W każdy weekend będziemy przypominać Wam jeden słynny wywiad, pochodzący z przepastnego archiwum "Gali". Tym razem wracamy aż do 2009 roku i wyjątkowej rozmowy, jaką odbyliśmy z Martyną Wojciechowską.

Tylko "Gali" podróżniczka i dziennikarka opowiedziała o tym, jak udało się jej wreszcie znaleźć swoje miejsce na Ziemi. Wojciechowska zdradziła nam też, czy dla miłości zrezygnowałaby z podróży i to, jaką zmianę wniosła w jej życie córeczka Marysia.

Przeczytajcie fragment wywiadu:

Za nic na świecie nie chce zrezygnować ze swoich pasji. Podróży potrzebuje jak powietrza. Jaką cenę płaci się za tak intensywne życie? „Nie ma faceta, który byłby w stanie ze mną wytrzymać” – mówi Martyna Wojciechowska. Jest jednak ktoś, kto na nią czeka, kiedy wraca z Kenii czy Mozambiku. Wielkie, szeroko otwarte oczy, blond loki. Marysia. Jest na świecie od półtora roku. I już zdążyła wszystko wywrócić do góry nogami.

GALA: Masz własny program, dziecko, oryginalny życiorys, niezależność finansową, sukces zawodowy, fajnych rodziców... Jest coś, czego nie masz?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: (milczenie) Tak brzmi cisza, gdyby ktoś się pytał... (śmiech). Myślę, że jest kilka rzeczy, których nie mam i – powiem szczerze – trochę mi tego żal. Z drugiej strony wiem, że grzeszę, mówiąc coś takiego, i sama się za tę myśl ganię. Że jednak czasem mi czegoś brak, że o czymś marzę, że coś bym chciała... Byłam w tak wielu miejscach na świecie, poznałam tak dramatyczne ludzkie historie, że po powrocie do domu mogę sobie tylko powiedzieć: „Martyna, nie masz żadnego prawa, żeby jeszcze czegokolwiek chcieć! Masz dach nad głową, szczęśliwe i zdrowe dziecko!”. Kiedy porównuję siebie do walczącej cholity Carmen Rojas, zapaśniczki z Boliwii, jednej z bohaterek mojego programu „Kobieta na krańcu świata”, jest mi naprawdę wstyd, że mam śmiałość czegoś pragnąć. Ale prawda jest taka...

GALA: ...że nie masz wszystkiego.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Przede wszystkim nie udało mi się stworzyć normalnej rodziny. A niemal dla każdego z nas, niezależnie od szerokości geograficznej czy kultury, ważne jest, żeby mieć ostoję, znaleźć takiego człowieka, przy którym czujesz się po prostu bezpiecznie. Pytanie: czy można to wszystko mieć, żyjąc tak niezależnie, jak żyję, i będąc tak wolną osobą, jaką jestem? Dokonałam pewnego wyboru drogi życiowej i muszę ponieść tego konsekwencje. Więc może trochę mam tak na własne życzenie?

GALA: Zdefiniuj Twoją wolność.

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Przez 34 lata budziłam się codziennie rano i mogłam robić ze swoim życiem dokładnie to, co chciałam. Jechałam na dwa miesiące na wyprawę i jedynymi osobami, które tak naprawdę to interesowało, byli moi rodzice. Ilekroć ktoś próbował wkraczać na moje terytorium, od razu jasno stawiałam granicę. Dziecko to był dla mnie pierwszy krok, który sprawił, że dobrowolnie pozbyłam się pełnej wolności. Ale nadal została mi niezależność myślowa – nie umiem znaleźć lepszego słowa – która wiąże się z tym, że nie narzucam sobie ograniczeń związanych z miejscem, w którym żyję, z kulturą, z moją płcią i wieloma innymi rzeczami. Moje życie uległo jednak ogromnej zmianie, pojawił się w nim ktoś, kto przewartościował wszystko i sprawił, że już zawsze, cokolwiek zrobię, będę najpierw myśleć o mojej córce. Ona jest najważniejsza i dla niej potrafię z wielu rzeczy zrezygnować.

GALA: Najboleśniejszy kompromis dla kobiety wolnej?

MARTYNA WOJCIECHOWSKA: Pamiętam taki moment, kiedy Marysia była maleńka. Usiadłam na łóżku i dotarło do mnie, że pewien etap mojego życia definitywnie się skończył i nigdy już nie wróci. Zrozumiałam, że narodziny dziecka to sytuacja nieodwracalna. Nie da się ,,spróbować” być matką, a potem wrócić do poprzedniego życia, jak ci się nie spodoba. W Polsce nie jest popularne przyznawanie się do tego, że macierzyństwo, szczególnie jego początki, to trudny etap w życiu kobiety. Nie rozmawiamy głośno o depresji, zmęczeniu, wściekłości. O tym, że nasze ciało ulega drastycznej zmianie, że czujemy się nieatrakcyjne, że jesteśmy wiecznie zmęczone. Zawsze byłam dumna, że codziennie rano biegam i trenuję przed wyprawami. A teraz nie mam siły zwlec się z łóżka… Trzeba mówić, że jest cudownie, że jestem szczęśliwa, że „tonę w oceanie miłości” i w ogóle nic mi nie przychodzi z trudem. Wstaję cała szczęśliwa siedem razy w ciągu nocy, ale życie matki jest piękne, wow!!! Proszę mnie dobrze zrozumieć – nie jest moją intencją dyskredytowanie macierzyństwa, ale nie ukrywajmy, że ta droga nie jest usłana wyłącznie różami!

» PEŁEN WYWIAD ZNAJDZIECIE TUTAJ