uczestnicy, a nie członkowie jury. Na szczęście, kiedy chcę wyjść na spacer, nie muszę zakładać ciemnych okularów i ukrywać się przed paparazzi.

Nie masz gwiazdorskich nawyków, jesteś punktualna, dotrzymujesz słowa. Nie aspirujesz do bycia celebrytką?
Traktuję to jako część mojej pracy. Jestem profesjonalistką, dlatego szanuję czas ludzi, z którymi umawiam się na spotkania. W mediach występuję jako ambasadorka La Manii lub jurorka „Project Runway”. Uczestniczę w imprezach związanych z modą i na ten temat staram się wypowiadać, bo na tym się znam. Traktuję to jako część mojej pracy. Nie chcę być ekspertką od gotowania, związków czy konfliktów zbrojnych na świecie.

Rzadko można Cię też spotkać na bankietach.
Unikam chodzenia na imprezy i pozowania na ściankach. Wyjątkiem są pokazy mody zaprzyjaźnionych
polskich projektantów. Od bankietów wolę spotkania z bliskimi przyjaciółmi. Jesteśmy jak rodzina – spędzamy razem święta, wakacje. W każdą środę o godzinie 21.30 wielu z nich zasiada przed telewizorami i ogląda „Project Runway”. To niesamowite i budujące, że ten program angażuje uwagę ludzi z różnych środowisk, zupełnie niezwiązanych z modą. SMS-y z komentarzami wysyłają mi finansiści, prawnicy. Cieszę się, że „Project” się podoba.

Masz mnóstwo przyjaciół. Z kim się lepiej dogadujesz – z kobietami czy z mężczyznami?
Nie różnicuję przyjaciół ze względu na płeć, ale oczywiście przyjaciółek mam więcej. (śmiech) Ostatnio najbliżsi powiedzieli mi, że zawsze będą mnie chronili i mogę czuć się przy nich bezpieczna. To było wzruszające. Takimi ludźmi chcę się otaczać.

 

W programie „Project Runway” wspieracie projektantów, którzy dopiero zaczynają przygodę z modą. A Ty jak wspominasz swoje początki?
Moda wpisana jest w moją tradycję rodzinną. Od dziecka z mamą i babcią jeździłam do zaprzyjaźnionej krawcowej, pani Stasi. W jej domu panowała niezwykła atmosfera: klientki przychodziły na przymiarki,
rozmawiały o wykrojach, nowych szalonych pomysłach. A ja chłonęłam, słuchałam i wszystkiemu się przyglądałam. To piękne wspomnienia z mojego dzieciństwa.

Krawcowa szyła dla Ciebie sukienki, które wypatrzyłaś w zagranicznych pismach?
Razem z babcią i panią Stasią przeglądałyśmy gazety, które rodzina przysyłała nam ze Szwecji. To było jak podróż do kolorowego nieznanego świata. Chciałyśmy stworzyć jego namiastkę w szarych czasach PRL-u. Babcia nauczyła mnie, jak ważne są szczegóły. Była perfekcjonistką i wielką estetką. Do dziś pamiętam równo ustawione na półkach słoiczki z wiśniową konfiturą podpisane starannym charakterem pisma. Uwielbiała szyć i haftować, to była jej wielka pasja. Stąd moje zamiłowanie do rękodzieła, które w Polsce miało silne  tradycje. Prace polskich koronczarek, hafciarek, ręcznie malowane jedwabie – to nasze dziedzictwo narodowe, które warto chronić. Dlatego razem z wiceminister gospodarki Iloną Antoniszyn-Klik stworzyłyśmy projekt „Malva – możesz więcej”. Dostałyśmy ponad 300 zgłoszeń od kobiet, które chciały pochwalić się swoimi pracami. Mam nadzieję, że dzięki tej inicjatywie zarówno polscy, jak i zagraniczni projektanci będą wykorzystywać potencjał polskiego rękodzieła.

Twój sukces to zasługa rodziców i wartości, które Ci wpoili?
W dużej mierze tak. Nie odbierali mi marzeń. Uważali, że szarzyzna, która królowała w PRL-u, nie jest jedynym pożądanym kolorem. Po nich odziedziczyłam  konsekwencję w dążeniu do celu. Dzięki nim zrozumiałam, że nie ma rzeczy niemożliwych. Jeśli czegoś bardzo się pragnie, trzeba to za wszelką cenę zrealizować.

Rodzice nauczyli Cię szacunku do pieniędzy?
Nie byłam rozkapryszoną jedynaczką, ale nie potrafi również żyć z ołówkiem w ręce. Poza tym ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że należy się skupić na zarabianiu, a nie na oszczędzaniu. Bardzo mi się to spodobało. (śmiech)

Pochodzisz ze znanej prawniczej rodziny. Tata nie miał do ciebie żalu, że nie poszłaś w jego ślady?
Skończyłam prawo, a potem aplikację radcowską i nigdy nie żałowałam decyzji o wyborze tego kierunku. To ciekawe i rozwijające studia. Pisałam pracę magisterską z międzynarodowego prawa handlowego i zdobytą na studiach wiedzę wykorzystuję do dziś.

W Twoim życiu wszystko jest świetnie zaplanowane – synów urodziłaś w przerwie między kolejnymi semestrami.
Dzieci były dla mnie ważniejsze od kariery prawniczej. Mam trzech wspaniałych synów: Aleksa, Filipa i Jakuba. Urodziłam ich wcześnie – Aleksa po pierwszym roku studiów, Filipa po trzecim, a Jakuba, zanim zaczęłam aplikację. To wspaniali mężczyźni, kochający i troskliwi, zawsze mogę na nich liczyć.

Jaką jesteś mamą?
Na pewno nie ograniczam swoich synów, daję im dużo swobody. Moi rodzice ufali mi, wierzyli, że jestem na tyle rozsądna, żeby nie popełnić głupich błędów. Wychowując dzieci, staram się trzymać tej samej zasady. W przypadku mojej rodziny taka filozofii sprawdziła się najlepiej.

A Ty byłaś grzeczną dziewczynką czy buntowniczką, która ubiera się na czarno i słucha punk rocka?
(śmiech) Nigdy nie ubierałam się na czarno i nie stawiałam włosów na cukier. Jestem hurraoptymistką, więc byłoby to niemożliwe. Miałam kobiecy styl z odrobiną rockowego pazura. Uwielbiałam eksperymentować i przerabiać ubrania. Pamiętam swój urodzinowy prezent: dżinsy Wranglery z Peweksu. Były sztywne, nieprzyjemne, ale wymarzone. Uznałam, że muszę coś z nimi zrobić – najpierw je zwęziłam, a potem rozłożyłam na podłodze w łazience i szorowałam pumeksem. Robiłam to tak mocno, że odcisnął się na nich wzorek łazienkowego dywanika… Obcięłam nogawki nożyczkami, tak by się strzępiły. Dzięki temu nabrały charakteru!

 

Lubiłaś się wyróżniać?
Oczywiście, kochałam modę i zawsze chciałam wyglądać inaczej niż inni. Jako 14-latka ubierałam się dość odlotowo. Lubiłam odważne zestawienia, wkładałam na przykład szpilki do dresów! Na początku liceum zorganizowałam swój pierwszy pokaz. Modelkami były koleżanki ze szkoły. Bardzo żałuję, że nie mam żadnych zdjęć z tej imprezy.

Musiałaś być szkolną atrakcją!
Po zdaniu egzaminów do szkoły średniej usłyszałam od przyszłej wychowawczyni, że nie widziała jeszcze tak ekstrawaganckiej nastolatki. To były lata 80. – szalone dla mody czasy, kiedy królowały neonowe kolory i fryzury na „mokrą włoszkę”. Nauczyciele, czasami oburzeni moim stylem, wzywali mamę na rozmowę. Na szczęście ona traktowała wszystkie moje wybryki z przymrużeniem oka.

La Mania powstała, bo szukałaś dla siebie sukienki idealnej… Szyjesz ubrania, które sama chcesz nosić?

To prawda, taka fiozofii jest mi bliska do dziś. Chciałam stworzyć małą kolekcję rzeczy, które są niebanalne i zmysłowe. Dzisiaj projektanci nazwaliby ją „capsule collection”. Dla mnie ważna była uniwersalność tych ubrań. Chciałam, aby świetnie sprawdzały się na każdą okazję. Rano i wieczorem. Na spotkaniach biznesowych, kolacji, premierze w teatrze i w nocnym klubie.

I tak powstała mała biała sukienka, która dziś jest znakiem rozpoznawczym La Manii.
Nasze klientki uwielbiają biel. Wszystkie rzeczy w tym kolorze sprzedają się w pierwszej kolejności. Dlaczego? Bo on pozwala kobiecie emanować dobrą energią, rozświetla ją. Nie bez powodu jest hitem prawie każdego sezonu!

Ale większość kobiet wciąż się go obawia, uważając, że biel pogrubia.
Absolutnie nie. Wszystko zależy od modelu, materiału i wykonania.

A jak Twoim zdaniem ubierają się Polki?
Polki mają potencjał! Są piękne, zgrabne i inteligentne. Zawsze uśmiechnięte. Niestety, często nie wierzą w siebie. A szkoda, bo niska samoocena to najgorszy doradca.

Dobre ubranie może ją podnieść?
Kilka lat temu mój znajomy, ówczesny minister kultury, usłyszał od dziennikarza, który przeprowadzał
z nim wywiad, że „nie szata zdobi człowieka”. Natychmiast się obruszył: „Jeśli nie szata, to co?!”. Zgadzam się z nim w stu procentach. Kiedy mamy na sobie coś, co nam się podoba i w czym świetnie się czujemy, jesteśmy pewni siebie. Zmienia się wtedy też odbiór naszej osoby w oczach innych – zyskujemy często szacunek i sympatię. Strój jest wizytówką, wiele mówi o tym, kim jesteśmy, jaki styl życia prowadzimy.

Twoimi projektami zachwycają się celebrytki. Ubierasz między innymi Anję Rubik, Magdę Frąckowiak, księżniczkę Beatrice, Zahę Hadid. To moda tylko dla bogatych?
Nie ukrywam, że miałam wielką satysfakcję, kiedy zobaczyłam Anję na Style.com w secie z naszej kolekcji. Ucieszyły mnie też pozytywne recenzje sukienki La Manii, którą na wystawę Alexandra McQueena włożyła księżniczka Beatrice. Ale najbardziej zależy mi na zwykłych klientkach. Nie wartościuję ich ze względu na zasobność portfela czy wiek. Kolekcje La Manii to moda dla wszystkich generacji, a już niedługo poszerzymy ofertę o kolejne linie w dużo przystępniejszych cenach. To kolejny milowy krok w rozwoju firmy.

Na kim się wzorujesz?
Najbliższa jest mi filozofi marki Saint Laurent. Podoba mi się, że traktują modę demokratycznie. W ich butikach obok T-shirtów czy dżinsów leżą superdrogie haftowane kamieniami peleryny. Nie ma podziału na drogie i tanie linie – wszystko sprzedawane jest