Ile miałeś lat, jak zaczynałeś karierę fotografa?
Miałem 19 lat, gdy zrobiłem okładkę „Urody”. Modelką była Magda Mielcarz. Mam to zdjęcie do dzisiaj. jest tak kiczowate, że aż śmieszne, ale mam do tej okładki sentyment. Później zrobiłem sesję do hiszpańskiego „Cosmopolitan”.

Jak do tego doszło?
Jeździłem do Madrytu na weekendy, bo miałem tam masę znajomych. Postano-wiłem spróbować swoich sił na tamtym rynku i po milionie telefonów udało mi się umówić z redakcją „Cosmopolitan”. Moje portfolio się spodobało i tydzień później robiłem dla nich sesję. odbyła się w centrum kubańskiej kultury w Madrycie, dookoła grupy kubańskich uchodźców emerytów grały w karty i warcaby. wtedy w Polsce rynek prasy kobiecej raczkował, zresztą do tej pory nie jest z nim zbyt dobrze… w latach 90. sesje mody polegały na tym, że styliści nosili zdjęcia ubrań światowych projektantów do rodzimych krawców, którzy z kolei robili ich kopie na potrzeby sesji mody. Teraz największe światowe showroomy wypożyczają ubrania do polskich sesji, ale magazyny robią wszystko, by nie być zbyt „exclusive” – kompletnie nie rozumiem dlaczego to idzie w taką smutną stronę.

Zamierzasz jakoś uczcić dwudziestolecie swojej pracy?
Chyba powinienem urządzić benefis…

Pracujesz dla najlepszych magazynów na świecie, fotografujesz największe gwiazdy. Czym przede wszystkim różni się praca w Polsce od pracy za granicą?
Na Zachodzie nie istnieje zjawisko autoryzacji. „Vogue”, „Vanity  Fair”, francuskie „Elle” nie autoryzują z gwiazdami zdjęć. Artyści zagraniczni są tak zajęci, że gdyby zajmowali się autoryzacją wywiadów, nie mieliby czasu na pracę. Panuje prosta zasada: jeżeli decydujesz się być bohaterką okładki w jakimś magazynie, po prostu ufasz jego zespołowi. A finalną wersję okładki i wywiadu, którego udzieliłaś, widzisz dopiero w kiosku.

Za granicą ludzie bardziej szanują swój czas?
Polskie celebrytki mają chyba za dużo wolnego czasu. Na świecie masz osiem godzin na zrobienie dużego materiału. Dla każdej gwiazdy dzień sesji zdjęciowej jest tak samo ważny, jak rola w filmie. obowiązek promocji projektów, w których biorą udział, mają zapisany w kontrakcie. Poza tym każda supergwiazda chce być na okładce „Elle” czy „Vogue’a”. To ich agenci często walczą o to, by magazyn dał im okładkę. Agenci wielkich gwiazd sami dzwonią do mnie z propozycjami sesji.

Dlaczego tak rzadko robisz sesje do polskich magazynów?
Bo robienie kolejnej komercyjnej sesji „Pani domu” mnie nie kręci. Proces autoryzacji zdjęć w Polsce jest zbyt żenujący. To trochę tak, jakby „gwiazdy” grały w filmie, a potem kazały reżyserowi puszczać sobie jego fragmenty, żeby sprawdzić, czy im się to podoba. Przy dzisiejszej technice zdjęć cyfrowych od razu widać efekty – jeżeli coś się komuś nie podoba, ma możliwość zareagowania w trakcie sesji. Zawsze można zmienić makijaż lub światło. gdy robię zdjęcia mody, wtedy w 100 procentach realizuję swoją wizję przy współpracy ekipy: stylisty, makijażysty, fryzjera, dyrektora artystycznego. gdy robię zdjęcia wielkiej gwieździe, to ona jest najważniejsza.

Przyjaźnisz się z polskimi gwiazdami?
Z wieloma tak. Anja Rubik, Małgosia Kożuchowska, Magda Mielcarz – to dziewczyny, z którymi pracuję od zawsze. Uwielbiam pracować z Małgosią Sochą i Weroniką Rosati – ta ostatnia ma w sobie mega erotyzm. Prawdziwą gwiazdą jest według mnie Maryla Rodowicz – jest już legendą, a nadal ciężko pracuje i jest bezustannie na topie. Żyje i mieszka jak gwiazda. Na zakupy jeździ do Londynu, wszyscy ją tam znają w najlepszych restauracjach i sklepach. Ma świetny gust, ubiera się niesamowicie. Ma też charakterek, ale szanuje ludzi i kocha życie. Każde spotkanie z nią jest inspirujące. Było dla nas dużym zaskoczeniem, że zgodziła się wystąpić w odcinku „Project Runway” ubrana  w kostiumy zaprojektowane przez uczestników programu.

Zaczynałeś w czasach bez internetu, jak docierałeś do zleceniodawców?
Biegałem z portfolio po redakcjach. Koszty robienia zdjęć były wtedy duże, ponieważ każdy lm trzeba było wywołać. Dzisiaj jest łatwiej i taniej, bo są aparaty cyfrowe. Wystarczy wysłać e-mail  z drugiego końca świata i zainteresować kogoś swoją pracą. Nie trzeba się nawet ruszać z domu. Jednocześnie jest ogromna konkurencja, bo każdy chce być fotografem, chociaż nie wszystkim to wychodzi.

Rodzice Cię wspierali?
Oczywiście! Zawsze mi pomagali  i nadal to robią. Nigdy nie mówili, że fotografowanie to strata czasu, rozumieli, że to moja pasja. Nie ograniczali mnie, mogłem realizować każdy, nawet najbardziej szalony pomysł. Chociaż moje doświadczenia chemiczne skończyły się wybuchem w piwnicy… Próbowałem różnych rzeczy – tańczyłem taniec towarzyski, byłem w teatrze Buffo, później trafiłem do telewizji, do programu dla dzieci „5, 10, 15”, tam poznałem wielu ludzi. Autorką programu była Bożena Walter, ikona polskiej telewizji, tworzyła najfajniejsze i najbardziej światowe programy w TVP. To, czego się wtedy nauczyłem, zostało we mnie do dzisiaj – to była najlepsza szkoła dziennikarstwa, i chociaż telewizja jest teraz zupełnie in-na i wymaga innych umiejętności, kamera mnie nie stresuje.

 

Czym różni się praca w dzisiejszej telewizji?
Kiedyś mieliśmy być grzeczni, dobrze ułożeni, mówić ze świetną dykcją… Teraz liczy się charakter, osobowość i emocje, czyli na odwrót. Ale trzon pozostaje ten sam. Ostatnio prowadziłem konferencję „Vanity Fair” w Madrycie. Poszło mi tak dobrze, że posypały się propozycje z różnych mediów hiszpańskich. Już wcześniej miałem propozycję, żeby wziąć udział w hiszpańskim show telewizyjnym, ale nie wszystko mi się w ich formacie podobało i nie dogadaliśmy się. Polski „Top Model” jest na bardzo wysokim poziomie. Nasze uczestniczki naprawdę mają szansę na karierę, o ile skupią się na pracy – nie będą tyły, pozowały na ściankach i znajdowały sobie wątpliwych chłopaków…

Jesteś surowy wobec uczestników tego programu, a niełatwo się odnaleźć po udziale w telewizyjnym show.
Też byłem kiedyś młody i popularny. Wiem, jak to jest. Gdy miałem 15 lat, nie mogłem przejść ulicą, by ktoś nie zanucił: „Że co? Że jak? No właśnie!” (fragment piosenki z programu „5, 10, 15” – przyp. red.). Wszyscy wtedy oglądali „5, 10, 15”! Ja również  i dlatego chciałem się tam dostać. Napisałem list i zaproszono mnie na rozmowę, okazało się, że to od razu było nagranie… Po-szło mi nie najgorzej, bo zostałem w tym programie osiem lat.

Lubisz pracę w telewizji?
Lubię atmosferę na planie, gdy włącza się czerwona lampka kamery, odcinek jest realizowany na żywo i wszystko się może wy-darzyć. To dla mnie odskocznia od trudnych relacji w świecie  mody. Gdy robię sesję, cała odpowiedzialność spada na mnie: może być gradobicie, modelka może się zjawić na kacu, a ja muszę oddać świetny materiał. W telewizji jestem tylko jednym z trybików, które muszą zaskoczyć, żeby program się udał.

Twoje występy w „Top Model” są często krytykowane. Niektórzy, m.in. popularni blogerzy, uznają, że zbyt brutalnie traktujesz uczestników programu.
Dla mnie nie istnieje coś takiego jak polska blogosfera modowa.  A widzowie? Cóż, nie jestem w tych programach po to, by zjednywać sympatię, ale po to, by oceniać. Radzę wszystkim mieć trochę luzu i poczucia humoru. To jest pro-gram rozrywkowy, a nie wykład na uniwersytecie. Mamy zapewniać rozrywkę. Na moje „cięte” teksty należy patrzeć z przymrużeniem oka. Największe wiadro pomyj wylano na mnie po pierwszej edycji „Top Model”. Czytałem m.in. „że się skończyłem jako fotograf, bo oddałem się telewizji…”, a przecież w tym pro-gramie na całym świecie występują najwięksi fotografowie na-szych czasów! Spotkałem się z zarzutami, że nie traktuję swojej pracy poważnie. A to bzdura. Żartuję z siebie i z ludzi, ale nigdy  z mojej pracy. Kiedy jednak mam ochotę zatańczyć na rurze, to zatańczę. Nie wpłynie to na jakość robionych przeze mnie zdjęć.

Dlaczego nie lubisz polskich blogerów modowych?
Blogerki na świecie tworzą prywatne internetowe magazyny, które śmiało konkurują z prestiżową prasą drukowaną, a często są nawet lepsze, bo szybciej docierają do setek tysięcy odbiorców. Nasze polskie blogerki już nawet przestały udawać, że interesu-je je coś więcej poza wrzucaniem swoich zdjęć na instagram i parcie na szkło. Szkoda, bo internet to przyszłość i idealne miejsce, by promować nowe talenty  i osobowości. Na razie nie widzę, żeby narodził się w Polsce ktoś, kogo będą „followować” (obserwować – przyp. red.) polskie nastolatki, a zarazem szanować – branża mody.

Dostajesz zdjęcia od dziewczyn, które marzą, by zostać modelką?
Kobiety przysyłają mi zdjęcia w różnych poziomach rozkroku, nagie… Piszą, że marzą o tym, by umówić się ze mną na sesję albo że chcą mnie zjeść… Składają mi różne propozycje. Mam niebywałą galerię zdjęć. Na początku mnie to śmieszyło, ale potem zacząłem się zastanawiać, gdzie są rodzice tych dzieci.

A nie zastanawia Cię, dlaczego wśród młodych dziewczyn panuje taka opinia o świecie mody, że nagie zdjęcia są drogą do kariery?
Tak, to przerażające. Ale to bzdura, jak dobrze wiesz. Bez talentu nie obronisz się ani w świecie mody, ani w zwykłym świecie.

A talent zawsze się obroni?
Zawsze. Uwielbiam utalentowanych ludzi. Jeżeli mam taką możliwość, to im pomagam. Nie mam w sobie zazdrości. Jeżeli widzę, że komuś udało się coś fajnego, co sam chciałbym osiągnąć, wtedy pracuję dwa razy ciężej. Sukcesy innych mnie motywują  i cieszą. Szczególnie gdy są to sukcesy Polaków.

Zależy Ci na tym, aby ludzie Cię lubili?
Ważne, by mnie szanowali za to, co robię. Profesjonalizm nie za-wsze sprzyja przyjaźni. Lubić mnie mają moi przyjaciele. Nie wiem, dlaczego zostałem czarną owcą w „Top Model” i teraz  w „Project Runway”. Ale Anja i Joanna są przeszczęśliwe, że to ja jestem tym ostrym jurorem. Ja wytykam błędy, a one zbierają wielką sympatię widzów. (śmiech)

Podobała Ci się praca na planie „Project Runway”?
Uczestnicy są bardzo kolorowi, a koleżanki z jury mają swoje charaktery… To najbardziej modowy program w kraju, a ja od 20 lat pracuję z projektantami polskimi i zagranicznymi, fotografując ich ubrania. Czuję się znowu jak pionier, byłem w pierwszym pokoleniu pstrykającym profesjonalnie modę, teraz jesteśmy pierwszymi, którzy tę modę przekładają na język telewizji. „Project Runway” to nie jest program o szyciu. To reality show o marzeniach ludzi, którzy chcieliby związać z modą całe swoje życie.

 

To prawda, że dużo zarabiasz w telewizji?
Mam dobry kontrakt. Kiedy jednak podejmuję się kolejnych projektów, pieniądze nigdy nie są najważniejsze. To mój osobisty luksus – mam wolność wyboru, czy zostać w Warszawie, czy lecieć jutro do Bombaju. Gdybym myślał wyłącznie o zarabianiu, nie robiłbym coraz ciekawszych projektów na świecie.

Jakie masz warunki, pracując zagranicą?
W każdym mieście mieszkam w tym samym hotelu od lat, to są oczywiście piękne miejsca. Ale robiąc „Vogue’a”, bardzo często pracuję praktycznie za darmo. Lecę pierwszą klasą, dostaję wielki pokój w hotelu, a za zdjęcia magazyn płaci mi mniej, niż kosztuje wynajęcie lampy do sesji. W tym świecie jest wiele paradoksów.

Jest taka teoria, że aby było cię stać na robienie tego, co się kocha, trzeba się najpierw upokorzyć…
Tak, to prawda. Moja pierwsza sesja do hiszpańskiego „Vogue’a” to był „publiedytorial”, czyli sesja piżam i koszul nocnych dla otyłych kobiet… Ale to był „Vogue”! Aż dziesięć stron! Tylko, że z modelkami XXL, których nie pozwolono mi wyretuszować. Koszmar! Szczególnie w zderzeniu z innymi zdjęciami  w tym magazynie. Ale poradziłem sobie z tym trudnym zleceniem i dzięki temu zacząłem dostawać inne prace. Wiem, kiedy się nagiąć, a kiedy absolutnie nie ma to sensu. Po to robię zdjęcia do „Vogue’a” za grosze, żeby zarabiać na reklamach. Podobnie jak top modelki, które za sesję do „Vogue’a” dostają 100 euro, ale na kampaniach zarabiają dużo więcej.

Jaką cechę u osób odnoszących sukces cenisz najbardziej?
Ludzie sukcesu mnie inspirują, na-wet jeśli za kimś nie przepadam, staram się zrozumieć i docenić. Ale mo-je ambicje nie pozwalają mi cieszyć się z tego, co mam. Zamiast spocząć na laurach, zastanawiam się, co jeszcze mógłbym osiągnąć. Takie podejście mnie napędza. Podobnie mają Anja Rubik  i mój polski agent Paweł Walicki, którego agencja Warsaw Creatives po trzech latach działalności staje się właśnie rozpoznawalną marką w wielkim świecie mody. Znajomi uważają mnie za fajtłapę i często sobie ze mnie żartują. Potrafię pracować przez siedem dni non stop z trudnymi ludźmi, oblecieć cały świat dookoła, a nie radzę sobie z nowoczesną technologią i nie mam prawa jazdy. Anja ostatnio zmusiła mnie, żebym założył w telefonie aplikację „whats up”, potem była wkurzona, że jej nie odpisuję. Okazało się, że za-łożyła mi tę aplikację, ale nie włączyła powiadomień, więc nie wie-działem, że do mnie pisze… Nadal nie lubię e-maila, wolę pogadać przez telefon.

 Lubisz być w Warszawie?
Coraz bardziej. Pojawiają się nowe miejsca, galerie. Tu jest mój dom, rodzice. Spanie we własnym łóżku to dla mnie największy luksus. Zrobienie sobie jajecznicy na śniadanie również. To dla mnie największy relaks, bo od 20 lat żyję w hotelach.

Na co wydajesz pieniądze?
Na sztukę. Spędziłem dużo czasu w Hiszpanii, stąd moja miłość do Joana Miró, Salvadora Dali… Znam wielu marszandów, często są to starsi ludzie, którzy znali osobiście tych hiszpańskich mistrzów. Sprawdzam ceny, czytam książki, historię danego dzieła. To jest czysto laickie hobby. Udało mi się już zebrać minikolekcję hiszpańskiej grafiki. W Barcelonie jest takie niesamowite miejsce – Poligrafa. To studio, które istnieje od 1964 roku. Artyści mogą w nim tworzyć za darmo, mają tam zapewnione warunki do życia i tworzenia. W zamian za to zostawiają swoje pra-ce. Można tam kupić niesamowite dzieła, i to z pierwszej ręki. Słyszałam, że lubisz gromadzić rzeczy…To prawda, z każdej podróży coś przywożę. Ostatnio byłem na targu staroci w Madrycie. Jest tam stoisko firmy, która produkuje świetne tkaniny. Kupiłem 40 m materiału w pokrojone liście bananowca na zasłony i materiał pokryty woskiem, w ten sam wzór, na tapety. Chcę wytapetować sobie nim mieszkanie. (śmiech)

Bardzo dbasz o swoich rodziców, dużo z nimi podróżujesz.
Wydaje mi się oczywiste, że zabieram ich ze sobą w ciekawe miejsca. Moi rodzice skończyli już 70 lat, ale są w świetnej kondycji. Mama zapisała się na  studia, chodzi na Uniwersytet Trzeciego Wieku. Tata z kolei codziennie dwie godziny pływa w basenie. Zawsze spędzamy razem święta. Ostatnio 23 grudnia jeszcze robiłem sesję do „Vanity Fair” w Madrycie. Mieliśmy spędzić święta zupełnie gdzie indziej, ale zadzwoniłem do mamy i powiedziałem jej, że plany się zmieniły i lecą do Madrytu. Zostali tam ze mną tydzień.

Niewiele wiadomo o Twoim życiu prywatnym.
Żyję dla siebie, a nie dla kolorowych magazynów. Rzadko zapraszam nawet bliskich przyjaciół do domu, wolę się umawiać na mieście. Pracuję bez przerwy od 20 lat, robię tyle ciekawych rzeczy, że nie muszę robić ustawek z paparazzi, by ktoś o mnie napisał.  W naszym kraju prasę bardziej interesuje nowa grzywka jakiejś celebrytki niż to, że Polak robi kolejną okładkę „Vogue’a” z gwiazdą światowego formatu… Nie użalam się nad sobą, nie opowiadam o tym, co mi nie wyszło, a zapewniam cię, że na 10 projektów,  o których rozmawiasz, udaje się jeden. Nawet gdy dostałem propozycję udziału w „Project Runway”, nie mówiłem o tym, dopóki wszystkie umowy nie zostały podpisane. Parę lat temu robiłem sesję dla włoskiego „Vogue’a”, zdjęcia wyszły fantastycznie, wszyscy byli zachwyceni, dostałem nawet makietę z magazynu z moją sesją, po czym nagle zmienił się dyrektor artystyczny magazynu  i wyrzucił wszystkie sesje robione pod dyrekcją poprzednika…

Podobno Anja Rubik wciąż namawia Cię, abyś spróbował swoich sił w Nowym Jorku.
Mam wizę 01 od pięciu lat, to śmieszna sytuacja, bo muszę za nią co roku płacić i się o nią starać, a ani razu z niej nie skorzystałem. Taką wizę dostają artyści, zdobywcy Oscarów… Kiedy ostatnio po raz kolejny odbierałem ją w ambasadzie, pani konsul stwierdziła, że chyba bardzo nie chcę do nich jechać, skoro ciągle jeszcze z niej nie skorzystałem. W tym roku chyba w końcu to zrobię.

Dlaczego do tej pory nie poleciałeś do Stanów Zjednoczonych?
Sam fakt, że muszę występować o wizę, już mnie wkurza. Jak mnie nie chcą, to po co mam tam jechać. Z drugiej strony jednak wiem, że jeśli podbijesz Nowy Jork, to znaczy, że podbiłeś cały świat…