Po wywiadzie jedziecie na plan i kończycie zdjęcia do serialu. Jakim ujęciem?

Karolina Gorczyca: Krystian, możemy powiedzieć?

Krystian Wieczorek: No właśnie nie możemy. „Gala” ukaże się przed emisją ostatniego odcinka.

Karolina: To na pewno będzie scena... dla wszystkich zaskakująca.

Krystian: Prawdziwy suspens.

Rozumiem, dbacie o słupki i oglądalność. To zapytam o inną scenę, na którą również wszyscy czekali – łóżkową, kiedy grany przez Ciebie, Krystianie, Paweł spędza noc z Anką – bohaterką Karoliny. To się stało w siódmym odcinku, którego oficjalna zapowiedź brzmiała tak: „Dawni wrogowie wreszcie są w łóżku”. Nic się tak dobrze nie sprzedaje jak seks, kościół i pieniądze.

Krystian: Oj, zagalopowałeś się. Nie chodziło wyłącznie o seks, ale o uczucie, szczególny rodzaj więzi, jaki tworzy się między bohaterami... A poza tym myślę, że prowokacja jako sposób zwrócenia uwagi jest dosyć prymitywnym środkiem.

Zauważyłem, choćby po fotosach z planu, jakie dostaję, że we wszystkich scenach – nazwijmy je: rozbieranych – to Ty biegasz bez koszulki albo owinięty ręcznikiem. Na Karolinę nie można sobie popatrzeć.

Karolina: Dzięki temu nie zostaje naruszona ustawa o radiofonii i telewizji. (śmiech) Gdyby było odwrotnie i na mnie można byłoby popatrzeć, serial miałby zupełnie inną porę emisji.

Krystian: Albo by jej wcale nie miał. (śmiech)

Krystian, Twoje role w telewizji tak się ułożyły, że zaczynasz być dyżurnym amantem seriali. W „M jak miłość” łamiesz serca kobiet, wzdychają do Ciebie. W „Domu nad rozlewiskiem” znów jesteś obiektem zainteresowania pań. A Twojego bohatera w ostatnim serialu opisano tak: „Paweł, menedżer klubu piłkarskiego i warszawski amant”.

Krystian: Bo słowo „amant” jest pewnym skrótem myślowym, który powoduje, że ktoś wie, do jakiej szufladki mnie wrzucić. Ale jeśli się głębiej zastanowić, nie wiadomo, co to w gruncie rzeczy znaczy. Szczególnie że „amant” kiedyś znaczyło po prostu „uwodziciel”, a ja przecież grałem dosyć zróżnicowane role.

Karolina: Humphrey Bogart też miał łatkę amanta, a był niesamowity. Nic złego w tym nie ma.

Krystian: On jednak był amantem w innym znaczeniu tego słowa. Grał trudnych facetów. Kobiety się w nim kochały właśnie dlatego. Uwodził tajemnicą i pewną chropowatością czy charyzmą.

Karolina: A wolałbyś mieć taką charakterystyczną twarz, żeby można było cię obsadzić tylko w roli mordercy albo podpierającego budkę z piwem? Pamiętajmy, że Bogusław Linda, Jan Englert czy Jan Frycz również grywali amantów. Byli tak postrzegani w kinie czy w telewizji przez długi czas. Bycie amantem to nie jest nic ubliżającego.

Krystian: Bez przesady, mnie to przecież nie ubliża, ale bardzo nie lubię uproszczeń. W Polsce amant nie kojarzy się z facetem, który może być trudny i skomplikowany, a przy okazji dobrze wygląda. Pokutuje przekonanie, że najpierw musi dobrze wyglądać, a to, co gra, jest już na dalszym miejscu.

Taka jest serialowa rzeczywistość: schematy, powielenia, uproszczenia. Najważniejsze, żeby się w nich nie zakopać na zawsze.

Krystian: Nie rzeczywistość serialowa, tylko popkulturowa, która miesza pojęcia i definicje. Upraszcza po to, żeby wszystko było lekkostrawne dla jak największej liczby ludzi. Popkultura nie wymaga wysiłku. Jeśli myślałbym stereotypowo o aktorstwie, to na pewno nikt już by mi nie dał do zagrania roli, która będzie szansą na pokazanie się z zupełnie innej strony. Mnie najbardziej ciekawi to, co zaskakujące i przełamujące schematy.

Karolina: W naszym kraju bardzo trudno jest łamać stereotypy, nie tylko te dotyczące pracy i kolejnych ról. Sądzę, że producenci są za mało odważni albo brakuje im po prostu wyobraźni. Kiedy już ktoś gra rzeczonego amanta albo na przykład zły charakter, to jeśli sam się nie postara, grozi mu „szuflada”. Niedawno wzięłam udział w castingu do niemieckiego filmu, w którym walczyłam o rolę dziewczyny z nizin. W Polsce mogę tylko o tym śnić, tam natomiast nikt mnie nie znał, nie miał ze mną żadnych skojarzeń. Producenci, decydując, że zagram, kierowali się wyłącznie tym, co zobaczyli na castingu.

Dlaczego tak łatwo się w Polsce Was, aktorów, szufladkuje?

Krystian: To droga na skróty. A przy okazji wynikają z tego oszczędności. W USA niemal każdy aktor ma szansę na zagranie różnych ról. Kiedy potrzeba, dostaje nawet 12 miesięcy, żeby się przygotować. Ma czas schudnąć, przytyć, wyrzeźbić ciało. A tutaj słyszymy: „Musisz być gotowy za trzy tygodnie”. No to jak mam pokazać siebie z innej strony? Przecież w naszym zawodzie chodzi o kreację, czyli szukanie i odkrywanie kolejnych wcieleń i twarzy. Żebyśmy mogli sobie na to pozwolić, musimy mieć stawiane kolejne wyzwania i zadania oraz dostać czas na przygotowanie.

Czy w Polsce nadal obowiązuje podział na aktorów serialowych i nieserialowych?Jakieś 10 lat temu granie w serialu było kompromitujące, dyrektorzy teatrów zwalniali za to aktorów.

Karolina: Pamiętam, jak nasi wielcy profesorowie w szkole teatralnej w Krakowie powtarzali: „Jeśli wystąpiłeś w reklamie, to jesteś potępiony”. Później sami brali w nich udział. Wszystko się zmienia. Wielu wspaniałych aktorów i wiele świetnych aktorek zaczynało od telenowel.

Krystian: Często mamy za mało informacji i pochopnie kogoś oceniamy, nie wiedząc na przykład, czy ktoś nie musiał w ten sposób zapewnić bliskiej jemu osobie kosztownego leczenia, które ratuje życie albo chciał bardzo dobrze wykształcić swoje dziecko. A poza tym dlaczego po prostu uczciwe zarabianie pieniędzy ma być zbrodnią? My, w Polsce, ciągle mamy jakiś kompleks: ktoś, kto zarabia, jest od razu podejrzewany o nieuczciwość.

 

Zagralibyście w reklamie?

Krystian: Ale czego?

Nieważne. Jeślibyś wiedział, że to na wiele lat finansowo Cię zaspokoi?

Krystian: Hipotetycznie. Nie miałbym z tym problemu.

Karolina: Ja podobnie. Ale zaznaczam: to tylko hipoteza. (śmiech)

W Waszej sytuacji, kiedy gracie kilka miesięcy w serialu, nie macie czasu na nic innego, w tym na te zadania i wyzwania, o których mówisz. To był Wasz wybór. I cena do zapłacenia.

Krystian: Za granie w serialu?

Tak. Nie macie już czasu na teatr.

Krystian: Po studiach grałem przez osiem lat w teatrze – najpierw w Bydgoszczy, później w Gdańsku. Byłem na etacie. Jeśli wchodzisz ze spektaklu w kolejny, to zapewniam cię, że jest to bardziej absorbujące niż serial i praca na planie.

Ale i bardziej twórcze...

Krystian:To fałszywy, zero-jedynkowy podział. To jest kwestia okoliczności, czyli tego, co robimy, z kim i w jakim celu. Miałem w teatrze doświadczenia cudowne, ale też koszmarne, które okazywały się stratą czasu. Gdy reżyser przychodził zupełnie nieprzygotowany i nie potrafił przekonać aktorów do swojej wizji, zapracować na zaufanie. Ideał teatru to na pewno miejsce, gdzie ma się więcej czasu na pogłębienie roli i na „porozciąganie” jej we wszystkie strony. Ale zakładanie z góry, że w teatrze jest wartość i rozwój, a w serialu tego nie ma, jest nieprawdziwe i krzywdzące. Pytałeś o cenę – każda pasja ma swoją cenę, a pasja aktorska jest wyjątkowo zazdrosna o czas poświęcany na inne zajęcia. A z drugiej strony nasze prywatne doświadczenia są najważniejszym budulcem w tworzeniu postaci, plus wyobraźnia oczywiście. Aktorstwo to taki pasożyt, który ma szlachetne intencje.

Karolina: Jedno drugiego nie wyklucza, to raczej sprawa uporządkowania pracy w czasie. Nie uważam, żeby tylko teatr dawał aktorowi szansę rozwoju artystycznego. Do tej pory dużo grałam w filmach i telewizji, ale niedługo zaczynam – gościnnie – próby do sztuki w jednym z warszawskich teatrów. Być może za pięć lat będę grała już tylko w teatrze? Nie mam sztywnego planu. Bardzo cenię sobie wolność, możliwość wyboru.

Krystian: Po szkole teatralnej bardzo potrzebowałem teatru, albo może szerzej: pragnąłem po prostu grać. Potrzebowałem samodzielności, ale i zaufania od ludzi, którzy mnie nie znają. Bydgoszcz wtedy wydawała mi się końcem świata, a stała się dla mnie najwspanialszym miejscem. Poznałem fantastycznych i kreatywnych ludzi.

Rozsmakowałeś się w sztuce wysokiej, a tutaj buch – amant z gołą klatką w tasiemcu. Boli?

Karolina: To, co wygląda na ekranie miło i przyjemnie, okupione jest wysiłkiem i zaangażowaniem nie mniejszym niż w sztuce na scenie. Nie odpuszczamy, bo to przecież „tylko serial”. To nie jest tak, że biorę scenariusz i czytam didaskalia: „Aha, w tej scenie podnoszę do góry lewą rękę” – napisane tak, to tak robię, proste. Praca w serialu wymaga skupienia, precyzji, pomysłowości.

Krystian: Nasze role są rozpięte przez kilkanaście odcinków. Tworzą konstrukcję, po której trzeba się wspiąć.

Czy łatwiej się gra, kiedy się swojego bohatera lubi? Znam aktorów, którzy mówią o jakiejś roli: „Lubię ją grać”. Jak jest z Wami?

Krystian: To, że lubię grać jakąś postać, zupełnie nie oznacza, że ja tę postać lubię. Jako aktor staram się unikać jednoznacznego stosunku do granych postaci.

Karolina: Gdyby rola nie zainteresowała mnie już w warstwie scenariuszowej, to pewnie bym jej nie przyjęła.

Krystian: Staram się nie rozpatrywać tego w ten sposób: czy lubię mojego bohatera, czy go nie lubię. Mogę go nie lubić, ale może być dla mnie ciekawy ze względu na złożoność osobowości. Możesz zagrać potwora i go nie lubić, ale rozumieć. Gdy pracuję nad rolą, dowiaduję się czegoś nowego o sobie. Jestem idealistą, wierzę, że aktorstwo bywa głęboko humanistyczne.

Serialowi Anka i Paweł dużo mają z Krystiana i Karoliny?

Karolina: Nie wyobrażam sobie, żeby moja bohaterka nie miała pewnych moich cech. Bo jak inaczej? „Wyposażam” Ankę w to, jaka jestem.

Pytam o to, bo niektórzy Wasi koledzy uważają, że przez aktora rola musi przepłynąć jak woda przez naczynie, a inni, że trzeba się odciąć od bohatera i zbudować go od nowa.

Karolina: To drugie może potrafił Tadeusz Łomnicki. Zazwyczaj nie da się odciąć całkowicie od roli.

Krystian: Nie wierzę, że tylko dzięki warsztatowi można zbudować rolę. Bez zostawienia kawałka siebie się nie da.

Anka, którą grasz, ma charakter. Najpierw ucieka sprzed ołtarza, a później napięcie rośnie. A Ty uciekałaś sprzed ołtarza?

Karolina: Anka ma mocny charakter. Jest zdeterminowana, odważna i idzie po swoje. Myślę, że to są poniekąd również moje cechy charakteru.

Krystian: Potwierdzam, Karolina to również dziewczyna z charakterem. (śmiech) Ale przestrzegam przed takim utożsamianiem, bo ktoś może dojść do wniosku, że Paweł tak samo jak ja jest pierdołą, który albo wpada w błoto, albo go oszukują...

Karolina: Paweł nie jest ci bliski? (śmiech)

Krystian: I jest, i nie jest. Myślę, że każdy człowiek potencjalnie nosi w sobie takie cechy, jakie ma Paweł. Często zaskakujemy siebie w różnych okolicznościach.

Karolina: Najważniejsza jest prawda. To ona sprawia, że widzowie chcą nas oglądać albo przełączają kanał.

 

Pracowaliście już razem przed serialem „To nie koniec świata!”?

Krystian: Epizodycznie. Tak naprawdę poznaliśmy się na planie tego serialu.

Mija kilka miesięcy i...

Krystian: To może ja wyjdę? A tak serio: ostatnio w jednym z wywiadów mówiłem o tym, jak dużo się od ciebie nauczyłem.

Karolina: (śmiech) Ale zawodowo czy życiowo? Bo ja ciągle opowiadałam ci o mojej córce. Będziesz wiedział, jak kiedyś postępować ze swoją. (śmiech)

Krystian: Wszystko zapisuję. Wydajmy poradnik dla rodziców.

Karolina: Krystian był i jest doskonałym źródłem informacji o tym, co należy zobaczyć w kinie, co warto przeczytać. Ja nie mam teraz czasu na czytanie, więc on... opowiada mi książki.

Krystian: Pracowaliśmy na wzajemne zaufanie. Poza tym trzeba tutaj zdradzić, że my nie byliśmy na wspólnych zdjęciach próbnych i to, że razem gramy, było dla nas zaskoczeniem.

Karolina: Scenariusz serialu zakładał, że przez siedem pierwszych odcinków nie będziemy się lubić. I to nam bardzo dobrze wychodziło, prawda? (śmiech)

Krystian: Prawda. Tyle że od ósmego mieliśmy się uwielbiać – i tu pojawił się problem.

Karolina: Przy tym wszystkim mamy świadomość, że gramy do jednej bramki. Uczę się wciąż tego, że nie zawsze to, co wymyślę na temat swojej postaci, tego, jak mam zagrać, jest jedynie słuszne. Do tej pory zawzięcie broniłam każdego pomysłu.

Konkurujecie? Aktor to solista.

Krystian: Myślę, że ścigamy się sami ze sobą. Ale celem zawsze jest dla mnie wiarygodność. Staram się pracować najlepiej, a przy Karolinie nawet bardziej niż zwykle. Lubię i cenię wymagających partnerów. Oni mnie motywują, wyzwalają dodatkową energię. Karolina walczy o to, jak ma zagrać, o swoją postać. To mi imponuje.

Karolina: Czasami namawiam Krystiana, żeby również powalczył. Wychodzę na buntowniczkę, ale ten mój bunt jest w dobrej sprawie. Pytałeś, czy konkurujemy. Każdy z nas oczywiście chciałby zostać zauważony. Aktor potrzebuje odzewu na to, co robi. Ale to nie jest konkurowanie. My, z Krystianem, nie mamy o co konkurować.

Wierzyliście, że w 2012 roku będzie koniec świata?

Karolina: Przyszedł. Jest 2013 rok i kończymy pierwszy sezon „To nie jest koniec świata!”. (śmiech) W 2014 roku może będzie drugi koniec świata.

Krystian: Ja wciąż przeżywam końce świata i jego początki.

Karolina: Nie martw się – każdy koniec jest początkiem.

Krystian: Wolę zaczynać, niż kończyć. O Jezu, ale banał...

Karolina: Koniec też bywa fajny.

Bo jest początkiem czegoś.

Karolina: Dokładnie... To koniec?

Krystian: Początek, Karolina, początek.